Goran Ivanisević: Widzę finał bez Federera

W przypadku Federera wszystko jest imponujące. Zawsze jest faworytem do wygrania, ale ja typuję finał bez jego udziału - mówi Goran Ivanisević, mistrz Wimbledonu z 2001 r.
Marek Furjan: Pokonując Raonicia, Roger Federer po raz 35. z rzędu osiągnął wielkoszlemowy ćwierćfinał. Jego znakomita passa trwa od 2004 roku. Jest ona jeszcze bardziej imponująca niż zdobyte 17 tytułów wielkoszlemowych?

Goran Ivanisević: - Ciężko jest ograć Federera w pierwszych rundach. Mówiąc szczerze, nie widzę zawodnika, który mógłby tego dokonać. Jeżeli słyszysz nazwisko Szwajcara, wszystko jest imponujące. Jego imię, nazwisko [śmiech - przyp. autora]. Zawsze gdy przystępuje do turnieju, jest jednym z faworytów do jego wygrania. Ale ja typuję finał bez jego udziału.

Jaki w takim razie jest twój typ na męski finał?

- Z pewnością widzę w nim Djokovicia. Jest świetnie przygotowany fizycznie na rozegranie tu wielu meczów. Nie sądzę, że spodziewał się tak trudnego meczu z Wawrinką, ale zadaniu podołał. To był dla niego świetny test. Ten gość doślizguje się do piłek, jakby był na lodowisku. Myślisz, że wygrałeś piłkę, a ona do ciebie wraca. Jego rywalem będzie Andy Murray, który po wygraniu igrzysk olimpijskich i US Open uwierzył w siebie. Wie, że jest w stanie wygrywać kolejne wielkoszlemowe turnieje. Jest na to gotowy.

Jaki wkład w rozwój Murraya ma Ivan Lendl?

- Sprawił, że Szkot jest lepszy psychicznie i pokazuje na korcie więcej agresji. Ivan jest zabawnym człowiekiem, lubi dworować sobie z innych. Jest prawdziwym mistrzem. Gdyby Ivan i Andy mieli spotkać się na korcie, byłoby bardzo ciekawie. Na cegle Lendl by go zabił, na korcie twardym lepszy byłby Murray.

Cieszysz się, że nie grasz już w czasach, gdy na Wimbledonie dochodzi do 30-uderzeniowych wymian, a mecze trwają po pięć godzin?

- Ja też miałem kilkugodzinne mecze. Teraz Wimbledon jest kompletnie innym turniejem, korty są wolniejsze. Korty na Australian Open są już nawet szybsze. Grałem na Wimbledonie piętnaście razy i nie zdarzyło mi się brać udziału w wymianie, w której padło trzydzieści uderzeń. To, co stało się z trawiastą nawierzchnią, nie jest dobre. Grając na tak wolnej trawie, Lendl z pewnością uzupełniłby kolekcję tytułów o brakujący puchar z Wimbledonu.

Grałeś w czasach, gdy zawodnicy wygrywali dużo punktów serwisem i returnem. To był powód, dla którego organizatorzy próbują zrobić tenis wolniejszą grą?

- Wszyscy zawsze wspominają o moim serwisie i stylu gry. Przyjrzyjcie się grze Samprasa - serwował asy z obu podań, a jeśli odegrałeś return, kończył cię następnym odbiciem. Grałem z nim kilkanaście razy i nigdy nie przebiliśmy piłki więcej niż trzy razy. Byli także Becker, Stich, Krajicek - goście, którzy słali piłki lecące z szybkością pocisku. Nie dało się z nimi pograć z końca kortu.

Grałeś z wieloma utytułowanymi zawodnikami. Z którymi rywalizowało się najciężej?

- Z Samprasem, bo zrujnował mi życie [śmiech]. Przegrałem z nim tyle spotkań... Lubiłem stawać na korcie z Beckerem, Edbergiem. Teraz problem tkwi w tym, że mamy trzy grupy zawodników. Federer, Djoković, Murray i Nadal, którzy daleko uciekli rywalom, grupę pościgową w składzie: Ferrer, del Potro, Berdych, Tsonga oraz resztę zawodników. Zbyt łatwo przewidzieć, kto będzie w finałach.

Z czego wynika przewaga wspomnianej czwórki nad resztą?

- Wydaje mi się, że zawodnicy stracili wiarę w to, że da się ich pokonać. Są szczęśliwi, jeśli zagrają z nimi dobry mecz. To im wystarcza. Nie możesz wychodzić na kort, myśląc, że jeśli wygrasz jednego seta z Djokoviciem czy Murrayem, to będziesz spełniony. Oni także miewają gorsze dni, należy z tego umieć skorzystać.

Głośno jest ostatnio o sprawie Lance'a Armstronga. Spotkałeś się z dopingiem w tenisie?

- W moich czasach było wiele kontroli, teraz jest ich jeszcze więcej. Odbywają się one w domach, hotelach, są niezapowiedziane. Sport jest coraz bardziej wymagający, zawodnicy muszą być jak gladiatorzy. Jednego dnia grają na najwyższym poziomie przez pięć godzin, a kolejnego znów muszą wyjść na kort. Nie przypominam sobie jednak, aby złapano kogoś z czołówki. Zdarzało się jednak, że ja po dwóch setach nie mogłem oddychać, a mój rywal skakał jak szalony. Myślałem sobie: "Gościu, poczęstuj mnie tym, co ty wziąłeś".

Goran, wielokrotnie w tym tygodniu mówiłeś o Bernardzie Tomiciu. Widziałeś w akcji Jerzego Janowicza, kolejną nową twarz w czołówce?

- Oczywiście, widziałem go w Paryżu. Był świetny. Doskonale serwuje, jak na swój wzrost porusza się także kapitalnie. Będzie groźny i nie sądzę, że ktokolwiek będzie lubił przeciwko niemu grać na szybkich nawierzchniach.

ATP potrzebuje nowych nazwisk z silnym charakterem, którzy są w stanie nie tylko skutecznie grać, ale także zadbać o show?

- Często nie rozumiem publiczności, która na barwne zachowania reaguje buczeniem. Jeżeli chcę złamać rakietę, to moja sprawa. Nie rozumiem, co to kogo obchodzi. Ciężko jest zadowolić wszystkich widzów. Zdecydowanie przydałby się ktoś, kto postraszy czołową czwórkę. Zawodnik, który pokaże, że jest w stanie walczyć z nimi o wygraną, jak Wawrinka z Djokoviciem.

Prosto z Australian Open - blog Marka Furjana ?

Kto wygra Australian Open wśród panów?