Australian Open. Federer walił głową w mur

Rafael Nadal nie dał Szwajcarowi szans w półfinale Australian Open i w niedzielę zagra o tytuł ze Stanislasem Wawrinką. W sobotę odbędzie finał debla z udziałem Łukasza Kubota. Relacja Z Czuba i na żywo od 11.30 w Sport.pl.


Niespodzianki nie było, rozstawiony z jedynką Hiszpan pewnie pokonał Rogera Federera (nr 6) 7:6 (7-4), 6:3, 6:3.

Na 33 pojedynki między nimi Nadal triumfował po raz 23. Szwajcar nie zdołał ograć Hiszpana w Wielkim Szlemie już od sześciu i pół roku, czyli od finału Wimbledonu 2007.

Nadzieje Federera i milionów jego kibiców, że coś może się tym razem odmienić, były uzasadnione. 32-letni Szwajcar odrodził się po słabym poprzednim sezonie i grał w tym roku wyśmienicie. Stefan Edberg, były szwedzki mistrz stylu serve & volley, zatrudniony w roli doradcy, sprawdzał się. Federer dzięki niemu częściej atakował. Obierając bardziej ofensywną taktykę, zdołał poskromić w Melbourne m.in. Jo-Wilfrieda Tsongę i Andy'ego Murraya. Zmieniona na większą główka w jego rakiecie - z 90-calowej na 98-calową - dawała mu większy margines na błędy i więcej mocy. W końcu dopisywało też zdrowie - po urazie pleców, który wysysał z niego energię w 2013 r., nie było śladu. Szwajcar znów był szybki i nie tyle biegał, co fruwał po korcie. Wraz ze zwycięstwami wróciła mu pewność siebie. - Rozpiera mnie energia, wiem, że znów mogę dokonywać rzeczy wielkich - mówił przed półfinałem.

W tej wojnie gigantów - obaj wygrali w sumie 30 turniejów wielkoszlemowych - szanse Federera prysły w tie--breaku pierwszego seta. Szwajcar może i wrócił do formy, ale nie zmieniło się to, że z Nadalem ważnych meczów wygrywać po prostu nie potrafi.

Wujek Toni, czyli wieloletni trener Hiszpana, zapytany przed półfinałem w telewizyjnym wywiadzie, co sprawia, że Szwajcar ma taki problem z jego bratankiem, wzruszył ramionami i odparł: - To, że Rafa jest leworęczny.

Wypowiedź wujka może była uproszczeniem, ale oddała sedno sprawy. Nadal swoim leworęcznym podkręconym do granic ludzkich możliwości forhendem bombarduje po przekątnej jednoręczny bekhend Szwajcara, jego jedyny słabszy punkt. Federer odbija raz, drugi... piąty, ale w końcu popełnia błąd, bo jego bekhend nie jest stabilny. Traci pewność siebie, zaczyna się denerwować i jest po meczu. I tak już 23 razy.

Federer próbował w piątek atakować, grać agresywniej, ale Nadal znów udowodnił, że jest królem obrony i kontrataku. Potrafił wydostać się z niemal każdej opresji. Prawie wszystkie wymiany dłuższe niż osiem uderzeń należały do niego. - I doskonale serwował, to było najtrudniejsze - dodał po porażce Federer, który nie mógł prawie nic zdziałać przy podaniu Hiszpana.

Dużo mówiło się przed meczem o pęcherzach na lewej dłoni Nadala. "Marca", największy hiszpański dziennik sportowy, zamieściła w przeddzień półfinału na pierwszej stronie dramatyczne zdjęcie zdartej do żywej tkanki ręki. - Robicie wokół tych pęcherzy za duże zamieszanie - stwierdził po pokonaniu Federera Hiszpan. Pęcherze w niczym nie przeszkodziły.

W niedzielnym finale (początek o 9.30) Nadal zmierzy się ze Stanislasem Wawrinką. Szwajcar nr 2., ten który w końcu wyszedł z cienia Federera, zagrał w Melbourne turniej życia, ale ciężko wierzyć, że zdoła pokonać Nadala. Statystyki są miażdżące - Hiszpan wygrał wszystkie 12 meczów z Wawrinką, w setach ma bilans 26-0. Pech polega także na tym, że Wawrinka z Federerem mają jedną wspólną rzecz - jednoręczny bekhend. A co to oznacza, wyjaśniał już wujek Toni.

Jeśli Wawrinka miałby jakimś cudem pokonać Nadala, musiałby zrobić na korcie wszystko to, czego od lat w Szlemie nie umie zrobić Federer, czyli zaatakować mocno, odważnie i nie ustąpić ani na krok w trudnych momentach. Ale czy debiutującemu w wielkoszlemowym finale Szwajcarowi, który płakał ze szczęścia już po półfinale, takie nieprawdopodobne zwycięstwo mieści się w ogóle w głowie?

Jeśli wygra Nadal, zdobędzie 14. tytuł wielkoszlemowy, zrówna się z Pete'em Samprasem, a do Federera będzie mu brakowało już tylko trzech tytułów. Dyskusja, czy w tych okolicznościach wolno Federera nazywać "graczem wszech czasów", odżyje na nowo.

W sobotę o 9.30 w finale kobiet 31-letnia Chinka Na Li (4) spotka się z pogromczynią Agnieszki Radwańskiej, młodszą o siedem lat, mierzącą ledwie 161 cm Słowaczką Dominiką Cibulkovą (20). Dla Chinki, byłej mistrzyni Rolanda Garrosa, to trzeci finał w Melbourne w ciągu ostatnich czterech lat. W 2011 r. odbiła się od Kim Clijsters, przed rokiem - od Wiktorii Azarenki. Za każdym razem padały globalne rekordy oglądalności tenisa, bo przed telewizorami w primie timie - strefa czasowa jest zbliżona - zasiadało ponad 80 mln Chińczyków.

Teraz będzie podobnie, tym bardziej że w Pekinie wiara w sukces musi być większa niż w Bratysławie. Patrząc na doświadczenie, ranking, bilans meczów między nimi (4-0), ale też formę w ostatnich miesiącach, Chinka to zdecydowana faworytka. Jej trenerem od kilkunastu miesięcy jest Argentyńczyk Carlos Rodriguez, były szkoleniowiec Justine Henin. Zdaniem tenisowych fachowców wykonuje z Chinką świetną robotę, bo nauczył ją większej różnorodności. Li już nie tylko szaleje na linii końcowej, uderzając piłki ze wściekłą mocą, ale potrafi też zaczarować przy siatce, a czasem zagrać cierpliwiej, przetrzymać piłkę.

Po finale kobiet (ok. 11.30) na Rod Laver Arena wyjdą Łukasz Kubot i Szwed Robert Lindstedt, by zagrać deblowy finał z Erikiem Butorackiem i Ravenem Klaasenem (USA, RPA). Jeśli zwyciężą, Kubot zdobędzie pierwszy seniorski tytuł wielkoszlemowy dla Polski od 36 lat - Wojciech Fibak, również w Melbourne, triumfował w 1978 r. parze z Australijczykiem Kimem Warwickiem.

Kubot z Lindstedtem grają razem z przypadku - Szwed miał w Australii wystąpić w parze z Juergenem Melzerem, Austriaka wyeliminowała jednak kontuzja i porozumiał się z Polakiem. Ale grają wyśmienicie. Kubot, co podkreślają zgodnie wszyscy znający go zawodnicy, trenerzy i dziennikarze, to wzór pracowitości i profesjonalizmu. Tenis jest u niego zawsze na pierwszym miejscu. - Będę za niego mocno trzymać kciuki, ten Szlem należy mu się jak mało komu - mówiła Agnieszka Radwańska.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS, na Androida i Windows Phone