Sport.pl

US Open. Matkowski: Za dużo psuliśmy, zwłaszcza przy siatce

Rozstawieni z jedynką Amerykańscy bracia Bob i Mike Bryanowie okazali się zbyt mocni dla Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego w ćwierćfinale debla US Open. Polacy przegrali 3:6, 5:7 i nie zdołali awansować do drugiego w karierze półfinału Szlema. - Żeby wygrać z Bryanami trzeba dominować na korcie, od serwisów po siatkę, a od początku dominowali oni, a nie my - mówi Sport.pl Marcin Matkowski.
Nadzieje były spore, bo choć bracia Bryanowie to najbardziej utytułowana para w historii tenisa - wygrali aż 64 turnieje, co jest rekordem świata - to Fyrstenberg i Matkowski pięciokrotnie w przeszłości Amerykanów ogrywali. Kilka z tych zwycięstw miało miejsce na twardych kortach.

Nadzieje zgasły jednak na Louis Armstrong Stadium szybko, bo od początku na korcie rządzili Amerykanie - brylowali na linii końcowej, przy siatce, a także dobrze tego dnia serwowali. Polacy popełniali natomiast wyjątkowo dużo błędów - Matkowski stracił swój serwis dwukrotnie, Fyrstenberg - raz. Katastrofalnie, zwłaszcza u Matkowskiego, wyglądała też gra z przodu. Co drugi wolej lądował w aucie lub siatce.

To czwarty w karierze Polaków ćwierćfinał Wielkiego Szlema, ale pierwszy w Nowym Jorku. Ich największym sukcesem wciąż pozostaje półfinał Australian Open z 2006 r.

Marcin Matkowski mówił po meczu:

- Na mecz wychodziliśmy nastawieni pozytywnie. Ostatnio na twardej nawierzchni udawało nam się z Bryanami kilka razy wygrać. Dlatego wyszliśmy bez lęku, nastawieni na ostrą walkę. Niestety, tym razem nie udał nam się specjalnie dobry mecz. Oni zwyciężyli zasłużenie. Żeby ich pokonać, trzeba zagrać bardzo dobrze, a my zagraliśmy średnio.

Bryanowie to są tenisowi dominatorzy, grają tenis totalny. Świetnie serwują, returnują i grają przy siatce. Tego dnia Mike bardzo dobrze wyczuwał nasze serwisy. My psuliśmy też wyjątkowo dużo akcji przy siatce, co musiało się tak skończyć. Bo bez dobrego pierwszego podania i przewagi z przodu, trudno zwyciężyć najlepszą parę deblową świata. Z nimi trzeba szybko kończyć własne gemy serwisowe i wywierać nieustanną presję na ich podaniach. A w tym meczu było dokładnie odwrotnie. Bryanowie są też mistrzami jeśli chodzi o wygrywanie ważnych punktów, co pokazali m.in. odłamując od razu stracony serwis pod koniec drugiego seta, gdy wyrównaliśmy na 5:5.

To nasz pierwszy ćwierćfinał US Open, więc można powiedzieć, że plan minimum został wykonany, ale oczywiście trudno się cieszyć po porażce. Nie ma euforii, choć po naszych ostatnich słabszych startach, powody do zadowolenia jakieś jednak są. Do ćwierćfinału zagraliśmy kilka bardzo dobrych spotkań.

Dalsze plany? Chcemy jak najszybciej wrócić choć na chwilę do domów w Polsce, bo w poniedziałek lecimy już na Łotwę, gdzie w przyszłym tygodniu gramy mecz Pucharu Davisa. Potem lecimy do Azji na duże turnieje w Szanghaju i Pekinie.

Więcej o: