Radwańska dla Sport.pl: To mój najważniejszy ćwierćfinał!

- W grudniu chodziłam jeszcze o kulach po operacji stopy. Gdyby mi ktoś powiedział przed turniejem, że dojdę do III rundy, to pukałabym się w głowę. Do IV rundy - wyśmiałabym od wariatów. Do ćwierćfinału - powiedziałabym, że jest z innej planety. Dlatego ten wynik jest dla mnie tak cenny - mówi Sport.pl Agnieszka Radwańska, ćwierćfinalistka Australian Open 2011.
Radwańska po trwającym 2 godz. i 44 minuty meczu-horrorze pokonała w poniedziałek 7:5, 3:6, 7:5 Chinkę Shuai Peng (WTA 54) w 1/8 finału. Przy stanie 4:5 w trzecim secie Polka obroniła dwie piłki meczowe. O półfinał zagra w środę z Kim Clijsters lub Jekateriną Makarową.

Jakub Ciastoń: Niesamowity mecz, wielkie emocje, znów jest pani w ćwierćfinale Wielkiego Szlema!

Agnieszka Radwańska: Spodziewałam się, że to będzie horror, bo Peng mnie jakoś prześladuje. Ciągle muszę z nią grać w Szlemie: kilka lat temu w Wimbledonie, ostatnio na US Open i teraz w Australii. Z nią zawsze są trzy sety i emocje jak w kinie grozy. Cieszę się, że udało mi się odwrócić los meczu, obronić te meczbole. To super uczucie wygrać w taki niesamowity sposób.

Udał się pani rewanż za wrześniową porażkę w II rundzie US Open. Zagrała pani dużo odważniej, agresywniej, czy to zdecydowało?

- Trudno ocenić, wtedy już bolała mnie noga, zaczynała mi się kontuzja stopy, która skończyła się w październiku operacją. Oba mecze były podobne, mnóstwo walki, zacięte, najpierw wygrałam seta, potem ona. Skończyło się tylko inaczej. Obie gramy podobny tenis, serwis nie ma u nas wielkiego znaczenia, są długie wymiany. Żadna z nas nie ma jakiegoś kluczowego uderzenia. Dobrze, że zdołałam się uspokoić po tym, jak roztrwoniłam prowadzenie 3:1 i 40:0. Jeśli coś było decydujące, to właśnie to.

To pani czwarty w karierze ćwierćfinał Wielkiego Szlema. Na którym miejscu by go pani sklasyfikowała, porównując wszystkie?

- Na pierwszym. Powrót po tej strasznej kontuzji stopy to jednak niesamowity wyczyn. Gdyby mi ktoś powiedział przed turniejem, że dojdę do III rundy, to pukałabym się w głowę. Do czwartej - wyśmiałabym od wariatów. Do ćwierćfinału - powiedziałabym, że jest z innej planety. Jestem w kompletnym szoku, że doszłam tak daleko. Przyjeżdżając tutaj w ogóle nie liczyłam na coś takiego. Przecież jeszcze w grudniu chodziłam o kulach, na stojąco zaczęłam trenować w połowie stycznia, dopiero od świąt Bożego Narodzenia zaczęłam biegać na bieżni. Nie było mowy o wyniku, celach, tylko, czy będę mogła grać.

Nie mówiąc już o tym, że w pierwszej rundzie z Kimiko Date-Krumm miałam 1:4 w III secie. Mogłam przegrać ten mecz i nic by się pewnie nie stało. Wtedy cieszyłam się i tak, że mogę grać bez bólu. Wiem, ze moja forma nie była idealna, ale wygrałam te cztery mecze ambicją, doświadczeniem i spokojem. Nie stresowałam się, że muszą coś osiągnąć, po prostu grałam w tenisa.

Znów była pani mistrzynią decydujących piłek. W tym meczu najlepsze uderzenia grała pani mając nóż na gardle, zwłaszcza przy meczbolach.

- Bo kluczowa jest psychika. Dzięki tej kontuzji jakoś się zupełnie wyluzowałam. Wiedząc, że nic nie muszę, grało mi się lepiej, ręka nie zadrżała. Śmieję się, że będę teraz prosić mojego chirurga, żeby mi coś operował przed każdym Szlemem. Zgłoszę się w kwietniu, niech mi zoperuje łokieć, albo plecy, to na Roland Garros będę w sam raz (śmiech).

A na serio, jak się pani czuje fizycznie? W poniedziałek, razem z deblem, spędziła pani cztery godziny na korcie...

- Już pierwszy mecz z Kimiko Date-Krumm dał mi tak w kość, że potrzebowałabym pewnie pięciu dni, żeby dojść do siebie. Zanim wyjdę na kort, spędzam więc za każdym razem godzinę z fizjoterapeutką. Oklejenie wszystkich moich siniaków i zbolałych miejsc, m.in. na plecach, zajmuje tyle czasu (śmiech). Po prostu brak gry przez kilka miesięcy sprawił, że inne mięśnie są bardziej narażone na urazy. Teraz znów był dzień-maraton, więc czuję się jakby po mnie walec przejechał. Ale jakoś da się wytrzymać.

O półfinał prawdopodobnie zmierzy się pani z Kim Clijsters, główną faworytką turnieju. Da się ją jakoś podejść?

- Wiadomo, to wielka mistrzyni. Oglądałam jej kilka meczów, bo zawsze wieczorem włączam telewizor na sesję nocną i powtórki. Widać, że gra dobrze, jest w formie. Ciężko mówić o taktyce na mecz z nią. To jest dziewczyna z pierwszej dziesiątki, w jej tenisie nie ma dziur, czy słabszych uderzeń. Trzeba zagrać na 100 procent, nie ma miejsca na potknięcia. Gram bez presji, osiągnęłam już więcej niż ktokolwiek przypuszczał. Postaram się zagrać najlepiej jak potrafię, po tych kilku rundach wróciła mi pewność siebie. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Co sądzi pani o tym niesamowitym rekordowym meczu Schiavone - Kuzniecowa, który trwał grubo ponad cztery godziny?

- Oglądałam trochę trzeciego seta. Coś niesamowitego. Obie grały rewelacyjny tenis. Wielki szacunek.

Spodziewała się pani, że filmik z panią i rozpadającą się rakietą tenisową zrobi taką furorę w internecie? Obejrzało go już kilkaset tysięcy ludzi.

- Idę na rekord. Jestem sławna (śmiech). Takie sytuacje zdarzają się raz na milion. To nie wina rakiety, przedstawiciele Babolata nie zgłaszali zastrzeżeń, choć wiem, że to mogła być dla nich antyreklama. Ale ja gram ich rakietami od wielu lat i jestem bardzo zadowolona.

Dochodzą do pani komentarze z Polski na temat politycznych deklaracji, które zamieszczono na pani stronie internetowej w sprawie katastrofy Smoleńskiej, filmu " Mgła" i raportu MAK?

- Tata zamieszcza na stronie różne rzeczy, także polityczne. Mam mu za złe, że tak robi, bo to jednak jest strona sportowa. Nie powinien tego mieszać. Ja staram się nie mieszać sportu z polityką, nie trzymam żadnej strony, nie interesuje mnie to. Miałam już w przeszłości propozycje popierania różnych partii, ale zawsze je odrzucałam. Skupiam się na tenisie, sporcie, stoję zupełnie z boku. I chcę żeby tak zostało.

Clijsters? Będzie ciężko, ale... - czytaj rozmowę z trenerem Radwańskim  ?