Puchar Davisa. Rozgrywki dla tych, którym się chce

Puchar Davisa to rozgrywki prestiżowe, choć nie przez wszystkich traktowane śmiertelnie poważnie. Polacy należą do tych, którym na nich zależy. W piątek o 16 od starcia Michała Przysiężnego z Marinem Ciliciem zaczyna się w Warszawie mecz z Chorwacją, którego stawką jest awans do barażu o Grupę Światową
Zaczęło się w 1900 r. od studentów amerykańskiego Harvardu. Oni jako pierwsi wpadli na pomysł drużynowych meczów tenisowych. Na pojedynek wyzwali Brytyjczyków i bili się z nimi przez kilkadziesiąt lat, z przerwami na dwie wojny światowe. Stopniowo dołączyli inni. Dziś rywalizuje już 130 państw.

Nazwa wywodzi się od nazwiska Dwighta F. Davisa, amerykańskiego studenta i tenisisty, a później polityka, który był jednym z inicjatorów rozgrywek i wyłożył 1 tys. dol., fundując srebrną salaterę jako nagrodę.

Puchar organizowany przez Międzynarodową Federację Tenisową nie jest już tak popularny jak kilkadziesiąt lat temu, bo obok wyrosła potężna konkurencja - poza Szlemami kalendarz tenisistów wypełniają dziś dziesiątki innych turniejów ATP, gdzie kuszą znacznie większe nagrody pieniężne.

Dlatego tenisiści od lat narzekają, że narodowe barwy odrywają ich od ścigania tego, co najważniejsze, czyli pieniędzy, ale tak naprawdę każdy z nich marzy, by choć raz podnieść w górę puchar i posłuchać hymnu. Tym bardziej że narodowe federacje wyszły naprzeciw wymogom konkurencji i same zaczęły płacić. Jeśli ktoś sądzi, że Rafael Nadal, czy Novak Djoković grają dla Hiszpanii i Serbii wyłącznie z pobudek patriotycznych, to buja w obłokach.

Amatorstwo dawno się skończyło. Polacy prawdopodobnie również dostają od PZT kilkaset tysięcy złotych rocznie do podziału, żeby osłodzić nieco pot, który przeleją, i siniaki, które sobie nabiją w koszulkach z orzełkiem na piersi. Ale nie ma w tym nic złego - tak robią po prostu wszyscy.

Specyfika Pucharu Davisa polega na tym, że najsilniejsze nie są te reprezentacje, które mają najlepszych tenisistów, ale te, którym na zdobyciu trofeum naprawdę zależy. Gdy Rafael Nadal chciał grać na serio dla Hiszpanii, zmotywował kolegów i poprowadził drużynę do trofeum. Gdy postarał się Novak Djoković, zwyciężyli Serbowie. A w przeszłości - Amerykanie z Pete'em Samprasem, czy Niemcy z Borisem Beckerem.

Ale gdy atmosfery w drużynie nie ma - z różnych powodów: bo brakuje sponsorów, dobrego kapitana albo największe gwiazdy czują się syte, bo już trofeum wywalczyły - wtedy mocna na papierze drużyna nagle spada w przepaść. Tak jest teraz z Hiszpanami, którzy przegrywają bez Nadala i Davida Ferrera albo z Serbami, których opuścili Djoković i Janko Tipsarević.

Fenomen ostatnich lat to reprezentacja Czech, oparta na Tomaszu Berdychu i Radku Stepanku, czyli gracza z końca pierwszej dziesiątki ATP i walecznego przeciętniaka. Drużyna w teorii strachu budzić nie powinna, ale w praktyce była niezniszczalną maszyną do wygrywania - Czechom piekielnie zależało i sięgnęli po trofea w 2012 i 2013 r. Ale nawet Czechom - rozkochanym w rywalizacji o wszelkie puchary - powoli przechodzi. Berdych odmówił ostatnio wyjazdu na mecz do Japonii. Widocznie w końcu się nasycił.

Komu ostatnio zależy? Na pewno Szwajcarom, występującym w Grupie Światowej, czyli 16-zespołowej elicie. W tym roku zrobią wszystko, by sięgnąć po trofeum. Roger Federer przez wiele lat unikał rywalizacji, mówił wprost, że Puchar Davisa to nie jest jego priorytet, i ścigał Szlemy. Ale w wieku 32 lat, mając u boku nowego mistrza Australian Open Stanislasa Wawrinkę, poczuł nagle, że nadszedł czas na jedno z niewielu trofeów, których nigdy nie zdobył.

Zależy też Polakom, bo odkąd jesienią 2012 r. objawił się Jerzy Janowicz, charyzmatyczny lider z umiejętnościami na poziomie czołowej dwudziestki rankingu ATP, stało się jasne, że biało-czerwoni też mogą przebić się do Grupy Światowej (tam przyznawane są już punkty do rankingu ATP) i walczyć o trofeum. Z Janowiczem (ATP 21), świetnymi deblistami Mariuszem Fyrstenbergiem i Marcinem Matkowskim (28. i 29. w deblu) oraz Michałem Przysiężnym (73) bądź Łukaszem Kubotem (84) Polacy mogą stanowić realną siłę na szczycie piramidy Pucharu Davisa.

Żeby tam awansować, muszą w ten weekend w Warszawie pokonać Chorwację, a potem we wrześniu wygrać baraż o Grupę Światową (nie wiadomo jeszcze, z kim; rok temu przegraliśmy na tym pułapie z Australią bez kontuzjowanego Janowicza).

Czy Chorwacji zależy? Trochę tak, bo odkąd rękami Ivana Ljubicicia i Mario Ancicia zdobyła trofeum w 2005 r., doszło do pokoleniowej zmiany warty. 25-letni Marin Cilić (26), 17-letni Borna Ćorić (295) i inni młodzi zawodnicy są głodni sukcesu.

Za Polakami przemawia to, że Janowicz na szybkim korcie w hali gra zazwyczaj najlepiej, a także to, że w boju do trzech wygranych setów ciężko pokonać doświadczonych deblistów Fyrstenberga i Matkowskiego.

Chorwaci liczą na dwa singlowe zwycięstwa Cilicia, byłego półfinalisty Australian Open, który rozgrywa bardzo dobry sezon (wygrał już dwa turnieje) oraz na niespodzianki - w deblu lub porażkę Przysiężnego z Ćoriciem.

Faworytami są jednak Polacy. Także dlatego, że Puchar Davisa to święto kibiców. Można trochę głośniej krzyczeć i mocniej klaskać niż na tradycyjnym meczu tenisowym. Polacy liczą na kilka tysięcy widzów w hali Torwaru.

- Gdy gramy w Polsce, publiczność dodaje nam skrzydeł, jestem pewien, że teraz też tak będzie - powiedział Janowicz.

Polska - Chorwacja. Piątek (godz. 16): M. Przysiężny - M. Cilić; J. Janowicz - B. Ćorić.
Sobota (godz. 16): M. Fyrstenberg, M. Matkowski - M. Draganja, M. Pavić.
Niedziela (godz. 12): Janowicz - Cilić; Przysiężny - Ćorić. Transmisje w Canal+ Family 2.