O Radwańskim, Radwańskiej i tenisowych imponderabiliach

W nowego trenera w teamie Radwańskich nie wierzę. Ten układ jest toksyczny, głośny, ale Agnieszka nie będzie chciała zmieniać czegoś, co przynosi tyle korzyści - pisze w swoim felietonie Jakub Ciastoń, dziennikarz ?Gazety? i Sport.pl.

Roland Garros: 1/4 finału mężczyzn ? 1/4 finału kobiet ?

 

Dlaczego trener Radwański jest tak wściekły po porażkach Agnieszki? Moim zdaniem on się wstydzi. Tak jak ojciec, który uczy dziecko siedzieć prosto przy stole i jeść widelcem, a kiedy przychodzą goście, musi się czerwienić, bo pociecha włazi na stół i wkłada rękę do talerza.

Radwański wstydzi się przed znajomymi, którzy siedzą obok, przed kumplami w Krakowie, przed dziennikarzami, którzy byli na meczu, wreszcie przed całą Polską.

Jest mu głupio, bo uważa, że - tak jak ten ojciec od widelca i stołu - on też nauczył córkę wszystkiego, jak należy. Forhendów, bekhendów, dropszotów, atakować nauczył i grać odważnie też. I nie rozumie, dlaczego córka, wiedząc to wszystko, nie umie wykorzystać prowadzenia w meczu z Marią Szarapową, marnuje pięć setboli i przegrywa 6:7 (4-7), 5:7 w 1/8 finału Rolanda Garrosa.

Czy Radwański wstydzi się od niedawna? Pamiętam Australian Open 2009. Agnieszka przegrała wtedy w I rundzie z Kateriną Bondarenko. Polscy dziennikarze też podeszli wtedy po meczu do trenera, ale on uciekł z kortów i przez trzy dni się na nich nie pojawiał, dopóki złość i wstyd mu nie przeszły. Na Wimbledonie po przegranym meczu z Venus Williams nie uciekał, wstydził się już publicznie, choć tak ostre słowa jak wczoraj wtedy jeszcze nie padły ("bardziej zawalić się nie da", "Agnieszka zachowuje się jak mała dziewczynka", "potrzebny psycholog, psychiatra lub coś w tym stylu", "jak można grać tak pasywnie, ja jej głowy nie zmienię").

Czy ten publiczny wstyd Radwańskiego przynosi jakiś pożytek? Nie przynosi. Bo my wszyscy - koledzy trenera, dziennikarze, polscy fani tenisa - nie jesteśmy głupi i wiemy bez jego wstydu, że trener wykonał ogromną pracę szkoleniową, wiemy, że Agnieszka potrafi, że jest największym talentem polskiego tenisa. Połajanki Radwańskiego przynoszą skutek zupełnie odwrotny - zamiast trenera usprawiedliwić czy bardziej szanować, zrażamy się, bo ktoś, kto tak ostro publicznie krytykuje własne dziecko/zawodniczkę, popełnia błąd (wychowawczy/szkoleniowy/marketingowy/wizerunkowy). Trenera Radwańskiego zawsze ceniłem za szczerość, wolę stokrotnie jego prawdę prosto w oczy niż PR-owe półprawdy w stylu rzeczników prasowych wielkich korporacji, ale na litość boską, trzeba mieć trochę wyczucia!

Radwański popełnia w swojej ocenie sytuacji jeszcze jeden błąd, znacznie poważniejszy, fundamentalny. Można się zgodzić, że Agnieszka zawaliła końcówki obu setów (gdyby grał ktoś inny, na pewno napisalibyśmy, że "pękł psychicznie", "nie wytrzymał ciśnienia" itd.). Ale trener nie uwzględnia w swojej ocenie klasy rywalki. Szarapowa wygrała trzy Wielkie Szlemy, ma 190 cm wzrostu, zabija serwisem oraz ma kończące uderzenie z forhendu i bekhendu. I właśnie to sprawia, że w kluczowych momentach meczu gra jej się dużo łatwiej. Zawodniczka niższa o 20 cm, bez kończącego uderzenia, bez mocnego serwisu, znacznie słabsza fizycznie musi w decydującym momencie zagrać niesamowicie kombinacyjny tenis albo strasznie ryzykowny, żeby wygrać. Tak naprawdę, choć tylko dwusetowy, był to moim zdaniem najbardziej wyrównany mecz Radwańskiej z Szarapową od 2007 r.

I o tym zapomina, wstydząc się za córkę, trener Radwański. Dziwi to o tyle, że czasami potrafi jednak powiedzieć, że "Agnieszka jest filigranowa, krucha, nigdy nie będzie uderzać tak mocno jak siostry Williams, że na korcie musi przechytrzyć rywalki". Zapomina, że przechytrzanie jest o wiele trudniejsze niż bębnienie, ile starczy sił. Dlaczego Radwański nie potrafi tego powiedzieć po przegranym meczu z najsilniejszą obecnie pod względem siły ognia tenisistką?

Agnieszka stwierdziła, że tak jest już "od 17 lat", że "łatwo tacie krytykować z wysokości trybun", że jego krytyka jej "zwisa i powiewa". Mniej więcej tak samo mówiła o komentarzach ojca wcześniej. Na pytanie, czy w tych okolicznościach dojdzie do zmiany trenera, rzuciła, że "będziemy coś mieszać" (czyli co? doradca? ktoś w stylu Svena Groenefelda obok Piotra Woźniackiego?)

Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę. Takie awanturki już bowiem były i nigdy nic się nie zmieniało. Myślę, że nowy trener byłby akurat w przypadku Radwańskich czymś kompletnie nie do przyjęcia. Nie chodzi już nawet o to, że Robert Radwański by z nim nie wytrzymał (i vice versa), ale sama Agnieszka - paradoksalnie - też.

Ona chyba nie czuje się do końca źle w obecnym układzie. To nie jest bowiem tak, że tylko Radwański złości się na córkę i bezsensownie się za nią publicznie wstydzi. Agnieszka też potrafi walnąć na odlew, wyjść obrażona z treningu, fuknąć na ojca przy użyciu nieparlamentarnych słów. Jego uwagi taktyczne często jej się nie podobają, odpowiada mu, że się "nie zna" albo mówi: "Wejdź na kort i zagraj, jak jesteś taki mądry".

My, postronni widzowie, patrzymy na to z boku i jesteśmy czasem zgorszeni, zniesmaczeni. Ale prawda jest taka, że ten rodzinny układ, choć toksyczny i głośny, doprowadził Agnieszkę do czterech ćwierćfinałów Wielkiego Szlema i pięciu milionów dolarów. Czy będzie chciała zmienić coś, co przynosi takie korzyści?

Ja stawiam na to, że za trzy dni w rodzinie Radwańskich znów zapanuje olimpijski spokój.

O Agnieszce Radwańskiej > podyskutuj na blogu Jakuba Ciastonia

Więcej o: