Marcin Matkowski: jego tenis kocha

Ukłony, całusy rozsyłane na prawo i lewo, morze łez. Tak kilka dni temu zakończył tenisową karierę 36-letni Andre Agassi. Publiczność US Open zgotowała mu niezwykły aplauz. Czy taką miłość kibiców zdobędzie kiedyś szczecinianin Marcin Matkowski, jeden z czołowych deblistów świata?
Na razie Matkowskiemu daleko do kariery Agassiego, choć w grze podwójnej każdy musi się z nim liczyć. Ma 25 lat, a tenis uprawia prawie od 20. Najważniejsze sukcesy ciągle są przed nim. Teraz wraz ze swym przyjacielem z kortu Mariuszem Fyrstenbergiem walczy o punkty potrzebne do zakwalifikowania się do prestiżowego turnieju mistrzów. Odbędzie się on w październiku w Szanghaju. Prawo startu w nim zdobędzie tylko osiem najlepszych debli. Matkowski i Fyrstenberg są obecnie notowani na dziewiątym miejscu w tegorocznym rankingu ATP.

Zostawił tenis lepszy

- Widziałem łzy Agassiego, choć na samym korcie nie byłem - opowiada Matkowski. - Byłem z tyłu, gdzie czekali na niego inni tenisiści, obsługa, lekarze, trenerzy, masażyści. Gdy Agassi wszedł tam, wszyscy zaczęli klaskać. Potem mówił, że to dla niego było bardzo ważne, że byli przeciwnicy i przyjaciele z kortu zgotowali mu takie owacje.

Nikt inny nie miał takiego pożegnania jak Agassi. Inny wielki naszych czasów Pete Sampras odszedł po cichu. Nigdy wprost nie mówiąc, że to już jego ostatni turniej czy mecz. Andre zapowiedział przed tegorocznym US Open, że ostatni mecz zagra właśnie na kortach Flushing Medows.

- Nie ma lepszego miejsca, gdzie mógłbym się pożegnać z kibicami - powiedział przed turniejem.

Nowojorska publiczność wynagrodziła mu te słowa sowicie. Ponad 21 tys. ludzi długo po meczu na stojąco oklaskiwało odchodzącego mistrza i wiwatowało na jego cześć.

- O drugiego takiego gracza jak Agassi będzie trudno. Można go było lubić lub nie, ale nie sposób być obojętnym. Trudno będzie o lepszego promotora tenisa - uważa Marcin Matkowski. - Andre jednak sam powtarzał, że zostawia tenis lepszym, niż go zastał, gdy zaczynał grę.

Metamorfozy

Kariera Agassiego ma przynajmniej dwie, jak nie trzy odsłony. Najpierw był młodym buntownikiem. Biegał po kortach z długimi włosami, w spodenkach dżinsowych. Nie przystawał do wizerunku dyscypliny ceniącej sobie szyk i elegancję.

Szybko wdarł się do światowej czołówki. Przyszedł kryzys. Spadł na 141. miejsce w rankingu. Grał na poziomie średniaka. Potem jednak obudził się w nim duch walki. Zmienił wizerunek. Ogolił głowę, włożył elegancki biały strój i taki wrócił do czołówki. Pięć lat temu, gdy wziął ślub ze Steffi Graf, niemiecką mistrzynią tenisa, jeszcze bardziej się wyciszył. Pokazał oblicze przykładnego męża, ojca (dziecko urodziło się cztery dni po ślubie Steffi i Andre). Zaangażował się w akcje charytatywne.

Matkowski też już ma w swej karierze dwa okresy. Dość podobne, choć możemy je odbierać w znacznie mniejszej skali. Czymże jest niespełna 400 tys. dolarów, jakie Matka zarobił na kortach, w porównaniu z dziesiątkami milionów Agassiego? Jednak analogie są. Matkowski jako junior osiągnął spore sukcesy. Był podstawowym zawodnikiem drużyny, która zdobyła medal w Sunshine Cup - nieoficjalnych drużynowych mistrzostwach świata juniorów. Wywalczył tytuł mistrza Polski seniorów w deblu i wicemistrza w singlu. Wdarł się do kadry daviscupowej i zdobywał dla Polski punkty w rozgrywkach drużynowych. Nagle rzucił wszystko i wyjechał do Stanów Zjednoczonych, by w Los Angeles studiować ekonomię. Gdy wrócił, poznaliśmy innego Matkowskiego. Zmienił się fizycznie, ale i mentalnie. Inaczej teraz traktuje tenis. Walczy o coraz lepsze pozycje w rankingu. Wyznacza sobie cele i osiąga je. Najpierw awansować do turniejów Wielkiego Szlema, potem dostać się na igrzyska olimpijskie w Atenach, teraz zagrać w turnieju mistrzów w Szanghaju. Krok po kroku, konsekwentnie realizuje każde z postawionych sobie zadań.

- To prawda, że kiedyś moim celem był wyjazd do Stanów - przyznaje Matkowski. - Tenis był drogą, by ten cel osiągnąć.

- Właśnie po świetnych występach w Sunshine Cup zaczęły się zgłaszać po niego uczelnie amerykańskie - wspominają rodzice Marcina.

Wybrał Uniwersytet Columbia w Los Angeles. Uczył się i grał. Reprezentował barwy uczelni w rozgrywkach uniwersyteckich.

- Zmienił się tam. Po pierwsze zmężniał - mówi Zbigniew Matkowski. - Tam duży nacisk kładzie się na ogólny rozwój. Tenisiści mają ćwiczenia ze sztangą na siłowni, co tutaj jest sprawą drugorzędną.

- Ja to nawet cieszyłam się z tego, że wyjechał na uczelnię - przyznaje Jolanta Matkowska, mama Marcina. - Wierzyłam, że dzięki temu ustabilizuje sobie życie. Zapewni przyszłość.

Marcin też ma poczucie, że uczelnia zmieniła go.

- Trzy lata mieszkałem sam, sam za siebie odpowiadałem - mówi.

Studiując w UCLA Matkowski został najlepszym deblistą Stanów Zjednoczonych wśród studentów. Po drugim roku nauki podczas wakacji wygrał po raz pierwszy turniej debla w Pekao Open. Już wtedy grał z Mariuszem Fyrstenbergiem. Na następne wakacje przyjechał z myślą o kolejnym przełomie w swym życiu. Zawiesił studia i został zawodowym tenisistą.

- Biorę od losu to, co daje, i nie narzekam, że moja kariera potoczyła się tak a nie inaczej - mówi teraz. - Myślałem, że będzie mi lepiej szło w singlu. Jak na razie nie udaje się. Za to są sukcesy w deblu. Trudno narzekać na taki los.

Zawsze grał na punkty

Kłótnie między Matkowskimi juniorem i seniorem są nie do zniesienia. Po meczach niejednokrotnie warczą na siebie. Nawet gdy oglądają mecz kogoś innego, potrafią się pokłócić.

- Bo mają takie same charaktery - twierdzi pani Jola Matkowska. - Obaj uważają, że wiedzą najlepiej, że najlepiej znają się na tenisie. Nie ma z mini dyskusji.

Nie obrażają się na siebie długo. Chwilę później znów przechodzą do normalnej rozmowy. Prawie po każdym meczu Marcin dzwoni do domu, mówi jak mu się grało. Wcześniej Zbyszek przegląda internet, sprawdza wynik. Obserwuje na portalach zmieniające się cyferki wyniku podawanego on-line. Marcin nie ma bardziej zapalonego kibica. No, może jeszcze siostra Dominika równie zapamiętale dopinguje brata.

- Ja nie mogę patrzeć na te cyferki, bo się za bardzo denerwuję. Dopiero po meczu pytam męża o wynik - przyznaje pani Jola. - Gorzej, jak Zbyszek jest w pracy i każe mi pilnować wyniku i dzwonić. Nie lubię tego.

Pani Jola niekiedy nawet, gdy może obejrzeć syna w grze na turniejach rozgrywanych w Szczecinie, to nie idzie na trybuny, by się nie denerwować.

- Ale tenis lubię oglądać. Nawet bardzo. Jak były transmisje z US Open, to siedziałam do późnej nocy i oglądałam - zastrzega.

Marcin, gdy był małym chłopcem, nie bardzo wiedział, jaki sport chce uprawiać. Chodził na pływanie, grał w Stali Stocznia w piłkę nożną.

- Kiedyś przeczytałem w gazecie, że prowadzony jest nabór do szkółki tenisowej i zawiozłem go na korty - wspomina Zbigniew Matkowski. - Potem, gdy był jednocześnie obóz piłkarski i tenisowy, pojechał na ten drugi i przy tenisie już został.

- Lubię tenis i zawsze lubiłem - mówi Marcin. - Gdyby tak nie było, nie grałbym do dziś. Nigdy nie narzekałem, że musiałem chodzić na treningi, gdy inni szli na podwórko. Denerwowały mnie tylko porażki.

- On zawsze miał taką sportową pasję. Lubił grać na punkty. Nie po to, by poodbijać piłkę, ale na punkty - mówi ojciec. - To go pasjonowało i pchało do rywalizacji i trenowania po to, by wygrywać.

- Jak grasz w tenisa i wygrywasz, to chce się pracować - mówi Marcin. - Gdybym nie miał sukcesów, to mogłoby mnie podłamać. Na zasadzie, że ty kochasz tenis, ale tenis ciebie nie kocha. Mnie tenis kocha. Przywoziłem puchary, medale, wygrywałem.

Na walizkach

Tenisista, który chce się utrzymywać na topie, decyduje się na ciągłą podróż. Marcin wyjeżdża na dwa, trzy miesiące. Potem wraca najwyżej na tydzień. Najczęściej na kilka dni.

- Wywala wtedy całą torbę ciuchów i mam wielkie pranie - mów pani Jola. - Już się do tego przyzwyczaiłam. Tak jak do jego ciągłej nieobecności w domu. Jeździć zaczął już w wieku juniora. Potem, gdy studiował, nie było go cały czas, i jak wrócił, to też go nie ma.

Zamiast rodziny codziennie widzi Mariusza Fyrstenberga i Leszka Binkowskiego, swego trenera. Kiedyś, gdy Binkowski nie jeździł na turnieje, Marcin i Mariusz zajmowali zawsze wspólny pokój w hotelach. To ciągłe przebywanie z sobą zmęczyło ich. Był nawet moment, że najlepszy debel w historii polskiego tenisa ogłosił rozpad. Nie grali wspólnie przez kilka miesięcy, ale gdy znów połączyli siły, zaczęli notować jeszcze lepsze wyniki niż przed rozejściem się. Ograniczyli wspólny czas.

- Najczęściej to kilka godzin dziennie - mówi Marcin. - Rano na śniadaniu. Potem jakiś wspólny trening i ewentualnie mecz. W ciągu dnia każdy z nas sam sobie organizuje czas. Wieczorem wspólna kolacja.

Binkowski pomaga Marcinowi.

- Obserwując mecze z boku, potrafi dostrzec to, czego ja nie widzę. Te drobne niuanse, detale, które sprawiają, że na tym poziomie tenisa na najwyższym szczeblu można wygrać bądź przegrać mecz - mówi tenisista.

Nie tylko samotnicy

Ostatnim przełomem w życiu i karierze tenisowej Agassiego było założenie rodziny. Na każdym kroku podkreślał, jak wielkie znacznie ma dla niego Steffi. Była jego partnerką w życiu, ale i na korcie.

- Kiedyś zapytany, kto u nich w domu gotuje, odparł, że oczywiście on, bo Steffi 21 razy wygrała turnieje wielkoszlemowe, a on tylko osiem - opowiada Matkowski.

Szczeciński tenisista na razie nie planuje założenia rodziny. Ciągłe rozjazdy nie sprzyjają stałym związkom. Na najwyższym poziomie, gdy na koncie ma się zarobionych kilka milionów dolarów, można po prostu jeździć na turnieje z całą rodziną.

- Na US Open jest bawialnia dla dzieci zawodników. Cały czas kilkanaścioro dzieciaków bawiło się tam - mówi Matkowski.

Tak jak Andre po wygranych meczach na US Open najpierw kłaniał się małżonce, tak Matkowski na Pekao Open gratulacje za zwycięstwa odbiera najpierw od rodziców i siostry. Wielkiego Andre tak samo kochała publiczność w Nowym Jorku, jak Marcina kochają kibice w Szczecinie.

W przyszłym tygodniu Matkowski stanie przed nowym wyzwaniem. Będzie miał szansę po raz pierwszy w karierze wygrać szczecińskiego challengera w parze z kimś innym - nie z Fyrstenbergiem. Kto będzie nowym partnerem, dowiemy się niebawem. Kibicować będziemy Marcinowi równie głośno jak przed rokiem, gdy triumfował wraz z Mariuszem.