Wimbledon. Dustin Brown, czyli Jamajka, dredy i kolorowe sznurówki

Dustin Brown jako pierwszy Jamajczyk od 40 lat zagrał w turnieju głównym na trawiastych kortach Wimbledonu. Na razie zaintrygował dredami i kolorowymi sznurówkami w butach, ale już niedługo może występować w brytyjskiej kadrze w Pucharze Davisa u boku samego Andy'ego Murray'a. We wtorek na kortach w Londynie zagrają Łukasz Kubot i Agnieszka Radwańska. Na relacje na żywo z obu spotkań zapraszamy do Sport.pl.
Mało kto z widzów przybyłych na pierwszy dzień zmagań podczas Wimbledonu dostrzegł pierwsze od 24 lat.  zwycięstwo Polaka. Z pewnością więcej osób zwróciło uwagę na pierwszy od 40 lat występ reprezentanta Jamajki. I nic dziwnego, bo 25-letniego Dustina Browna trudno przeoczyć.

Dredy i kolorowe sznurówki

Brown miał pecha, bo w losowaniu trafił na rozstawionego z szesnastką Jurgena Melzera. Austriak dopiero co osiągnął życiowy sukces, dochodząc do półfinału turnieju na kortach Rolanda Garrosa. Jamajczyka pokonał raczej łatwo, w czterech setach 6:3, 4:6, 6:2, 6:3.

Brown, syn Niemki i Jamajczyka, warunki do tenisa ma świetne: do dwóch metrów brakuje mu ledwie czterech centymetrów. Wzrost jednak nie załatwia wszystkiego - obok 17 asów serwisowych Brown miał aż 28 niewymuszonych błędów przy dwunastu rywala. Melzer górował nad Jamajczykiem techniką i konsekwencją.

Na korcie Brown zwraca uwagę nie tylko wzrostem. Nosi długie dredy, których nie powstydziłby się żaden muzyk reggae. Zainteresowanie wzbudziły też jego sznurówki: jedna w kolorze pomarańczowym a druga limonowa oraz żółte opaski na rękach. W ostatnim bastionie tenisowej tradycji, jakim jest Wimbledon, to rzadko spotykana ekstrawagancja. Browna wyróżniała grupa żywiołowych fanów powiewająca wielkim banerem z napisem "Dustin wygrywa!".

Wielki skok w jeden rok

Brown nie bierze udziału w Wimbledonie dzięki dzikiej karcie od organizatorów - sam się do niego zakwalifikował.

Równo przed rokiem, w czerwcu, Brown znajdował się w okolicach 370. miejsca w rankingu ATP i nie mógł pomarzyć o grze choćby w kwalifikacjach prestiżowego turnieju. Zamiast tego grał w futuresach o puli nagród wynoszącej 10 tysięcy dolarów, w niemieckich Furth i Oberstaufen.

Zbierał punkt do punktu i systematycznie piął się w górę. Wygrał challengery w Johannesburgu i uzbeckiej Samarkandzie, w kilku innych dochodził do finałów. Krok po kroku, przyjmując taktykę podobną do Michała Przysiężnego, doszedł do pierwszej setki rankingu ATP. 17 maja tego roku awansował na 99. pozycję, najwyższą w karierze. Obecnie sklasyfikowany jest trzy miejsca niżej.

Jamajczyk u boku Murray'a?

Przykład Browna pokazuje, że nie jest łatwo być tenisistą z Jamajki. - Nie dostaję z Federacji żadnych funduszy, szkolenia, jakiejkolwiek pomocy. Nie można nazwać wsparciem maila, którego dostałem dwa dni temu, z gratulacjami za otrzymanie dzikiej karty w Wimbledonie - skarży się Brown, który, powtórzmy, dzikiej karty nie dostał, bo jej nie potrzebował. - Nie wykonują swojej pracy i wszyscy to wiedzą - zarzuca rodzimym działaczom i myśli o startach w barwach Wielkiej Brytanii! Zaczął już nawet przeglądać rodowód ojca, by znaleźć korzenie, umożliwiające mu ubieganie się o obywatelstwo. - Czekam na ruch ze strony brytyjskiej federacji. Jeśli są zainteresowani, muszą zrobić krok w moim kierunku - tłumaczył Brown zainteresowanym dziennikarzom.

Sprawa nie jest wcale tak anegdotyczna jak się w pierwszym momencie wydaje. Na Wyspach od lat zmagają się z poważnym tenisowym kryzysem. Andy Murray jest czwartym zawodnikiem świata, ale kolejny reprezentant Wielkiej Brytanii, Alex Bogdanovic, jest dopiero 172., równo siedemdziesiąt pozycji za Brownem.

Czy już niedługo Jamajczyk będzie drugą rakietą Zjednoczonego Królestwa w Davis Cupowej reprezentacji? Wkrótce się przekonamy. Sam Brown nie przejmuje się przegraną z Melzerem. - Do zobaczenia w przyszłym roku, kolego - rzucił mu ktoś z trybun po meczu, na co gracz odpowiedział promiennym, karaibskim uśmiechem.

Wszystko o tenisowym Wimbledonie ?