Legia, Jej Serbska Wysokość

Danijel Ljuboja kopie piłkę z gracją i rozpłomieniony, jakby czerpał z kopania niewysłowioną rozkosz. Pojął, że przy tutejszych standardach posiadł umiejętności wirtuozerskie i zakasuje wszystkich bez dźwigania przesadnej presji?

Legii spadł z nieba. To nie jest bohater z uśpionym talentem, który przebudzenie zawdzięcza instynktowi pomysłodawcy transferu, własnoocznie talent wykrywającemu, oraz trenerowi, własnoręcznie wykuwającemu z domniemanego talentu realną sportową klasę. Nieprzeciętne kompetencje Danijela Ljuboi zostały rozpoznane dawno, dawno temu, za siedmioma stadionami i siedmioma turniejami, teraz dręczyła nas co najwyżej wątpliwość, czy w Warszawie zachce mu się rozkwitnąć na pięknego trzydziestoparoletniego, czy poprzestanie raczej na leniwym doczłapaniu do końca jeszcze jednego kontraktu. Poważniej braliśmy pod uwagę oczywiście scenariusz pesymistyczny, trudno oczekiwać od wyczynowca przez ponad dekadę byczącego się w eleganckich ligach francuskiej i niemieckiej, że rozekscytuje go granie na naszym wygwizdowie, które Champions League zna tylko z telewizji i westchnień pradziadów. Jego, byłego idola salonów paryskich, przez Francję uwiedzionego aż po wyznanie, że marzy mu się reprezentowanie przybranej ojczyzny. Jego, typa chętnie niesubordynowanego, usuwanego z klubów ze względów dyscyplinarnych.

A jednak Legii - nie umiem znaleźć precyzyjniejszego określenia - się poszczęściło, Serb kopie piłkę z gracją i rozpłomieniony, jakby czerpał z kopania niewysłowioną rozkosz. Pojął, że przy tutejszych standardach posiadł umiejętności wirtuozerskie i zakasuje wszystkich bez dźwigania przesadnej presji? Zobaczył rozrastający się stadion, poczuł szansę na mistrzostwo kraju (nigdy nie zdobył) oraz tytuł króla strzelców (nigdy nie zdobył)? Nie wiem, skąd wziął zapał, w każdym razie, odkąd wylądował na Łazienkowskiej, wystąpił we wszystkich 45 meczach ligowych Legii. Choć we wrześniu obchodził 34. urodziny, choć latem musiał przystać na obniżkę zarobków, pozostaje intensywniej eksploatowany niż jakikolwiek inny gracz tzw. ekstraklasy - nikt poza nim nie wytrzymał minionego oraz bieżącego sezonu od pierwszej do ostatniej kolejki.

Zwierzałem się już na Twitterze, że dzięki Ljuboi po raz pierwszy chodzę w Warszawie na stadion "na piłkarza". Boiskowe kombinacje obmyśla z ujmującą swobodą; kiedy wykoncypował sobie, że strzeli gola piętą, wypełnił plan bezzwłocznie, by nie rzec, że od niechcenia; szatnia bezwarunkowo zaakceptowała jego przywództwo. Najlepszy strzelec ligi, najlepszy piłkarz najlepszej drużyny ligi, najefektowniejszy piłkarz najefektowniejszej drużyny ligi. Zasłonił wszystkich.

I przypomniał, że w gęstniejącym z każdym sezonem tłoku zaciągniętych do Legii obcokrajowców jedna nacja wyróżnia się szczególnie, że od początku XXI wieku najbardziej wartko płynie w niej krew serbska. Pod dowództwem trenera Dragomira Okuki stołeczny klub wziął pierwsze w stuleciu mistrzostwo kraju (2002). Pierwszym w ogóle zagranicznym królem strzelców polskiej ligi został Stanko Svitlica - gracz antyteza Ljuboi, wręcz drepczący na drugim końcu skali, techniczny flejtuch, niezgrabny w ruchach i statyczny, a jednak skuteczny. Kapitanem warszawskiego zespołu i dwukrotnym (2002, 2006) mistrzem był Aleksandar Vuković, który rozegrał dla Legii blisko ćwierć tysiąca meczów, pod względem stażu jest obcokrajowcem rekordzistą nie tylko w Warszawie, ale całej historii naszej ligi, wyrósł na jej czołową osobowość. Wreszcie bohaterem najpiękniejszej od półtorej dekady jesieni (2011) w europejskich pucharach został Miroslav Radović - jego gol przesądził o wyeliminowaniu Gaziantepsporu, on dwoma golami podbijał Moskwę (i wyrzucał z rozgrywek pożądający trofeum Spartak), on w ostatnich sekundach zadał zwycięskie cios Hapoelowi Tel Awiw, on dwukrotnie rozprawił się z Rapidem Bukareszt.

Okuka, Svitlica, Vuković, Radović, Ljuboja. Jeśli pominąć bramkarzy, Serbowie okupują niemal wszystkie miejsca w panteonie najważniejszych współczesnych osobistości klubu. Fundamentalnie zasłużyli się dla obu poprzednich tytułów mistrzowskich, teraz mają szansę zasłużyć się dla trzeciego.

Dlaczego akurat oni idą ławą? Wychowywali się nieopodal, mówią językiem jak na obcy wybitnie polskobrzmiącym, podczas podróży do Serbii - odbywanych z powodów siatkarskich - sam wielokrotnie odnosiłem wrażenie, że budzimy w tubylcach odruchową sympatię, że widzą w nas plemię podobnie dręczone przez historię - uciskane i zmuszone do wiecznej narodowowyzwoleńczej gotowości. Że jesteśmy zwyczajnie prawie tacy sami, co sugerowałoby, iż tamtejszy piłkarz nie czuje się u nas tak całkiem gdzie indziej. Przecież wspomnianego safandułę Svitlica, który w 60 meczach legijnego epizodu zdołał wbić 40 goli, zaraz potem okrutnie zdemaskowała Bundesliga, on w ogóle w żadnych innych okolicach piłki z sensem już nie kopnął.

Najprostsze objaśnienia kuszą, ale bledną do wytartych klisz bez znaczenia, kiedy tylko zerkniemy za plecy Ljuboi, na najjaśniejsze po nim niepolskie gwiazdki ofensywne ligi. Obie pochodzące z Burkina Faso - państwa, o którym zapewne nie wiedziałbym nic, gdyby nie festiwal kina afrykańskiego w Wagadugu. Abdoul Razack Traore przywędrował do Gdańska przez Maroko i Norwegię, "World Soccer" umieszczał go kiedyś wśród najzdolniejszych nastolatków na planecie. Młodziutki Prejuce Nakoulma uciekł od biedy do Niemiec, a gdy tam nie został zaakceptowany, los rzucił go do Lubyczy Królewskiej, wsi na Lubelszczyźnie z czwartoligowym klubikiem - tubylcy pierwszy raz w życiu spotkali czarnego człowieka, on pierwszy raz w życiu dotknął białego śniegu. Niezwykłych opowieści przybywa, bo także u nas sport nieodwołalnie już chyba przestał zwracać uwagę na istnienie granic, nie znajdziecie dziedziny, w której z porównywalną pasją importowalibyśmy zagraniczną siłę roboczą. Po 1990 roku sama tylko ekstraklasa (jak czytam w Encyklopedii Piłkarskiej FIFA, właśnie ukazał się jej kolejny rocznik) wpuściła na boisko przeszło 700 obcokrajowców z pięciu kontynentów.

Rodacy Ljuboi, owszem, w wielonarodowej ciżbie dominują liczbowo, ale to także niewiele wyjaśnia - równie liczni na polskich trawach Czesi i Słowacy przebiegają przez nie dyskretniej, poza Legią generalnie najładniej popisują się przybysze z okolic naprawdę odległych, jak Nigeryjczyk Kalu Uche, Argentyńczyk Mauro Cantoro, Kolumbijczyk Manoel Arboleda czy Brazylijczyk Edi Andradina, najskuteczniejszy (43 bramki) obcokrajowiec w dziejach polskiej ligi. Jeśli Europa, to Serbia.

Serbia, czyli największy - jak wynika z przywoływanych już przeze mnie raportów "CIES Football Observatory" - po Brazylii i Argentynie eksporter piłkarzy. Serbia tak nam bliska, a zarazem tak daleka, gdy słyszymy, że w jej klubach zwykły pierwszoligowiec bierze pensję na poziomie tamtejszej średniej krajowej, wielokrotnie niższą niż zwykły pierwszoligowiec w Polsce, przecież marniejszy sportowo - tandetnie wyszkolony, lecz tradycyjnie demoralizowany kontraktem ponad poczucie przyzwoitości. Ljuboja zarabia godnie, w lidze ustępuje jedynie Arboledzie, ale i tak się wyłamał. Dotąd panujący u nas potentaci z Warszawy i Krakowa najhojniej wynagradzali kopaczy miernych lub notorycznie niedysponowanych, nazwiska litościwie pomińmy, teraz na szczycie listy płac pręży się piłkarz, który zdawał się truchtać ku schyłkowi kariery, a ma wszystko, by w najbliższym roku zostać największym obcokrajowcem w historii polskiej ligi.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca