Sport sprawą narodową

Premier Kazimierz Marcinkiewicz już przeszedł do historii. Żaden z jego poprzedników po 1989 roku o sporcie w exposé się nie zająknął, choć byli wśród nich autentyczni kibice, jak Jan Krzysztof Bielecki, oraz kibice tymczasowi (na czas kampanii wyborczej), jak wieszczący złotą erę Widzewa Leszek Miller. Tuż po jego dymisji łódzki klub spadł zresztą do II ligi, w czym można się doszukiwać nawet pewnego symbolu.

Gestów symbolicznych mieliśmy aż nadto. Premierzy i prezydenci lubili fotografować się z Adamem Małyszem, pojawiali się na stadionach podczas meczów piłkarskiej reprezentacji, spotykali się ze złotymi siatkarkami, ale o sport nie dbali. Ani amatorski, ani wyczynowy. Lekcje wf. odbywają się na szkolnych korytarzach, zawody międzynarodowe trzeba upychać na kilku ledwie przyzwoitych obiektach, które wstyd pokazywać światu jako najnowocześniejsze i najlepsze w kraju. Wyglądają mniej więcej tak, jak wyglądałby Małysz, gdyby - chcąc przedłużyć lot - zaczął podczas skoku wymachiwać rękami.

Passus Marcinkiewicza o sporcie brzmiał tak słusznie, że nastraja wręcz euforycznie. To jedna z nielicznych dziedzin, dla dobra której naprawdę można współpracować ponad politycznymi podziałami. Jeśli staliśmy się krajem krzywych kręgosłupów, to potrzeba "stworzenia warunków dla krzewienia idei zdrowego i aktywnego społeczeństwa" nie grozi zaciekłymi sporami ideologicznymi. A jaki polityk zaprotestuje przeciw zwiększonym nakładom na walkę o organizację futbolowych mistrzostw Europy w 2012 roku?

W tej ostatniej konkurencji nie jesteśmy faworytami, ale wbrew pozorom najtrudniej będzie spełnić rządowi obietnicę wyrugowania patologii z polskich związków sportowych. Najtrudniej, bo to organizacje autonomiczne, a światowe władze nie życzą sobie żadnych ingerencji państwa w krajowe federacje. Choć więc związki toną w aferach (szefowi narciarstwa grozi właśnie dziesięć lat więzienia), to czasem walka z nimi może wymagać decyzji bardzo niepopularnych. Przeżywaliśmy to w siatkówce. Były prezes PZPS też czeka na sądowy proces, ale gdyby były minister Andrzej Kraśnicki wprowadził do związku półtora roku temu zarząd komisaryczny, wszystkie polskie drużyny zostałyby wykluczone z rozgrywek międzynarodowych. Tamta sprawa skończyła się pomyślnie, przedwczesnymi wyborami, ale czy nowy szef sportu Tomasz Lipiec odważyłby się walczyć z patologią kosztem Glinki, Skowrońskiej czy Gruszki?

Walka o mistrzostwa Europy, budowa stadionu narodowego i czterech "nowoczesnych" - jak to ujął Marcinkiewicz - żadnych niepopularnych decyzji już nie wymaga. To igrzyska dla ludu, cel spektakularny, idealny dla lubiącego efektowne zagrywki PiS-u. A przede wszystkim naprawdę realny. Donald Tusk ironizował, że łatwiej o kilka stadionów niż obiecywane przez PiS 3 mln mieszkań, ale tu właśnie leży ogromna szansa. Kiedy Portugalia otrzymała organizację poprzedniego Euro, też nie miała żadnego stadionu. Miała tylko biznesplan i rządowe gwarancje tego, że stadiony powstaną. Dlatego premier powinien jak najszybciej spotkać się z prezesem PZPN Michałem Listkiewiczem, by opracować strategię. Dziś za faworyta wyścigu o ME uchodzą Włochy, ale Europejska Unia Piłkarska otwiera się na nowe rynki, promuje "nowe" kraje, tymczasem nasza część Europy organizowała mistrzostwa kontynentu tylko raz (Jugosławia w 1976 roku).

ME to nie jest szansa dla naszej piłki, to szansa dla Polski. Taki turniej wymusza szybszą modernizację, budowę autostrad, infrastruktury i walkę ze stadionowym bandytyzmem, napędza koniunkturę, podnosi prestiż państwa, wreszcie pozwala pochwalić się Polską, którą wciąż - wiem to z pobytu na zagranicznych imprezach sportowych - czasem postrzega się jako zacofaną krainę gdzieś na peryferiach cywilizacji.

Euro naszą reputację może poprawić, Euro to moment, w którym sport staje się sprawą narodową. Trzymamy za słowo, Panie Premierze.