Puchar Davisa. Olejniczak: Polska w końcu zagra w Grupie Światowej

- Kilka lat temu graliśmy w podobnym składzie, ale nikt nie wiedział gdzie, z kim i o co. Nie mieliśmy swojego lekarza, nie mówiąc o specjaliście do naciągania rakiet, pieniędzy brakowało na wszystko. Teraz nasz tenis to już nie tylko Agnieszka Radwańska, w końcu awansujemy do Grupy Światowej Pucharu Davisa - mówi były reprezentant Polski w tych rozgrywkach Dawid Olejniczak. Od piątku do niedzieli w Warszawie mecz Polska - Chorwacja. Zwycięzca zagra w barażu o awans do elity. Relacje na żywo w Sport.pl
Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS, na Androida i Windows Phone

Łukasz Jachimiak: Wierzy pan, że w przyszłym roku zobaczymy tenisowy mecz Polska - Hiszpania albo Polska - Szwajcaria i pojedynki Jerzego Janowicza z Rafaelem Nadalem czy Rogerem Federerem?

Dawid Olejniczak: Myślę, że awans do Grupy Światowej Pucharu Davisa to cel, który w końcu nasi tenisiści zrealizują. Na pewno teraz jesteśmy zdecydowanym faworytem starcia z Chorwatami [podobnie na spotkanie patrzą bukmacherzy; na zwycięstwo Polski Fortuna wystawia kurs 1,4 przy kursie 2,52 na triumf Chorwacji], a jeśli ich pokonamy, od elity będzie nas dzielił jeszcze tylko jeden mecz.

We wrześniu ubiegłego roku bez kontuzjowanego Janowicza Polska przegrała decydujący mecz z Australią, ale teraz półfinalista Wimbledonu zagra, natomiast u Chorwatów zabraknie Ivana Dodiga i Iva Karlovicia. Wyobraża pan sobie, że nasi zawodnicy zmarnują taką szansę?

- Marin Cilić, który jest liderem Chorwatów, w rankingu ATP zajmuje 26. miejsce, kiedyś był w czołowej "10". Będzie groźny. Ale sam meczu wygrać nie może, nawet jeśli zdobędzie dwa punkty w swoich singlowych grach. Jednak uważać trzeba też na chorwacką młodzież, bo ona jest bardzo utalentowana. Do Warszawy nie przyjechali chłopcy do bicia, do nich trzeba podejść z respektem, nie wolno myśleć o następnym przeciwniku, bo mecz sam się nie wygra. Zwłaszcza że i my nie zagramy w optymalnym składzie. Nie będzie przecież Łukasza Kubota. Trzeba się mocno zmobilizować, bo szkoda byłoby w głupi sposób przegrać i stracić szansę na awans do grona najlepszych.

W ubiegłym roku Janowicz dotarł do półfinału, a Kubot do ćwierćfinału Wimbledonu, dwa miesiące temu Kubot w parze z Robertem Lindstedtem wygrał Australian Open, a Fyrstenberg z Matkowskim już od kilku sezonów tworzą czołowy debel świata. Skąd te sukcesy po długich latach beznadziei naszego męskiego tenisa?

- Janowicz wyskoczył bardzo szybko, błysnął talentem, miał też trochę szczęścia i po jednym niezwykle udanym turnieju w Paryżu od razu wdarł się do światowej czołówki. Jurek jest przypadkiem szczególnym, ale nasi pozostali tenisiści długo pracowali, by być w tym miejscu, w którym teraz są. Kubot i Michał Przysiężny to zawodnicy, którzy mieli w swoich karierach wiele perypetii. Prześladowały ich kontuzje, nie mogli się przebić do szerokiej czołówki przez trudne realia polskiego sportu. Długo mogliśmy tylko pomarzyć o takich warunkach, jakie mieli Niemcy czy Francuzi. Oczywiście nadal dużo nam do nich brakuje, ale już jest sporo lepiej, na podstawowe sprawy pieniędzy wystarcza.

Kiedy w 2008 roku awansował pan z kwalifikacji do pierwszej rundy Wimbledonu, cieszyliśmy się, że w głównym turnieju mamy pierwszego Polaka od 1986 roku. Teraz marzą nam się wielkie rzeczy. Nie za szybko?

- Cierpliwość z jednej strony jest wskazana, z drugiej wiadomo, że mężczyźni, którzy w Polsce grają w tenisa, do najlepszych wyników dochodzą dopiero około 30. roku życia, bo wcześniej nie są w stanie zebrać tylu doświadczeń, ile mieć powinni, chcąc być w czołówce. Przysiężny, Kubot, Fyrstenberg i Matkowski są już po trzydziestce i właśnie teraz muszą osiągać sukcesy. W innej, dużo lepszej sytuacji jest 24-letni Janowicz. Jemu udało się pójść drogą Agnieszki Radwańskiej.

Skorzystał na tym, że już kiedy był juniorem, w męski tenis inwestowano mocniej niż za waszych czasów?

- Na pewno kiedy jeszcze grałem, braki były widoczne głównie w sferze finansowej. Mieliśmy tylko stypendia od pana Ryszarda Krauzego, brak pieniędzy nas mocno ograniczał. A teraz bilety lotnicze są tańsze, świat maleje dzięki temu, że powszechny jest internet i można sobie wiele rzeczy taniej załatwić i w efekcie polecieć na więcej imprez i zdobyć więcej punktów do rankingu. W dzisiejszych czasach wszystko jest po prostu łatwiejsze. Przecież kiedyś też mentalnie byliśmy na sukcesy gotowi. Wiedzieliśmy, że trzeba mieć dobrego trenera, dobrze się prowadzić, mocno pracować. Powiem nawet, że kilka lat wstecz pracowało się ciężej niż teraz. No ale brak pieniędzy nie pozwalał podskoczyć wyżej.

Co jeszcze poza lepszymi warunkami finansowymi zyskali Kubot, Przysiężny, Matkowski i Fyrstenberg, że tak się zmienili od 2008 roku, kiedy po raz ostatni grał pan z nimi w jednej drużynie?

- W 2007 i 2008 roku faktycznie tworzyliśmy zespół podobny do obecnego, brakowało tylko Janowicza, ale daleko było nam do takich sukcesów, jakie teraz są do osiągnięcia. Na pewno byliśmy gorzej zorganizowani. Nie mieliśmy swojego lekarza, nie mówiąc o własnym specjaliście od naciągania rakiet. Ale też byliśmy sporo młodsi i zwyczajnie brakowało nam ogrania. Ono w Pucharze Davisa jest kluczem do zwycięstw. Teraz każdy z chłopaków ma odpowiednie doświadczenie, dla każdego gra o dużą stawkę to codzienność i każdy, jak w wielkich drużynach, potrafi się zmobilizować na Puchar Davisa nawet mocniej niż na turniej, w którym gra tylko dla siebie.

Na pewno pomaga w tym otoczka, jaką mają mecze. Puchar Davisa ma ponad 100 lat, ale w Polsce dopiero teraz staje się dużą imprezą.

- To prawda, bardzo dobrze, że Polski Związek Tenisowy stara się odpowiednio sprzedać tak duże wydarzenie, jakim jest Puchar Davisa. Kiedyś gdzieś graliśmy, ale nikt nie wiedział gdzie, z kim i o co. Teraz mecze są reklamowane, dużo się o nich pisze i mówi, bilety szybko się rozchodzą. To cieszy, bo w cywilizowanym, tenisowym świecie Davis Cup to wielkie przedsięwzięcie i bardzo duży prestiż. Jesteśmy bliżej sukcesu również dlatego, że nasi działacze zaczynają to rozumieć.