Wimbledon. Federer wiecznie młody

- Czułem waszą miłość, dzięki! - mówił Roger Federer do kibiców po przegranym finale Wimbledonu. Sugestię, że to mogło być pożegnanie, kategorycznie odrzucił. - Kolejne wielkie mecze jeszcze przede mną - podkreślił niespełna 33-letni Szwajcar.
Po blisko czterech godzinach walki Federer przegrał w niedzielę z Novakiem Djokoviciem 7:6 (9-7), 4:6, 6:7 (4-7), 7:5, 4:6.

"Guardian", "Times" i "Daily Telegraph" zgodnie uznały, że obejrzeliśmy jeden z najlepszych finałów w historii Wimbledonu. Jeśli chodzi o poziom emocji, niewiele zabrakło do bitwy wszech czasów, czyli pojedynku Federera z Rafaelem Nadalem z 2008 r.

W szczytowym momencie oglądalność w BBC sięgnęła 10 mln, co jak na mecz bez udziału Brytyjczyka jest wynikiem rewelacyjnym. Oznacza, że ponad połowa osób w Wlk. Brytanii, oglądająca telewizję, wybrała w niedzielę tenis. Relację z Formuły 1, rozgrywanej na lokalnym torze Silverstone, okraszoną zwycięstwem Brytyjczyka Lewisa Hamiltona, zobaczyło 3,9 mln widzów.

Ten fenomen można wyjaśnić tylko w jeden sposób. Zadziałała magia Federera, który w globalnym sporcie właściwie nie ma konkurencji, jeśli chodzi o budzenie pozytywnych emocji wśród kibiców, także tych "niedzielnych". 33-letniego Szwajcara, ojca czwórki dzieci, który nie wygrał turnieju wielkoszlemowego od 2012 r., wspierali w niedzielę z trybun David Beckham, książę William z żoną, tuzin celebrytów z Hollywood, a przed telewizorami na dokładkę jeszcze pół świata. - Czułem waszą miłość! Przegrałem, ale przynajmniej zobaczyliście atrakcyjny pojedynek - uśmiechał się Federer po meczu, który mógł dać mu ósmy tytuł w Londynie i 18. w Szlemie.

Ta atmosfera hołdu dla weterana udzieliła się nawet zwycięskiemu Djokoviciowi, który podczas przemowy powiedział: - Szanuję twoją karierę i dokonania. Dziękuję, że pozwoliłeś mi dziś wygrać.

Serb, od poniedziałku znów lider rankingu ATP, zachował się z klasą, ale w rzeczywistości wygrał całkowicie samodzielnie.

Wielką zasługą Stefana Edberga, trenera Federera, jest to, że potrafił wydobyć z weterana to, co najistotniejsze w tenisie na trawie, czyli wspaniałą ofensywę (29 asów, 55 wygranych akcji przy siatce, 75 winnerów) oraz wielką determinację, ale Szwajcar nie był w stanie oszukać własnego ciała. W dłuższych wymianach, w sytuacjach, gdy trzeba było biegać, a nie tylko strzelać, odstawał od młodszego o pięć lat Djokovicia, co w końcówce okazało się decydujące.

- Jakościowo to najlepszy finał Szlema, w jakim zagrałem - stwierdził Serb, też wzruszony, bo po przegraniu pięciu z ostatnich sześciu finałów potrafił pokonać własne słabości. - Przyznam szczerze, wątpiłem w siebie, ale znalazłem właściwą drogę, dlatego ta wygrana smakuje najlepiej - podkreślił Djoković, dedykując triumf zmarłej przed rokiem trenerce z czasów juniorskich Jelenie Gencić. A potem ogłosił, że robi sobie kilka tygodni urlopu i poświęca wyłącznie rodzinie. Za kilka dni w Czarnogórze bierze ślub, jego narzeczona Jelena Ristić w październiku spodziewa się dziecka. Wimbledon to jego siódmy zwycięski Szlem, zrównał się z Johnem McEnroe, Matsem Wilanderem i Johnem Newcombem.

Federer od dwóch lat zatrzymał się na 17 trofeach i wyznał, że gdy opuszczał kort centralny, ogarnął go wielki smutek. Brytyjskie media przypomniały, że odkąd tenis stał się w 1968 r. zawodowym sportem, Wimbledonu nie wygrał tenisista starszy niż 31-letni. Nic dziwnego, że Szwajcar na konferencji prasowej musiał odpowiadać (który to już raz?) na pytania o koniec kariery. - Wciąż czuję, że mam coś do powiedzenia i jestem w stanie walczyć z czołówką - odparł niezmiennie Federer.

"Może jest trochę wolniejszy i nie bije tak mocno jak młodzi rywale. Ale wciąż ma najlepszy tenisowy mózg" - podsumował "Guardian".

Wzruszony Djoković po finale i plejada gwiazd na trybunach [ZDJĘCIA]