Sport.pl

Rafał Stec: Anglia pępkiem świata

Ponieważ dostałem mnóstwo maili z pretensjami, że ośmieliłem się sugerować przed ekwadorskim nieszczęściem, jakoby rywale prezentowali umiejętności - biorąc pod uwagę mundialowe standardy - beznadziejnie miałkie, potulnie donoszę, iż opinię podtrzymuję.
Tak, oni zazwyczaj zwyciężają u siebie, w Andach, a schodząc na niziny, zbierają cięgi. Tak, beznadziejnie słabi piłkarze też mogą Polaków rozbić, zwłaszcza kiedy chcą specjalnie, na złość, wygrać, a nasi - może też specjalnie, też na złość, czort ich wie - biegają wolniej i niżej skaczą. Zwracam zresztą uwagę, bo w narodowej żałobie trochę to umknęło, w jakich okolicznościach piłka wpadała do siatki Artura Boruca. Pierwszy gol: z autu wyrzuca ją Ulises de la Cruz, który w minionym sezonie całe cztery razy wybiegł w podstawowym składzie Aston Villa; główkowy pojedynek z Jopem wygrywa Agustin Delgado, który został wypędzony z Southampton (dla ułatwienia dodam, że Rasiak to tam małe bóstwo); do siatki trafia Carlos Tenorio, gwiazdor ligi katarskiej. Drugi gol: wspomniany Delgado dopełnia formalności dzięki asyście niejakiego Ivana Kaviedesa, również przegnanego swego czasu z Anglii (w jedenastce Crystal Palace wybiegł raz), jako nierokującego żadnych nadziei.

Nie przywołuję jednak tych nazwisk, by wciąż międlić inaugurację, notabene chyba najgorszą w dziejach polskich mundiali, bo ostatecznie nawet Hwang Seon-Hong czy Yoo Sang-Cheol to byli gospodarze, więc piłkę siłą woli popychał cały koreański naród. Moją uwagę zwróciły klubowe perypetie oprawców naszej reprezentacji, bo wpisują się w szerszą regułę uwypukloną przez pierwsze mecze turnieju.

Kibicowskie spory o to, która liga zasługuje na tytuł najlepszej w świecie, mają za sobą bogatą przeszłość, a przed sobą - wieczną przyszłość, zwłaszcza że jasnych, przez większość akceptowanych kryteriów nie wymyślono. Dyskusje prowadzą donikąd, bo antagoniści posługują się wysłużonymi, dawno już wyblakłymi i coraz mniej przystającymi do rzeczywistości formułkami - że we włoskiej nic tylko plują, szczypią i rozkoszują się bezbramkowymi nudziarstwami, że w hiszpańskiej obrońcami zostają nieuleczalne antytalenty, co nie nadają się do strzelania goli, że w angielskiej galopują, aż im się piana z ust toczy, jakby łby, przepraszam - głowy, zostawiali w szatni.

By debatę ciut urozmaicić, proponuję kryterium mundialowe. A kiedy piszę te słowa - w niedzielne popołudnie, w trakcie szóstego spotkania - wygląda na to, że jeśli coś znaczysz na MŚ 2006, to przeszedłeś twardą szkołę przetrwania na Wyspach, niekoniecznie zresztą w Premier League.

Bramkę dla Holandii zdobył przed chwilą Arjen Robben z Chelsea. O Ekwadorczykach wspomniałem. Oba gole dla Kostaryki strzelił Paulo Wanchope, który po przygodach z Manchesterem City i West Ham wrócił do ojczyzny, ale coś czuję, że odłoży prowadzenie własnego show w telewizji i szybciutko, jeszcze tego lata, do Anglii wróci. Sensacyjną drużynę z Trynidadu i Tobago tworzą ludzie z najrozmaitszych lig wyspiarskich, a jeśli mogli w sobotnim meczu ze Szwecją stracić gole, to głównie po akcjach zainicjowanych przez Fredrika Ljungberga z Arsenalu Londyn (stoperzy z czwartej i trzeciej ligi zatrzymujący Larssona z Barcelony i Ibrahimovicia z Juventusu to już w ogóle historia nie z tej ziemi). Argentyna i Wybrzeże Kości Słoniowej snajperami Chelsea stały - Hernanem Crespo i Didierem Drogbą, zresztą najsilniejszy być może afrykański finalista jako jedyny przywiózł ekipę złożoną wyłącznie z emigrantów trenowanych w dodatku przez Francuza. Wreszcie Anglicy, którzy wymordowali 1:0 z Paragwajem, wywodzą się oczywiście głównie z rodzimych klubów. Z reguły wyłamali się właściwie tylko Niemcy, ale przecież i Bundesliga oddała właśnie mistrzowi Premier League swoje najcenniejsze nogi - Michaela Ballacka.

Owszem, wyciąganie kategorycznych wniosków z 46 godzin turnieju to ryzyko, ale w tym wypadku ryzyko raczej umiarkowane, bo gwiazdy i szaraki z wszelkich rozgrywek wyspiarskich w swej masie muszą wywrzeć na turniej ogromny wpływ. Aż 104 finalistów zarabia na życie w ligach angielskich - nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by jeden rynek pracy wysłał na mundial tylu ludzi, a przecież nie awansowała ani Irlandia, ani Szkocja, więc po przeszło trzech dekadach Wielką Brytanię znów reprezentuje samotnie Anglia.

Jeśli dorzucić do tego graczy z ligi szkockiej oraz tych, którzy po boiskach ojczyzny futbolu już biegali, ale zostali uznani za patałachów i wydaleni, to pępek futbolowego świata da się umiejscowić z precyzją dośrodkowań Davida Beckhama. Premier League jest już nie tylko najchętniej oglądanymi rozgrywkami świata - staje się coraz bardziej znaczące pod każdym względem, także jako wymarzone miejsce pracy zawodników, a dystans między nimi a resztą globu chyba się pogłębia, przecież jeszcze przed mundialem Chelsea (rekordzistka, aż 17 finalistów!) skaperowała megagwiazdy: Ballacka i Szewczenkę, wydzierając je konkurencji.

Do obrazka jak zwykle nie pasują tylko Polacy. Dudek i Frankowski na mundial zdaniem selekcjonera się nie nadawali; Kuszczak - szkoda przypominać, co tuż przed turniejem wywinął Kuszczak; Kosowski - zasłynął podczas inauguracji w roli kamerzysty; wreszcie Rasiak... Eee tam, z Rasiakiem to dla kibiców jak z Siarą - wszystko jasne.

Tylu ludzi ligi wysłały na mundiale

Anglia104(w 2002 - 94)
Włochy72(79)
Hiszpania58(58)
Niemcy58(49)