US Open. Pożegnanie Kim Clijsters

Po raz ostatni zobaczyliśmy belgijskie szpagaty i autentyczny uśmiech, który w kobiecym tenisie zastąpić będzie trudno
Jeśli to miało być godne pożegnanie wielkiej mistrzyni, to wypadło trochę blado. Nowojorskie trybuny kortu Arthura Ashe'a świeciły w wielu miejscach pustkami. Amerykańscy kibice na US Open woleli oglądać rozgrywany w tym samym czasie deblowy pojedynek sióstr Williams niż mecz II rundy Clijsters z Brytyjką Laurą Robson. Belgijka przegrała 6:7 (4-7), 6:7 (5-7) i zakończyła karierę.

29-letnia Clijsters kilka miesięcy temu zapowiedziała, że US Open będzie jej ostatnim występem. W Nowym Jorku wygrała pierwszy turniej wielkoszlemowy w 2005 r., a potem triumfowała jeszcze dwukrotnie. Od 2003 r. do środy była niepokonana, bo w latach, w których nie zdobywała tytułów, opuszczała turniej przez kontuzje. Robson miała dziewięć lat, gdy Clijsters po raz ostatni zeszła zwyciężona z kortów Flushing Meadows.

- Jeśli miałam żegnać się z tenisem, to tylko w Nowym Jorku. Nie spodziewałam się tylko, że nastąpi to w II rundzie - powiedziała Clijsters.

W 2007 r. już raz kończyła karierę. W Warszawie na J&S Cup stwierdziła, że tenis przestał sprawiać jej radość, że są w życiu rzeczy ważniejsze. Ale po ślubie z koszykarzem Bryanem Lynchem, urodzeniu córeczki Jady i śmierci na raka ojca Leo, byłego piłkarza, człowieka, który rozkochał ją w sporcie, zmieniła zdanie i wróciła w 2009 r.

Drugie życie Kim było nawet bardziej udane niż pierwsze - po 2009 r. wygrała trzy z czterech Szlemów, m.in. zeszłoroczny Australian Open.

Wszędzie, gdzie się pojawiała, budziła pozytywne emocje. Dla Australijczyków była "Aussie Kim", uwielbianą, "swoją" dziewczyną. Lleyton Hewitt, były narzeczony, gdy rzucił ją dla młodej aktoreczki, na długo stał się wrogiem części fanek w Australii.

Na korcie Kim słynęła ze szpagatów, odziedziczonych po mamie gimnastyczce. Nikt nie sięgał po piłki w tak ekwilibrystyczny sposób i nikt nie umiał tak dobrze łączyć obrony z atakiem. W czasach, gdy kobiecy tenis zamienił się w bezmyślne łubu-dubu, Kim wciąż potrafiła czarować - nie tylko siłą, ale też techniką i taktyką.

Wygrała 41 turniejów, trzykrotnie triumfowała w kończących sezon mistrzostwach WTA, zarobiła na korcie ponad 24 mln dol., być może wywalczyłaby więcej, ale trafiła w kobiecym tenisie na twardą konkurencję. Hingis, Davenport, Henin, siostry Williams i Mauresmo - taka plejada biła się z nią o tytuły. Najbardziej nie umiała sobie poradzić z Sereną Williams (bilans 2-7), a na początku kariery także z rodaczką Justine Henin (13-12), która zatrzymała ją m.in. w trzech wielkoszlemowych finałach.

Rywalizacja z Henin rozgrzewała do czerwoności Belgów, przenikała do świata polityki, bo przecież Clijsters to Flamandka, a Henin - Walonka. Mimo kilku zgrzytów, niemiłych wypowiedzi, największe rywalki nauczyły się nawzajem szanować, a gdy Henin, jako pierwsza, kończyła karierę, Clijsters pożegnała ją w pięknych słowach.

Nie dało się jej nie lubić. Poza opowieściami o forhendach i bekhendach, umiała też, jak żadna tenisistka, mówić o tym, jak to jest być mamą, żoną, kobietą w świecie sportu. Gdy przyjeżdżała do Warszawy, przy jej stoliku zawsze siedziało najwięcej dziennikarzy. Słuchając Clijsters, można było odnieść wrażenie, że tenis to jej hobby, a nie obowiązek, że uśmiech na jej twarzy jest w 100 proc. autentyczny.

Porażka z Robson to niespodzianka, ale nieduża, biorąc pod uwagę kłopoty Belgijki ze zdrowiem. Częściej spędzała czas u lekarzy niż na korcie. Tenis stał się przyjemnością wyniszczającą. Dlatego stwierdziła, że ma dość. Według belgijskich mediów myśli o drugim dziecku.

32 tysiące fanów. Plus jeden? Profil Sport.pl na Facebooku ?