US Open. Nawet Ivan Lendl się uśmiechnął

- Najpiękniejsze jest to, że już nigdy nie usłyszę tego głupiego pytania: "Kiedy wreszcie wygram turniej Wielkiego Szlema?" - mówi Andy Murray, mistrz US Open
"Dzięki Bogu, że to już koniec. Dzięki Bogu, Fred Perry może wreszcie spoczywać w spokoju. Dzięki Bogu za Andy'ego Murraya" - napisał "Guardian" na swojej stronie internetowej, gdy Szkot wygrał finał US Open z Novakiem Djokoviciem 7:6 (12-10), 7:5, 2:6, 3:6, 6:2 po czterech godzinach i 54 minutach.

Fred Perry w 1936 r. jako ostatni brytyjski mężczyzna zwyciężył w singlowym turnieju wielkoszlemowym. Od tego czasu tenisiści z Wysp walili głową w mur. Taylor, Lloyd, Henman, Rusedski, a w końcu Murray nie potrafili sprostać oczekiwaniom 60 mln rodaków. Przez 76 lat zawsze czegoś brakowało. Albo nieco talentu, albo - jak w przypadku Szkota - cierpliwości i siły.

O Murray'u od dawna mówiło się, że może wygrać turniej wielkoszlemowy. Chłopak z małej mieściny Dunblane, gdzie jako dziecko w szkole był świadkiem słynnej strzelaniny, w której psychopata Thomas Hamilton zabił 16 dzieci, od początku się wyróżniał. Pierwszych lekcji udzielała mu mama Judy, przed laty najlepsza szkocka tenisistka, ale przełom w jego karierze nastąpił, gdy jako 15-latek pojechał na obóz do Hiszpanii. Tam spotkał m.in. Rafaela Nadala, zobaczył, jak zupełnie inaczej trenują chłopcy poza Wyspami. Wyjechał na kilka lat i do dziś jest największą antyreklamą brytyjskiego nieudolnego systemu szkolenia. - Przez 16 lat trenowałem reprezentację Hiszpanii, ale nigdy nie widziałem tak zdolnego gracza - mówił juniorski trener Pato Alvarez.

Murray miał wielki talent, wygrywał turnieje, ale nie umiał wspiąć się na sam szczyt. Trafił na najtrudniejszych możliwych rywali - Federera, Nadala i Djokovicia, czyli "najlepszą czołówkę rankingu w historii tenisa", jak mówił John McEnroe.

Andy był w cieniu, bo z nich wszystkich miał najmniej pewności siebie. Na korcie się krzywił, przeklinał pod nosem, grymasił i był ponury jak szkocka pogoda. Jego tenis miał też najmniej ognia - rywale uderzali piłki mocniej, z większą werwą serwowali. Murray był artystą - podkręcał piłki, kombinował, mieszał uderzenia, z rzadka atakował.

Rozwiązaniem zagadki, jak sprawić, by wreszcie się przełamał, zajmowała się cała Wielka Brytania, z dziesiątkami tabloidów i stacji telewizyjnych, zastępami ekspertów. Niewielu było na świecie sportowca, na których ciążyła większa medialna presja.

Murray znosił ją dzielnie, ale aż do finałów Szlemów, w nich coś w nim zawsze pękało. Przegrał cztery pierwsze - trzy z Federerem, jeden z Djokoviciem. Nie pomógł mu ani Brad Gilbert, najdroższy trener świata, któremu płacono aż 700 tys. funtów, ani Alex Corretja, ani tabun innych trenerów, którzy próbowali wykrzesać z niego więcej agresywnego stylu.

Pomógł dopiero Ivan Lendl, były czechosłowacki, a potem amerykański tenisistka, triumfator ośmiu turniejów Wielkiego Szlema. Lendl, zatrudniony dziewięć miesięcy temu jako nowy szkoleniowiec. Zmienił ponoć niewiele, nieco poprawił forhend, trochę serwis, ale przede wszystkim odmienił Murraya mentalnie. Andy zaczął wytrzymywać presję.

Po finale Wimbledonu jeszcze płakał po porażce z Federerem, ale Lendl powiedział mu wtedy: - Nie przejmuj się, już nigdy w życiu nie zagrasz meczu, w którym będziesz czuł większy ciężar. Teraz, będzie już tylko łatwiej.

Miesiąc później Murray pokonał Federera w finale igrzysk w Londynie, a w poniedziałek Djokovicia w Nowym Jorku. Jego błyskotliwy i defensywny tenis okazał się idealny na wietrzną pogodę na korcie centralnym. Aura mu niewątpliwie pomogła, ale najbardziej pomógł Lendl, który przez cały mecz ani razu się nie uśmiechnął i oglądał pojedynek z kamienną twarzą. Ślady uśmiechu pojawiły się u niego dopiero podczas dekoracji.

Historia zatoczyła piękne koło, bo Lendl też przegrał cztery pierwsze finały Szlemów. Wygrał dopiero piąty. McEnroe do dziś wspomina, że to, jak dał się dogonić w Paryżu Lendlowi w 1984 r. jest jego największą sportową porażką.