Sport.pl

Serie A. Mecz roku w Rzymie

Tak nazwał go Claudio Ranieri, trener biednej, lecz rozpędzonej Romy, która rzuca w sobotę wyzwanie bogatemu, od lat panującemu we włoskiej Serie A, lecz ciężko wlokącemu się Interowi Mediolan.
Miał się ścigać z lokalnym rywalem Milan, ale nadzieje przygasły. Stracił właśnie punkty w meczach z Napoli i Parmą, stracił na długo kontuzjowanych Nestę (przywódca obrony), Beckhama i Pato (dodawał dynamiki całej człapiącej drużynie), stracił na najbliższy weekend zdyskwalifikowanych za kartki Ronaldinho i Pirlo, więc z walczącym o przetrwanie Lazio wygrać będzie mu niełatwo nawet na swoim stadionie.

I Milan, i Romę dzielą od lidera cztery punkty. Ta ostatnia jako jedyna usiłuje sprostać Interowi, odkąd ten zmonopolizował ligę. Trzykrotnie zdobywała wicemistrzostwo, wyhamowała dopiero w minionym sezonie, kończąc go na rozczarowującym szóstym miejscu. A ruchy krępuje jej restrykcyjna polityka finansowa. To notowana na giełdzie firma rodzinna kierowana przez Rosellę Sensi (w Serie A kobieta prezesuje jeszcze tylko w Bolonii), która w 2008 roku zastąpiła zmarłego ojca. Faktyczną władzę pełniła już wcześniej, sześć lat temu ogłosiła uzdrawianie żyjącego ponad stan klubu "we łzach i krwi". Wspierała ją Cristina Mazzoleni harująca 15 godzin na dobę żelazna dama w wydaniu rzymskim, która zajęła się pilnowaniem kont, negocjacjami z bankami i w ogóle wyznaczaniem strategii ekonomicznej, dzięki czemu uchodzi za zbawczynię zrujnowanych finansów klubu.

Sportowo ocaliła go rewelacyjna praca z młodzieżą i wyczucie na rynku transferowym. Jeśli w podstawowym składzie wystąpi w sobotę prawdopodobnie czterech wychowanków lub graczy wziętych za darmo (De Rossi, Taddei, Toni, Burdisso, piąty Totti ma wejść z ławki), jeśli stworzy ten skład jedenastka zestawiona za 40 mln euro, to staje się jasne, dlaczego Roma na transferach zarabia, inwestując tylko w płace.

- Idźcie i się bawcie - swoje motto Ranieri ponoć powtarza przed każdym meczem. Jest trenerem lubianym, nikt nie ujmuje mu klasy, ale wyrzuca mu się, że nie stać go na skok na sam szczyt. Żadnej ligi nie wygrał, z Atletico Madryt, Chelsea i Juventusem zdobywał "tylko" wicemistrzostwo. Gdyby prowadzący Inter Jose Mourinho znów nie karał dziennikarzy ciszą medialną, pewnie jak zwykle albo by Ranieriego obraził, albo pogardliwie skwitował jego nikły dorobek.

Teraz nikt nie wierzy jednak, by rywala lekceważył. Roma nie przegrała od 20 kolejek i jeśli okroić ligową tabelę do tego okresu, jest liderem bezdyskusyjnym, wyprzedzającym obficie inwestujący w kadrę Inter aż o 10 pkt (między nimi byłby Milan). Wyzdrowiał jej talizman Francesco Totti, który między kontuzjami strzelał gole z regularnością Messiego i Rooneya. Mediolańskim obrońcom wydadzą wojnę kolosy - rozkwitający po depresji przeżytej w Bayernie Luca Toni oraz, jeśli wejdzie z ławki, Julio Baptista nie bez powodu nazywany "Bestią".

Jedyny poważny kłopot Mourinho nazywa się Mario Balotelli, czyli najzdolniejszy łobuz nie tylko włoskiego futbolu. Wciąż obrażony, ćwiczy z opuszczoną głową, nie zamierza przeprosić trenera za swoje wybryki, kontakty z nim ograniczył do "dzień dobry" i "do widzenia". Po raz piąty z rzędu nie znalazł się w kadrze na mecz, ostatnio wywołał kolejny skandalik - przyjął koszulkę Milanu wciskaną mu przez dziennikarza (przed kamerą), a potem ją założył (nie wiedział, że nadal go filmują).

Bez Balotellego Inter umiał jednak pobić Chelsea i rzymianie liczą raczej na roztargnienie mediolańczyków (dwa zwycięstwa w ośmiu kolejkach Serie A), którzy żyją obsesją triumfu w Lidze Mistrzów. Jej poświęcają najwięcej energii, do niej maniacko się przygotowują, po sobotnim meczu w Palermo Mourinho natychmiast poleciał do Moskwy, by podglądać środowego rywala - CSKA. Tyle że mistrzowie oddają punkty raczej przeciwnikom słabszym. W szlagierach częściej sprawiają wrażenie niezniszczalnych.