Marek Koźmiński: W PZPN wiedzieli, że nie trafili na uległego

Marek Koźmiński, który jeszcze kilka dni temu był najbardziej prawdopodobnym kandydatem na dyrektora sportowego reprezentacji, nim nie zostanie. PZPN wybrał Jana Furtoka. - Nie chcę oceniać wyborów, bo pracę dostali moi koledzy, ale uważam, że działania PZPN były wielce nieprofesjonalne - twierdzi.
Michał Szadkowski: Kiedy dowiedział się pan, że nie zostanie dyrektorem sportowym kadry?

Marek Koźmiński: We wtorek, od dziennikarzy. Od 18 grudnia nie miałem żadnego kontaktu z PZPN. Uprzedzę pytanie, bo słyszałem, że problemem były pieniądze. To bzdura, z nikim nie rozmawiałem o pensji. Gdy spotkałem się z Grzegorzem Latą, spytał: "Powiedz, co chciałbyś robić". Byłem zaskoczony, bo prowadzę przedsiębiorstwo, wiem, jak rozmawia się z potencjalnymi pracownikami. To pracodawca określa zakres obowiązków. Ale wiedziałem, co chcę robić, i powiedziałem prezesowi, w jaki sposób zorganizowano to w innych krajach. Spotkałem się wcześniej z dyrektorem reprezentacji Niemiec Oliverem Bierhoffem. Chciałem, by nie zależało ode mnie za dużo ani za mało. Ta funkcja powinna zabrać obowiązki prezesowi, trenerowi, i firmie Sportfive [rządząca marketingiem w polskiej piłce]. Obowiązki, ale nie kompetencje.

To znaczy?

- Prezes powinien być prezesem, a nie negocjatorem wszystkiego ze wszystkimi. Uważam, że wyszłoby to na dobre prezesowi. Dyrektor sportowy powinien rozmawiać ze sponsorami i partnerami. Dopiero ostateczne decyzje podejmowaliby prezes i zarząd.

Jak chciał pan odciążyć trenera?

- Do Leo Beenhakkera wszyscy mieli pretensje, że zajmuje się wymyślaniem miejsc na zgrupowania, hotelami i innymi sprawami, które nie powinny zaprzątać jego głowy. I mieli rację. Chciałem też się zająć organizacją sparingów. Jeśli selekcjoner chce grać z reprezentacją dobrą technicznie, wspólnie ustalamy, ile takich drużyn jest, a potem swoimi kanałami próbuję zorganizować mecz. Było mi ciężko o tym mówić prezesowi, bo nie wiem, jak podzielone są kompetencje w PZPN. Dlatego poprosiłem, by spotkali się ze mną prezes, trener i ktoś z firmy Sportfive. Do takiego spotkania nie doszło.

Co mówił Lato?

- Nic. Za to ja powiedziałem mu, że jeśli się zdecyduje, powinien wiedzieć, że mam inny styl pracy niż większość ludzi w związku, jestem z innej generacji. To nie jest aluzja, to fakt. Jestem młodszy, zarządzam firmą i mam doświadczenie.

Wybrany na dyrektora Jan Furtok jeszcze nie rozmawiał z selekcjonerem o swojej roli, ale wydaje mu się, że będzie załatwiać hotele, samoloty i sprawdzać stan boiska.

- Nie chcę oceniać wyborów, bo pracę dostali moi koledzy, którym gorąco kibicuję, ale uważam, że działania PZPN przy obsadzaniu wszystkich stanowisk były wielce nieprofesjonalne. Jest mi przykro, że Tomasz Wałdoch nie został asystentem. Długo był wymieniany jako główny kandydat, pojechał nawet na zgrupowanie, by pracować z kadrą, zrezygnował z posady w Schalke. PZPN powinien wyjaśnić, co się stało.

A dlaczego pan przegrał z Furtokiem?

- W PZPN wiedzieli, że nie trafili na uległego człowieka. Powiedziałem prezesowi, że będę lojalny, ale nie pozwolę sobą manipulować. Mam swoją wizję. Wpuszczenie do środka związku młodego, głodnego wilka nie pasowało im. Pewnie kogoś takiego nie potrzebowali.

Wyklucza pan współpracę z PZPN?

- Nie, ale będę jeszcze bardziej ostrożny. Już teraz byłem, bo niedługo po spotkaniu z Latą zaczęli dzwonić do mnie dziennikarze. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć, zapytałem prezesa, skąd oni wiedzą o naszej rozmowie. Kiedy przyjechałem do Warszawy dzień przed oficjalną prezentacją Smudy, Lato prosił mnie, żebym przyszedł na konferencję. Zostałbym przedstawiony jako nowy dyrektor sportowy. Odmówiłem, przypomniałem prezesowi, że nie jesteśmy dogadani.

Marek Koźmiński - wicemistrz olimpijski z Barcelony, przez 10 lat występował w klubach włoskich (Udinese, Bresci i Anconie), zagrał 45 meczów w reprezentacji.

Jacek Zieliński: » Nie jestem opcją rezerwową