Kiedrosport: Sport do kochania

Kobietom nie jest łatwo. Zwłaszcza w sporcie. Tu mężczyźni spijają śmietankę. Właściwie tylko tenisistkom udało się dorównać popularnością ich męskim odpowiednikom. Trudno jednak zaprzeczyć, że o sławie Marii Szarapowej i jej koleżanek decyduje tylko ich dobry bekhend.

W inny dyscyplinach sportu jest zdecydowanie trudniej. W USA, gdzie w samym baseballu istnieje kilkanaście zawodowych lig, kilka hokejowych, kilka koszykarskich, dwie piłkarskie, a nawet dwie w egzotycznym lacrosse, profesjonalne kobiece rozgrywki bankrutują ledwie po kilku sezonach. Americana Basketball League przetrwała ledwie dwa sezony, Women's United Soccer Association (piłka nożna) - trzy. Tej ostatniej nie pomogło nawet to, że promowała ją bardzo rozpoznawalna w USA Mia Hamm ani 50-milionowy (w dolarach) budżet. Dłużej przetrwała tylko WNBA, ale ona funkcjonuje właściwie tylko dzięki męskiej NBA.

O przetrwanie walczy jeszcze National Professional Fastpitch w softballu. Właśnie skończyła trzeci swój sezon. Liga chwali się, że w Ameryce tę podobną do baseballa (gra się na mniejszym boisku, ale większą piłką, mecz trwa siedem zmian, a nie dziewięć) dyscyplinę sportu uprawia 1,2 mln osób. W żaden jednak sposób nie przekłada się to na zainteresowanie zawodowymi rozgrywkami. Zawodniczki same nie mają iluzji co do swojej popularności. - Grę tutaj trudno nazwać robieniem kariery - mówi Selena Collins, catcher zespołu Chicago Bandits, która umie schwytać piłkę lecącą 115 km na godzinę.

Z męskim MLB, którego globalna widownia na stadionach wynosi 75 mln osób, nie ma co się równać. Średnia płaca za sezon (42 mecze) softballistki wynosi 6 tys. dolarów (nieco więcej niż 18 tys. zł), podczas gdy nawet przeciętni baseballiści dostają po 15 tys. dolarów... za mecz. Softballistki, aby związać koniec z końcem, muszą więc w przerwach między rozgrywkami dorabiać, pracując w szkołach jako trenerki szkolnych drużyn.

Szef ligi Patrick Linden wie, że dopóki softball nie przebije się do mediów, nie ma szans na rozwój. Wkrótce będzie jeszcze trudniej, bo żeńska odmiana baseballa ma zniknąć z programu igrzysk olimpijskich po 2008 r. Nie będzie więc można wykorzystać marketingowo sukcesów reprezentacji USA, która ma monopol na złote medale.

Linden chciałby sprzedawać swoją ligę jako sport przyjazny rodzinie, gdzie zawodniczki nie grają o miliony, ale "z miłości do gry". Takich rozgrywek nie pokaże jednak żadna telewizja - nawet familijna.

Kobiety z Women's Sports Foundation mają jednak swoją teorię na temat "niemedialności" kobiecego sportu. To konsekwencja dziesiątek lat seksizmu amerykańskiej kultury, która dyskryminuje kobiety w sporcie. Zdaniem WSF wprowadzenie w 1972 r. prawa o równouprawnieniu dało kobietom zrównanie szans w sporcie szkolnym i akademickim, ale w żaden sposób nie przełożyło się na sport zawodowy. Przeprowadzono nawet badania, z których wynika, że męskie dyscypliny zajmują 95 proc. antenowego czasu przeznaczanego na sport w najważniejszych amerykańskich stacjach telewizyjnych.

Mimo to softballowa liga chce się rozszerzać i szuka nowych właścicieli klubów. Wymagania nie są wygórowane. Zespołowi trzeba zapewnić budżet w wysokości 400-500 tys. dolarów (nawiasem mówiąc, za takie pieniądze trudno utrzymać zespół nawet w naszej piłkarskiej drugiej lidze). Dla nowych właścicieli liga oferuje poradnik, jak wyjść na swoje. 200 tys. dolarów trzeba zebrać od sponsorów, mieć co najmniej 1 tys. kibiców na każdym meczu (po ok. 10 dolarów za bilet) i sprzedawać klubowe pamiątki - koszulki, bluzy, czapeczki. Z tej ostatniej działalność trzeba uzyskać co najmniej 4 dolary na jednego kibica. Sumy naprawdę nie rzucają na kolana. - Nikt jeszcze nie zarobił na tym sporcie milionów - podsumowuje Linden.