Sport.pl

Safin: człowiek z nadmiarem talentu

Mówił o tym od dawna. W Australii, po porażce z Rogerem Federerem, decyzję tylko potwierdził. Dla Marata Safina obecny sezon ma być ostatnim w karierze. Albo przedostatnim, bo z tym facetem nigdy nic nie wiadomo na sto procent.
Pierwsze sygnały o tym, że rosyjski tenisista myśli o sportowej emeryturze, zaczęły się pojawiać pod koniec 2008 roku. W październiku Safin po raz pierwszy w karierze odpadł w pierwszej rundzie turnieju Masters w Paryżu (wcześniej triumfował tam trzykrotnie) i zapowiedział, że dla niego sezon właśnie się skończył. - Kompletnie nie wiem, co się stało - żalił się po porażce z Juanem Monaco. - Nie mogłem złapać swojego rytmu i grałem po prostu źle. Muszę teraz usiąść, zrelaksować się, pomyśleć i żyć, choć przez kilka miesięcy, bez tenisa. Jeżeli nadal będę chciał grać, to będę, jak nie, to nie.

Jak powiedział, tak zrobił. Pojechał na dłuższe wakacje do Miami i przez kilka tygodni nawet nie myślał o wzięciu rakiety do ręki. Wtedy wreszcie zdecydował, co dalej robić. W styczniu ogłosił już oficjalnie, że jest to dla niego ostatni występ w Melbourne. - Nie lubię tej części, kiedy trzeba powiedzieć do widzenia - zaczął rozmowę z dziennikarzami. - Niestety, wszystko ma swój kres i jeśli chodzi o mnie, to historia moich występów w Australii właśnie się skończyła. Gram w tenisa od lat, potrzebuję zmian. Chciałbym zająć się czymś innym. Jestem na to gotowy - zadeklarował zwycięzca turnieju z 2005roku.

Bollettieri się nie poznał

Safin skończył właśnie 29 lat i uznał, że po 12 sezonach życia na walizkach czas odejść. Przygodę z tenisem zaczął w wieku sześciu lat. Podobnie jak jego młodsza siostra, Dinara, nie miał innego wyjścia. Mama Rauza Isłanowa była trenerką, a ojciec Michaił prowadził w Moskwie klub sportowy. Mały Marat sport miał w genach, ale sam otwarcie zawsze przyznawał, że jako dziecko nigdy nie palił się do treningów.

- Chciałem być piłkarzem, ale rodzice woleli, żebym został tenisistą - powiedział. I choć życie ułożyło się inaczej, do dziś Safin ma słabość do piłki nożnej, a mecze Spartaka Moskwa ogląda zawsze, kiedy tylko ma okazję. Jedynie jego miłość do koszykówki gdzieś się ulotniła. - Właściwie nie śledzę sportu w telewizji. Prawdę mówiąc, uwierzcie mi lub nie, nie widziałem nawet spotkania Federera z Nadalem w finale Wimbledonu. Tylko jakieś urywki - twierdzi bez ogródek.

Podstaw tenisa Marata nauczyła mama, ale Moskwa na przełomie lat 80. i 90. XX wieku nie była najlepszym miejscem na wychowywanie zawodowego sportowca. Safin, podobnie jak Jelena Diemientiewa czy Anastazja Myskina, często podkreślał, że w Rosji brakowało hal, wykwalifikowanych trenerów, a w klubach szkolenie odbywało się "hurtowo".

Dlatego w wieku 12 lat Marat razem z mamą wyjechał na Florydę do słynnej Akademii Nicka Bollettieriego. Nie zagrzał tam jednak długo miejsca, a po latach w jednym z wywiadów stwierdził z goryczą. - Mówi, że wychował Samprasa, Agassiego, Seles, Beckera, Haasa. W rzeczywistości jednak jest tylko byłym komandosem, który pewnie wie, jak poprawnie trzymać broń, ale na pewno nie rakietę. Po prostu Nick jest dobrym biznesmenem. Ma kontakty, jeździ po świecie i wyszukuje utalentowane dzieciaki do swojej akademii, a tam już trenują je wykwalifikowani i doświadczeni trenerzy. Bolletieri natomiast ogłasza się całemu światu autorem ich sukcesów, które tak naprawdę są dziełem zupełnie kogoś innego.

W Stanach nie poznano się na talencie Safina, ale już w Walencji, w szkole Pancho Alvarina, Marat wreszcie odnalazł swoje miejsce i głównie dzięki pomocy Marii Pasqual, odpowiedzialnej w hiszpańskiej federacji za sprawy związane z tenisem kobiecym, został w Hiszpanii na kolejne pięć lat. Nie było łatwo. 15 dolarów kieszonkowego dla nastolatka takiego jak Marat było sporym problemem.

- Kiedy szedłem ulicą, nie patrzyłem na wystawy sklepowe, bo bałem się, że zobaczę coś, czego nie będę mógł sobie kupić - tak wspomina swoje początki w Walencji - Uważam jednak, że każdy powinien przez coś takiego przejść. Uwierzycie, że pierwszy samochód, jaki sobie kupiłem, miał kilkanaście lat i nie otwierały się w nim jedne drzwi? Tego czerwonego golfa będę zawsze pamiętał...

Roland Garros na kredyt

Wreszcie przyszły lepsze dni. Rosjanin przeszedł na zawodowstwo w 1997 roku, a już kilka miesięcy później usłyszał o nim cały tenisowy świat. W pierwszym wielkoszlemowym występie przebrnął eliminacje na Roland Garros, w pierwszej rundzie sensacyjnie pokonał po pięciosetowym boju Andre Agassiego, a w drugiej, w podobnym stylu, rozprawił się z obrońcą tytułu. Gustavo Kuertenem. Mało znany nastolatek dotarł aż do 1/8 finału, w którym przegrał z Cedrikiem Pioline'm.

Niewiele brakowało, a we Francji Safin w ogóle by nie wystąpił. - Zajmowałem chyba czterysta pięćdziesiąte miejsce w rankingu, a mój ówczesny sponsor zakomunikował mi, że nie będzie mi dalej pomagał. Wróciłem więc do Moskwy, ale niedługo potem pojawiła się szansa na udział w eliminacjach Roland Garros. Mama dała mi wtedy 5pięćset dolarów i powiedziała: "Jedź tam i zrób z nich dobry użytek." Gdyby nie pożyczyła mi tych pieniędzy, nie stać by mnie było nawet na bilet do Paryża - wspomina Marat.

Paryski turniej szybko stał się w jego karierze punktem zwrotnym. Safin dostał nagrody ATP dla debiutanta roku oraz tenisisty, który w ciągu jednego sezonu poczynił największe postępy. Potem ani się obejrzał, jak zaczął wygrywać turnieje. Niespełna 21-letni Rosjanin został mistrzem US Open, zwyciężając w finale po zaledwie trzysetowej walce Pete'a Samprasa. Było już tylko kwestią czasu, kiedy zostanie liderem rankingu ATP. Stało się to w listopadzie 2000 roku.

Przez kolejne dwa lata Rosjanin grał dobrze, ale bez rewelacji. Ani razu nie udało mu się awansować do wielkoszlemowego finału, a powodu braku większych sukcesów wielu obserwatorów upatrywało w trudnym charakterze Safina, słabej psychice, ale przede wszystkim w sposobie życia, jaki prowadził. Marat lubił się bawić i korzystał z życia najlepiej jak mógł. Pieniądze, zaszczyty, dziewczyny - no i się pogubił... Zwłaszcza że nigdy nie należał do grzecznych chłopców. Znany był z licznych wybuchów na korcie, kłótni z sędziami, a o liczbie rakiet, jakie łamie w ciągu miesiąca, szybko zaczęły krążyć legendy.

Na trybunach szybko zaczęło się roić od jego wielbicielek, a miejsca przeznaczony dla jego gości zawsze były pełne. Panie zachwycały się nie tyle potężnymi bekhendami, co aurą tajemniczości wokół Marata. Mówiono o nim "James Dean tenisa". Tajemniczy, ale i uroczy. Potrafił być nieznośny, nawet nieobliczalny, ale i tak przyciągał kobiety jak magnes. No i był przystojny, co nie umknęło nawet Madonnie.

Przyklejono mu łatkę playboya, choć tak naprawdę sam zainteresowany nie dbał o to, co o nim mówiły i pisały media. Najchętniej kupował rzeczy na wyprzedaży i nosił obdarte dżinsy. Mówił to co myśli i z mało którym trenerem potrafił wytrzymać dłużej niż kilka miesięcy.

Szczyt niepoprawności osiągnął w 2002 roku, kiedy przez całe dwa tygodnie widywano go w towarzystwie trzech efektownych blondynek. Złośliwi mówili, że to właśnie dlatego niespodziewanie przegrał finał Australian Open z Thomasem Johanssonem. Marat był wściekły i choć tłumaczył, że z całej trójki tylko jedna z pań była oficjalnie jego dziewczyną, to cała sytuacja mocno odbiła się na wizerunku Rosjanina.

Federer na deskach

Kolejny rok należał do najgorszych w jego karierze. Safin nabawił się kontuzji lewego nadgarstka, która na długo wykluczyła go z gry na najwyższym poziomie. Pod jego nieobecność do głosu doszli inni. - Bardzo trudno patrzeć, jak inni wygrywają Wielkie Szlemy, a ty nie możesz wziąć w tym udziału. Zwłaszcza że wiesz, że możesz grać lepiej niż oni - żalił się podczas przeciągającej się rehabilitacji. Już wtedy zapowiedział powrót na szczyt.

Udało się, choć musiał na to trochę poczekać. W 2004 roku dotarł do finału Australian Open, w którym pokonał go dopiero Roger Federer. Jeszcze lepiej poszło rok później, gdy w fenomenalny sposób najpierw w półfinale zrewanżował się Szwajcarowi, a w finale rozprawił się z faworytem gospodarzy, Lleytonem Hewittem.

Nigdy nie krył, że były to dla niego momenty szczególne i zawsze wtedy podkreślał, że nie dokonałby tego wszystkiego, gdyby nie Peter Lundgren (ten sam trener, który przez lata zajmował się karierą Federera). - Nie wierzyłem w siebie do czasu, kiedy zacząłem współpracę z Peterem - powiedział po zwycięstwie nad Hewittem. - On zrozumiał, kim jestem, a ja wiem już, czego on oczekuje ode mnie.

Najlepszy sposób na przemianę z luzera w zwycięzcę to spojrzeć przeszłości w oczy i wyrzucić ją z pamięci raz na zawsze. Sprzedałem moje luksusowe samochody, pozbyłem się chęci bycia niepokonanym, nauczyłem się akceptować porażki. Zrozumiałem, że nie mogę marnować czasu na bycie marnym i nieszczęśliwym.

Marat miał 25 lat i dwa tytuły wielkoszlemowe na koncie. Po raz drugi zaczęto głośno mówić o jego powrocie do wielkiego tenisa. Na krótko, bo w drodze na szczyt przeszkodziły mu kontuzje, tym razem kolan i pleców. To właśnie w tym czasie niegdyś krnąbrny i kapryśny Safin nieco się uspokoił i zmienił podejście do życia.

- Mam trudny charakter, jestem uparty. Bywam niecierpliwy w pozytywnym i negatywnym znaczeniu tego słowa - tak opisał samego siebie w jednym z wywiadów. - Może dlatego, że jestem perfekcjonistą i czasami bywam w stosunku do siebie zbyt surowy. Myślę jednak, że to pomogło mi w karierze. Jeżeli nie mam ochoty na trening - po prostu nie trenuję. Gdy spodoba mi się samochód - muszę go mieć. Mieszkanie? To samo. Nienawidzę czekać. Bywa, zwłaszcza na korcie, że to przeszkadza, ale czasami pomaga w realizacji celów.

Niezależnie od wszystkiego wciąż chciał grać. Jednak inaczej niż kiedyś. - Chcę się bawić, nie czuć na sobie ciągłego ciśnienia i nie zamartwiać się sprawami, na które nie mam wpływu. Nie mam już dwudziestu lat. - Safin wracał i znowu odchodził, jak jesienią 2007 roku, kiedy wspólnie z przyjaciółmi wybrał się na wyprawę w Himalaje. Azjatycka przygoda miała być dla niego wyzwaniem. Przy okazji chciał także poznać historię Tybetu i przybliżyć sobie podstawy hinduizmu. Twierdził, że góry pomogą mu wrócić do równowagi, a wspinaczka miała potwierdzić, że poradzi sobie ze wszystkimi trudnościami.

Marat nie dotarł jednak na szczyt. Wrócił, aby wspierać kolegów z drużyny w finale Pucharu Davisa. Tłumaczył, że jego celem wcale nie było zdobycie góry. - W trakcie wyprawy wypocząłem, nabrałem nowych sił i teraz wreszcie jestem gotów do nowych wyzwań. Wracam do gry - obiecał.

Facet z tej ziemi

Nowy rok zaczął z werwą, ale wyników wciąż brakowało. Dopiero na Wimbledonie znowu się odrodził. Nikt tam na niego nie stawiał, bo wszyscy pamiętali, że nigdy Safin nie grał tam dobrze. Mówił nawet, że trawa to dla niego najgorsza nawierzchnia. Przekornie to właśnie w Londynie uzyskał swój najlepszy wynik w sezonie. Pokonał będącego w świetnej formie Novaka Dżokovicia, a uległ dopiero w półfinale Rogerowi Federerowi.

- Nie obchodzi mnie, co ludzie o mnie myślą. Jestem usatysfakcjonowany z tego, co w życiu osiągnąłem i z tego, jak potoczyła się moja sportowa kariera - mówił otwarcie. - Prawda jest bowiem taka, że ludzie, którzy mówią najwięcej i krytykują, mało o tenisie wiedzą. Nie mają pojęcia, ile trzeba poświęcić i jak trudno wrócić do gry po długiej przerwie, jak to jest być przez dziesięć lat na okrągło w podróży i każdego tygodnia zmieniać hotele. Dlatego wiem, że zasłużyłem na awans do półfinału Wimbledonu. To nie był przypadek - zakończył w swoim stylu.

- Spójrz na moje loki. I ty chcesz żebym się ożenił? - śmiał się, kiedy parę lat temu jeden z dziennikarzy zapytał go, czy planuje założyć rodzinę - Ten odpowiedzialny krok można zrobić dopiero w wieku sześćdziesięciu lat, kiedy dzieci dorosną - żartował. - Szczęśliwe małżeństwo z tenisistą jest trudne, więc po co ryzykować? Jesteśmy przyzwyczajeni, że należymy do samych siebie i odpowiadamy tylko przed sobą. Poza tym, co to by była za rodzina z tymi moimi niekończącymi się podróżami

Dziś Marat ma już (a może tylko?) 29 lat. Innych planów, poza zakończeniem kariery, nie zdradza. Na razie zależy mu tylko na tym, aby pokazać, że - jak lubi powtarzać: "Prawdziwe gwiazdy są tylko na niebie, na ziemi ich nie znajdziesz". A może jednak jeszcze zmieni zdanie?