Tenis. Andrzejewski: W sport trzeba włożyć miliard złotych

- W 1989 roku mieliśmy jedną halę z trzema kortami, a o wiele mniejsze Czechy miały 400 krytych kortów. Czeskie państwo przez 40 lat wspierało tenis jako najważniejszą dyscyplinę po piłce nożnej i hokeju. Jak możemy się z nimi porównywać, skoro u nas tenis przez lata był nie trzecią, tylko 43. dyscypliną? - pyta Wojciech Andrzejewski, dyrektor sportowy Polskiego Związku Tenisowego. Sprawdzamy, ile prawdy jest w słowach Jerzego Janowicza o niedomagającym systemie szkolenia w polskim sporcie.


Łukasz Jachimiak: Po niedawnych słowach Jerzego Janowicza zastanawiamy się, ile prawdy jest w jego stwierdzeniu, że polscy tenisiści trenują "po jakichś szopach". Może pan opowiedzieć, jak wygląda system szkolenia w tej dyscyplinie sportu?

Wojciech Andrzejewski: Zacznę od tego, że jak naprawdę spojrzymy na zawodników ze światowej czołówki, to dojdziemy do ciekawego wniosku, że niekoniecznie są w niej tenisiści z krajów, które ten system mają dobry. Bo weźmy Serbię. Czy tam jest jakiś nieprawdopodobny system produkujący świetnych zawodników?

Z opowieści Novaka Djokovicia czy Anny Ivanović wiemy, że w zniszczonym wojną kraju trenowali m.in. w pustych basenach.

- To może spróbujmy wypuścić wodę z naszych basenów i też tak trenujmy. Oczywiście żartuję. Idźmy dalej - Wielka Brytania. Jest Andy Murray, Szkot, którego początki życia chyba wcale nie były związane z nieprawdopodobnym system szkolenia brytyjskiej federacji?

Murray rzeczywiście długo korzystał z pomocy mamy, która była tenisistką, więc dawała mu lekcje.

- Dobrze, popatrzmy na brytyjski tenis dalej, to okaże się, że poza Murrayem środki zainwestowane przez federację nie dają wielkich sukcesów. W porównaniu nasz tenis jest przynajmniej podobny. Spójrzmy na Rosję. Swego czasu potęga, a przecież w styczniu wygraliśmy z nią w Pucharze Davisa. I nie ma co tłumaczyć, że grali w słabym składzie. Tak było, ponieważ w ramach systemowych rozwiązań może nie dogadali się ze swoimi najlepszymi zawodnikami. Przypominam też, w jakim składzie Rosjanki grały w ostatnim finale Pucharu Federacji [z Włoszkami zagrały i przegrały 0:4 m.in. Aleksandra Panowa i Irina Chromaczewa, a zabrakło takich gwiazd jak Maria Szarapowa, Swietłana Kuzniecowa, Maria Kirilenko, Anastazja Pawluczenkowa, Jekaterina Makarowa czy Nadieżda Pietrowa]. Tam coś złego się dzieje. Wiemy, że liczne zawodniczki, jak Szarapowa czy Kuzniecowa, wcale nie są produktami rosyjskiego systemu. Ścieżki rozwoju zawodniczek i zawodników z czołówki są tak zindywidualizowane, że aż trudno to sobie wyobrazić. Przykłady można mnożyć. Kei Nishikori osiągnął sukces nie w wyniku działania japońskiej federacji, tylko dzięki temu, że dostał od firmy Sony pieniądze na wyjazd do USA.

W porządku, ale jest też choćby Hiszpania, popularna również wśród polskich tenisistów, którzy wyjeżdżają do jej szkół i szkółek.

- Hiszpania rzeczywiście produkuje rzesze tenisistów, to coś niesamowitego. Ale to wynika nie tylko z systemu stworzonego centralnie, ale też z takich czynników, jak choćby ciepły klimat, który ułatwia im sytuację, bo nie zmusza do budowy hal, pozwala przez cały rok trenować za niewielkie pieniądze. A weźmy Szwecję. Swego czasu potęga, ale czy jest system szwedzki w tenisie? Jeśli był, to się przewrócił, dziś Szwecja na mapie tenisa właściwie nie istnieje.

Patrzmy na tych, którym się udało. Czesi właśnie dzięki systemowi osiągają sukcesy.

- Tak, wygrali Puchar Davisa, wygrali Puchar Federacji. Nie mają supermistrza, bo Tomas Berdych jest w czołówce, ale nic wielkiego nie wygrał. Można powiedzieć, że nawet takiego Berdycha nie mają Australijczycy, tenis tego wielkiego kraju z wielkimi możliwościami to dziś słabizna. A USA? Siostry Williams wyszły z jakiegoś systemu?

Tenisa uczył je ojciec, który najpierw sam nauczył się teorii z książek.

- No właśnie - systemy niczego nie gwarantują. Nie dajmy się zwariować. Droga większości zawodników do czołówki nie ma nic wspólnego z systemem, a ma z cechami charakteru zdeterminowanych rodziców, z cechami charakteru dziecka, które się temu reżimowi poddaje, ze szczęściem, które się gdzieś po drodze pojawia, ze sponsoringiem i pomocą wielu różnych ludzi, którzy podają rękę tenisiście na różnych etapach jego rozwoju. Tak wyrasta mistrz. Dwóch takich wyrosło w Szwajcarii, ale czy jest tam system? Nie ma.

Mimo wszystko warto wskazać, co w naszym tenisie niedomaga i jakie rozwiązania systemowe trzeba wprowadzić, by pomóc zdeterminowanym rodzicom i ich dzieciom gotowym poddać się treningowemu reżimowi.

- Często słyszę, że w Polsce nie ma systemu szkolenia, dlatego kiedyś rozmawiałem w tej sprawie z Łukaszem Kubotem. Zapytałem go tak: "Łukasz, często mówisz, że do Czech wyjeżdżasz, ponieważ w Polsce nie możesz rozwijać swojego talentu. Co konkretnie masz na myśli?". On mi to łopatologicznie wytłumaczył. Mówił, że jak jest w swoim Lubinie, to chciałby mieć tam dobrą halę, żeby nie musiał jeździć do Wrocławia, żeby miał na miejscu dobrego trenera, który stworzy mu dobry plan treningowy, dobrych sparingpartnerów, którzy chętnie przyjadą z nim zagrać i jeszcze chciałby mieć sponsora, który będzie finansował jego karierę. Gdybyśmy zapytali jakiegokolwiek rodzica dziecka trenującego w Polsce tenis, to też powiedziałby, że najpilniejsze potrzeby to dobre warunki treningowe, dobry trener i pieniądze na zrealizowanie treningu.

Dlaczego w Czechach Kubot znalazł wszystko, czego nie miał w Polsce?

- W Stanach można grać cały rok pod gołym niebem, w Hiszpanii i na południu Francji też. Tam nie trzeba hal, to są kraje, które nie potrzebują infrastruktury zimowej. My hal potrzebujemy, a ich nie mamy. W 1989 roku, kiedy nastąpił u nas początek transformacji, mieliśmy jedną halę z trzema kortami, a o wiele mniejsze Czechy miały 400 krytych kortów. Kto w komunizmie budował obiekty sportowe? Państwo. Czeskie przez 40 lat wspierało tenis jako najważniejszą dyscyplinę po piłce nożnej i hokeju. Jak możemy się z nimi porównywać, skoro u nas tenis przez lata był nie trzecią, tylko 43. dyscypliną? Przez lata na turnieje nasi zawodnicy mogli wyjeżdżać tylko do demoludów. Na tenis nikt nie stawiał, a kiedy w 1989 roku otworzyły się granice, to zawodnicy i trenerzy znaleźli miejsca pracy tam, gdzie ich dyscyplina się liczyła. Wyjechali do Austrii, Niemiec, Szwajcarii i do wielu innych krajów. Zaczęli pracować za zupełnie inne pieniądze niż te, które dostawali z fikcyjnych etatów w kopalniach, wojsku czy milicji. Wtedy nasz tenis całkowicie się skończył. Nie mieliśmy bazy, nie mieliśmy trenerów. I trwało to latami. Pierwszy państwowy, inwestycyjny program dedykowany tenisowi pojawił się dopiero kilka miesięcy temu, po wimbledońskim sukcesie [Jerzy Janowicz i Agnieszka Radwańska zagrali w półfinałach, a Łukasz Kubot w ćwierćfinale]. Proszę zobaczyć, czego trzeba było dokonać, żeby dojść do momentu, kiedy pani minister sportu ogłosiła we wszystkich telewizjach, że robimy dużą rzecz dla tenisa. Oczywiście znów potwierdzam, że to znakomity pomysł. Gdyby wtedy ministerstwo dało nam dodatkowe dwa miliony złotych, to niczego by one nie zmieniły. Za to pomysł wybudowania w kraju 16 hal oznacza, że w 16 miejscach w Polsce będzie można za darmo prowadzić szkolenie dzieci i młodzieży. To podstawowy element systemu. Nasz jest na razie wadliwy. Musimy wybudować infrastrukturę, trenerów już mamy dobrych.

Jeszcze kilka lat temu zawodnicy opowiadali, że w Polsce jako szkoleniowcy pracują amatorzy.

- Sytuacja szybko się zmienia. 20 lat temu żaden z naszych trenerów nigdzie nie był, a dzisiaj polski trener jest w cenie. Tomek Wiktorowski pracuje z trzecią zawodniczką świata. Radek Szymanik jeździł z Mariuszem Fyrstenbergiem i Marcinem Matkowskim, dzięki czemu poznał wszystkich najlepszych trenerów świata. Paweł Ostrowski jeździł z Martą Domachowską, Maciek Domka z deblem Klaudia Jans/Alicja Rosowska. Maciek Synówka pracował z Ulą Radwańską, a teraz pracuje z Coco Vandeweghe [USA, 84. miejsce w rankingu WTA]. Jeżeli wymieniam chociaż pięć nazwisk naprawdę cenionych polskich trenerów, to znaczy, że oni są w światowej "dziesiątce". Może nie na początku, ale są wśród najlepszych. Na dodatek jest mnóstwo trenerów superdobrze pracujących w kraju. My się nie boimy, że nasi szkoleniowcy są niewykształceni. To żadne bęcwały, to porządnie przygotowani do pracy ludzie.

Skoro mamy trenerów i będziemy mieć hale, to jak jest z tym naszym systemem - już przyzwoicie?

- Dbamy o dwa najważniejsze elementy, ale oczywiście to nie znaczy, że spoczniemy na laurach. Trzecim ważnym elementem jest system kwalifikacji do sportu, doboru i selekcji. Jeżeli nie ma spodu piramidy, czyli rzeszy dzieci trenujących, to nie będzie w przyszłości sukcesów. Dlatego w ostatnich latach związek dmie w miechy pt. "Tenis 10". Zależy nam, żeby fala dzieciaków zamiast błąkać się po podwórkach chciała przyjść na korty.

Gdzie i kiedy dzieci będą mogły przyjść? Mówi pan o 16 halach, a ile z nich już się buduje?

- Program ruszył, to dopiero pierwszy rok. Z tego, co wiem, w tym roku będą budowane cztery hale - w Zabrzu, Bydgoszczy, Puławach i Rzeszowie.

Rodzice nie będą płacić, chcąc posłać dzieci na treningi do tych hal?

- Zasada jest taka, że hale na połowę z ministerstwem budują samorządy. To ważne, że zainwestowane zostaną środki samorządowe, a nie prywatne, bo dziś 90 proc. zadaszonych obiektów do tenisa jest w rękach prywatnych i rządzi się prawem zysku.

Rodzice dobrze o tym wiedzą, bywa przecież, że za godzinę zajęć dziecka płacą nawet 80 złotych.

- Rola związku polegała na tym, żeby przygotować i podpisać takie umowy z inwestorami, w ramach których kwota, jaką polskie państwo przeznacza na dofinansowanie każdej hali, wróciła do sportu, do tenisa. W przypadku każdego obiektu chodzi o 1,5 mln. One mają się zwracać przez najbliższe 10-15 lat w formie darmowych treningów dla dzieci i młodzieży.

Kiedy program może dać owoce w postaci obecności polskich drużyn w czołówkach Pucharu Davisa i Pucharu Federacji - około 2030 roku?

- Niestety, nie ma na świecie takiego cudotwórcy, który potrafiłby wszystko zorganizować w krótkim czasie. Żeby to się szybko udało, do tenisa musiałoby przyjść 100 tysięcy dzieci, musiałyby trenować wszędzie za darmo albo za maksymalnie 50 złotych miesięcznie. Na to wszystko trzeba zaczekać. Zresztą stworzenie supersystemu też niesie za sobą pewne niebezpieczeństwo. Francuzi go mają, produkują zawodników światowej czołówki, ale nie mają wielkiego mistrza.

Tak naprawdę to i Hiszpanie go nie wyprodukowali, skoro Rafael Nadal jako 12-latek odrzucił ofertę pomocy od federacji i dalej trenował z wujkiem, korzystając z pieniędzy bogatej rodziny.

- Rola federacji jest bardzo trudna. Co by nie zrobiła, dostanie po głowie. Nasza rola sprowadza się do trzymania kursu pośrodku. Chcemy powoli dokładać cegłę do cegły w budowie czegoś dobrego. Mistrzów na kopy nie będziemy produkować, ich mają produkować kluby. Dlatego musimy robić wszystko, żeby kluby były w lepszej kondycji finansowej, żeby miały hale, żeby ich trenerzy byli wykształceni i głodni sukcesu, żeby dzięki "Tenisowi 10" mogli zrobić nabór nie pięciu, tylko 500 dzieci. Jeżeli to się uda, to przy niewielkich opłatach od rodziców klub będzie dobrze prosperował. Największym kluczem do sukcesu jest zaangażowanie samorządów. To ważniejsze niż budżet związku, bo my sami nic nie zdziałamy, nawet jeśli będziemy mieli do dyspozycji 20, a nie jak teraz 3,3 mln złotych rocznie. Z tym, ile daje ministerstwo, czyli państwo, trzeba się pogodzić, bo tu milion czy dwa więcej niczego nie zmieni. W sport trzeba tak naprawdę włożyć miliard złotych, żeby móc realizować hasło "zdrowy obywatel w zdrowej gminie". Pewnie, że można dać po "bańce" trójce dobrych zawodników i liczyć, że zrobią coś więcej. Ale w ten sposób tenisa, sportu nie rozwiniemy.

Mówimy o halach, trenerach, pracy u podstaw, a co z kwestią pieniędzy dla zawodników, którzy próbują się przebić do światowej czołówki? Pomagacie finansowo tym, którzy plasują się powiedzmy w trzeciej-czwartej setce rankingów?

- Mamy taką politykę, że wspieramy grupy młodzieżowe. Zawodowców nie wspieramy, a miejsca, o których pan mówi, zajmują już zawodowcy. Na ostatnim zarządzie oszacowaliśmy, że rocznie możemy przeznaczyć 600 tys. złotych na indywidualne wsparcie zawodników. To oznacza pomoc w dwóch wymiarach. Albo dajemy jakieś konkretne pieniądze, albo np. organizujemy 12 wyjazdów na turnieje dla grupy, z którą jedzie nasz trener. Tyle środków udało nam się wygospodarować. Resztę pieniędzy przeznaczamy na reprezentacje. Musimy wysłać drużyny na Puchar Davisa i Puchar Federacji i 16 reprezentacji młodzieżowych na różne imprezy. Wreszcie musimy dać pieniądze na organizację konferencji trenerskich, bo to nasza rola, skoro chcemy mieć coraz lepszych szkoleniowców. Musimy też organizować obozy kondycyjne, bo przecież sami sobie zawodnicy zgrupowań nie zrobią. A kiedy stajemy przed dylematami, czy pieniądze przeznaczyć na występ juniorów w US Open albo czy dać je 29-letniemu zawodnikowi na grę w trzech challengerach, to zawsze wybierzemy korzyść dla młodszych.

Korzystasz z Gmaila? Zobacz, co dla Ciebie przygotowaliśmy