Puchar Davisa. Olejniczak: Miał być spacerek, będą wielkie chwile Przysiężnego

- Po Wimbledonie wszyscy widzieliśmy się w Grupie Światowej. Teraz wiemy, że łatwo nie będzie, ale to nasza wisienka na torcie i musimy ją zjeść - mówi Dawid Olejniczak przed barażem o awans do Grupy Światowej Pucharu Davisa. W piątek na Torwarze mecze Kubot - Hewitt i Przysiężny - Tomic. Relacja na żywo w Sport.pl od godz. 16.
Łukasz Jachimiak: Zgadza się pan z kibicami, którzy uważają, że bez Jerzego Janowicza polskim tenisistom trudno będzie pokonać Australijczyków w barażu o Grupę Światową Pucharu Davisa?

Dawid Olejniczak: Poziom mojego optymizmu trochę spadł, ale nadal czuję, że będzie dobrze, bo Jurka zastąpi bardzo utalentowany tenisista, jakim jest Michał Przysiężny. Ten chłopak nie osiągnął takich sukcesów, jakie już ma na swoim koncie Jurek i może nigdy nie będzie miał tak dobrych wyników, ale jemu na drodze do wielkiej kariery zawsze stawały kontuzje, a teraz nic mu nie dolega. W najważniejszym sprawdzianie w swoim życiu na pewno zrobi wszystko, żeby pokazać, ile potrafi. Michał zagra z wielką Australią [aż 28 razy zdobyła Puchar Davisa], w dodatku przed własną publicznością i o dużą stawkę, a wszystko dostał last minute. Teraz powinien świetnie zareagować na taki egzamin i przeżyć wielkie chwile.

Mielibyśmy piękną historię, gdyby Przysiężny został niespodziewanym bohaterem, ale na razie wszystko układa się zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy.

- To prawda. Po Wimbledonie wszyscy już widzieliśmy się w Grupie Światowej, niektórzy sądzili nawet, że z Australią czeka nas spacerek. Mieliśmy prawo czuć się mocni, w końcu Jurek dotarł do półfinału, a Łukasz do ćwierćfinału najbardziej prestiżowego turnieju świata, o naszym deblu wiemy od dawna, że jest jednym z najlepszych na świecie. Niestety, wszystko nam się szybko skomplikowało. Jurek przez kontuzję nie gra, Łukasz po Wimbledonie stracił formę, a Michał na pewno jest w stanie wygrać z każdym z czołówki, ale też zdarzają mu się słabsze występy. Szczególnie na kortach ziemnych. Mamy więc sytuację, w której nie możemy być pewni żadnego punktu. Nawet debliści wcale nie muszą swojego meczu wygrać, bo Australijczycy w tej specjalności zawsze są mocni. Cóż, szykują nam się spore emocje. Żałuję, że nie przeżyję ich w Torwarze, nie zdążyłem kupić biletu.

Byłemu reprezentantowi Polski w Pucharze Davisa nie przysługuje prawo wejścia na taki mecz?

- Niestety, u nas byli reprezentanci nie mają specjalnych praw. Chciałem bilet kupić, ale ogarnąłem się trochę za późno, bo tydzień temu. Okazało się, że zainteresowanie jest większe, niż myślałem. Trudno, nie lubię się prosić, siądę przed telewizorem i przed nim będę kibicował chłopakom.

To jednak dziwne, tyle się mówi, że nowe władze Polskiego Związku Tenisowego odmieniają wizerunek dyscypliny.

- Grałem w Pucharze Davisa trzy razy, występowałem w nim z tymi chłopakami, którzy grają teraz. Ale nie ma o czym mówić, przecież jesteśmy w Polsce. Zostawmy ten temat, wracajmy do sportu.

Patrząc na rozkład piątkowych gier, nie obawia się pan, że zaczniemy od 0:2?

- Łukasz [Kubot jest 70. w rankingu ATP] na pewno nie jest faworytem spotkania z Llyetonem Hewittem [58 ATP], ale Michał [113 ATP] i Bernard Tomic [51 ATP] to podobni zawodnicy. Obaj są chłopakami po przejściach. Tomić nie jest wirtuozem gry na kortach ziemnych, według mnie w tym meczu mamy typowe 50 na 50. Natomiast Hewitt bardzo dobrze zaprezentował się na US Open [pokonał m.in. Juana Martina Del Potro, odpadł dopiero po pięciosetowej walce o ćwierćfinał z Michaiłem Jużnym], to były numer 1 światowego rankingu, on nigdy nie odpuści żadnej piłki. Zdecydowanie większą szansę na punkt dla Polski ma Michał. Będę mu mocno kibicował, bo od dawna się kolegujemy, wiem, jak fajny to chłopak, i życzę mu, żeby wreszcie został doceniony przez polskich kibiców tak Jurek i Łukasz.

Nie ma pan wrażenia, że pańscy koledzy już i tak sporo wygrali i nawet po ewentualnej porażce z Australią kibice z nimi zostaną?

- Na pewno zrobili duży krok w stronę światowej czołówki, liczą się w niej, a kibice to zauważyli i szybko się od nich nie odwrócą. Ale nam nie wolno być minimalistami. Jesteśmy w sytuacji, w której - używając piłkarskiego języka - możemy zdobyć bardzo ważną bramkę i właśnie to musimy zrobić, bo na kolejną tak dobrą okazję być może musielibyśmy długo czekać. Wylosowaliśmy dobrego rywala, wylosowaliśmy prawo gry u siebie, a to duży atut. Moim zdaniem wygramy 3:2, a decydujący punkt zdobędzie Michał Przysiężny.

To znaczy, że według pańskiego scenariusza przy stanie 2:2 Przysiężny pokona w niedzielę Hewitta?

- Na to wychodzi. Michał to jest gość, który w swoim sportowym życiu dużo przeszedł. Pewnie teraz jest trochę zestresowany, ale czuję, że to podziała na niego dobrze, że się szczególnie zmobilizuje. Jego naprawdę stać na pokonanie Tomicia, a przy dobrej dyspozycji i dobrej publiczności również na zwycięstwo nad Hewittem. Kibice naprawdę mogą dużo pomóc. Zwłaszcza jeśli do dopingu nakręci ich Łukasz. Kubot to chłopak, który zawsze z publiką gra. Pamiętam, że takimi meczami żył już dawno temu. Jak akurat nie grał, to nie siedział na ławce rezerwowych, tylko prowadził doping. Puchar Davisa jemu zawsze daje dodatkowy impuls do dobrej gry. Dlatego i on może dla nas punktować, mimo że ostatnio nie pokazuje dobrej dyspozycji. Mamy naprawdę fajną pakę, zespół jest profesjonalny, nie już tak jak za moich czasów, kiedy wszystko było na wariackich papierach. Ostatni raz grałem z chłopakami w 2008 roku, od tego czasu dużo się poprawiło, teraz oni mają swojego lekarza, jest z nimi nawet ich własny stringer [specjalista od naciągania rakiet]. Dla nich ten mecz jest wisienką na torcie, trzeba ją zjeść i za rok gościć u nas najlepszych tenisistów świata, bo przecież na mecze w Grupie Światowej mógłby do nas przyjechać Novak Djoković z Serbią, Rafael Nadal z Hiszpanią czy Roger Federer ze Szwajcarią. To dopiero byłyby wielkie wydarzenia dla polskiego tenisa.