Australian Open. Janowicz kontra francuski showman

Agnieszka Radwańska i Jerzy Janowicz wygrali 2-0 dwumecz polsko-japoński w I rundzie Australian Open. Ale formą zaimponowała tylko szósta rakieta świata. Janowicz musi grać znacznie lepiej, jeśli chce pokonać w hicie II rundy Gaela Monfilsa.
W turnieju, z którego zdążyło już odpaść 11 rozstawionych zawodniczek - we wtorek Andrea Petković (13), Flavia Pennetta (12) i Jelena Janković (15) - głęboki wdech przed pierwszym meczem Radwańskiej to nie było coś zupełnie nie na miejscu. Nawet jeśli rywalką była Japonka Kurumi Nara, 39. w rankingu WTA, pokonana przez Polkę łatwo przed rokiem w Cincinnati.

Na szczęście szybko okazało się, że Radwańska do Melbourne zabrała formę przyzwoitą. Solidna gra z głębi kortu, tradycyjnie doskonała obrona i kontrataki, a do tego parę ostrych wyjść do przodu, kilka skończonych efektownymi wolejami - patrząca na to wszystko Martina Navratilova, od niedawna konsultantka Polki, mogła z uznaniem kiwać głową. Skończyło się na 6:3, 6:0 w nieco ponad godzinę. Drugi set to była już profesor Radwańska w najlepszym wydaniu - tak zaplątała rywalce nogi, że Japonka chyba nie wiedziała, gdzie się właściwie znajduje.

- Dobry mecz, choć mogłam lepiej zacząć. Pierwsza runda to zawsze lekki stres, co widać po innych wynikach. Cieszę się, że mam to już za sobą - stwierdziła Polka. Odkąd jest w czołówce i w Szlemach mierzy wysoko, przejście kilku rund bez draśnięcia to warunek konieczny. - Trzeba wygrywać szybko, by oszczędzać siły na drugi tydzień. Na trudne mecze przyjdzie czas - mówił wielokrotnie trener Tomasz Wiktorowski. W II rundzie w czwartek Radwańska zmierzy się z 26-letnią Szwedką Johanną Larsson. Grały dotąd raz - przed rokiem w Boras Radwańska zwyciężyła w Pucharze Federacji 6:4, 6:1. Jeśli stres faktycznie minął, to bać się nie ma czego. Tym bardziej że pokonana Japonka ograła Larsson tydzień temu w Hobart.

Jeśli wszystko potoczy się dobrze, pierwszą trudniejszą przeszkodę zeszłoroczna półfinalistka będzie miała w III rundzie - czekać tam będzie Amerykanka Varvara Lepchenko lub reprezentująca od niedawna Australię Chorwatka Ajla Tomljanović. Zeszłoroczny bilans Radwańskiej z pierwszą to 0-2, a z drugą - 0-1.

Większe zmartwienia i tak ma na razie Jerzy Janowicz (ATP 44), który w premierowym meczu męczył się okrutnie z Hirokim Moriyą (ATP 146). Zwyciężył ostatecznie japońskiego lucky losera 7:6 (7-5), 2:6, 6:3, 7:5, ale zajęło mu to blisko trzy godziny.

Janowicz początkowo wylosował byłego mistrza US Open Juana Martina del Potro, ale Argentyńczyk wycofał się z powodu kontuzji. Kto wie, czy potyczka ze sławą nie byłaby dla Janowicza mniej stresująca. Z nieznanym szerzej Moriyą na korcie uwierało go właściwie wszystko - rola murowanego faworyta, niemoc serwisowa (13 podwójnych błędów!) oraz piekielnie szybki rywal, biegający i kontratakujący w zawrotnym tempie. Janowicz klął jak szewc, ciskał piłkami po płotach, złościł się na własne błędy, ale w końcu doczołgał się do zwycięstwa.

W II rundzie czeka nas teraz nie lada hit, bo Polak zmierzy się z Gaelem Monfilsem, największym tenisowym showmanem, albo jak ktoś woli - klaunem. Francuz, dziś 19. rakieta świata, a kiedyś nawet nr 7, kort zamienia często w kabaretowo-teatralną scenę. Popisuje się szpagatami, fruwa niemal poziomo półtora metra nad ziemią i odbija piłki między nogami. Robi do tego śmieszne miny i bawi się z publicznością. Ale co najważniejsze - ten teatrzyk jest obok, a nie zamiast jego ogromnego talentu. - To jedyny gracz, za którego oglądanie byłbym skłonny zapłacić pieniądze - powiedział kiedyś o Monfilsie Novak Djoković. A Jim Courier, dwukrotny amerykański mistrz Rolanda Garrosa i Australian Open z lat 90., dodał, że Francuz ma największy talent w tenisie, ale że za nic w świecie nie chciałby być jego trenerem.

Rozpierająca Francuza energia i luz sprawiają bowiem, że w kluczowych momentach zawodzi. Tylko raz, w 2008 r., sięgnął półfinału Szlema. W godzinie próby pewny serwis zawsze gdzieś znika, regularne bombardowanie z linii końcowej grzęźnie w siatce. Zostają szpagaty. Tak było choćby w zeszłym roku w US Open, gdy Monfils zmarnował dwie piłki meczowe w ćwierćfinale z Rogerem Federerem.

Janowicz też jest nieobliczalnym showmanem, choć bardziej na poważnie. Nie uśmiecha się, raczej groźnie zaciska pięść. Ale zagrań nonszalanckich i ryzykownych u niego pełno. Dlatego w czwartek może zdarzyć się wszystko. f

Relacje w Eurosporcie.