Polityka zrujnowała wizerunek NBA. Kibice odwrócili się od ligi

NBA to kolejny z przykładów, że łączenie polityki ze sportem, nie może się dobrze skończyć dla zawodników.

W USA zachodzą w głowę, jak to się stało, że finały NBA ogląda o więcej niż połowę mniej widzów niż rok temu. A przecież już wtedy mówiło się o historycznej zapaści, bo w finale grał zespół z Kanady. Już samo to powodowało mniejsze zainteresowanie w Stanach Zjednoczonych, gdzie tradycja kibicowania lokalnym drużynom jest mocno zakorzeniona.

Tymczasem w tym roku Los Angeles Lakers i Miami Heat o zainteresowaniu sprzed roku mogą tylko pomarzyć. Telewizyjna oglądalność jest o 60-70 procent niższa niż rok temu. Pierwszy mecz finału oglądało 7,41 mln widzów, a potem było już tylko gorzej. Drugie spotkanie miało 4,5 mln widzów, a trzecie niewiele więcej niż 4 mln.

Oczywiście zaraz pojawiły się tłumaczenia:

  • - nietypowa pora finałów, które do tej pory odbywały się w czerwcu
  • - duża konkurencja ze strony innych programów, bo jesień to czas nowych ramówek i premier seriali, reality show etc.
  • - duże nagromadzenie imprez sportowych w krótkim czasie
  • - brak kibiców na trybunach
  • - mniejsza liczba gospodarstw domowych, w których ogląda się tradycyjną telewizję
  • - a w ogóle to można spojrzeć na finały NHL, tenis, golf czy wyścigi konne, które też mają gigantyczne spadki

Wszystkie te wymówki są, oczywiście w pewnym stopniu uzasadnione. Żadne jednak nie tłumaczą tak gigantycznego spadku. Liczba widzów oglądających tv w prime time'ie jest niższa o 10 procent niż przed rokiem; brak kibiców na trybunach nie przeszkadza ani NFL, ani MLB. I właśnie z tymi ligami NBA powinna się porównywać. Oglądalność futbolu specjalnie nie spadła. A baseballa na lokalnych rynkach - najistotniejszych dla kontraktów tv w tej lidze - nawet wzrosła.

NBA chciał być największą ligą w USA

Poza tym miejmy właściwe proporcje. NBA to liga, która - według wielu przepowiedni - miała w USA zdetronizować futbol amerykański. Gdzie się podziały te dziesiątki milionów fanów koszykówki, które deklarowały jeszcze niedawno, że to dla nich sport nr 1. W ostatnim przeprowadzonym na ten temat sondażu było to 11 procent Amerykanów. Trzy lata temu średnia oglądalność finałów wynosiła 20,4 mln widzów, a cztery lata temu - 20,3 mln widzów. Porównywać NBA do golfa, czy NHL to jednak ujma dla tej pierwszej.

I co ciekawe w największych mediach brakuje jednego wyjaśnienia, które pojawia się nawet w badaniach opinii publicznej: NBA jest zbyt upolityczniona.

A wydawałoby się przecież, że tegoroczny zestaw finalistów rokuje całkiem dobrze, jeśli chodzi o zainteresowanie kibiców. Los Angeles i okolice to największy lokalny rynek telewizyjny w USA, Miami - szósty. W Los Angeles Lakers gra największy koszykarz naszych czasów - LeBron James, który zamierza dorównać legendarnemu Michaelowi Jordanowi. W dodatku Lakers mają szansę swoim zwycięstwem oddać hołd innej legendzie - Kobe Bryantowi, który w styczniu zginął w katastrofie śmigłowca. I mimo to zainteresowanie widzów finałem jest najmniejsze w historii obecności NBA w ogólnokrajowej telewizji.

Nawet demokraci mają dość łączenia polityki ze sportem

Można byłoby jeszcze usprawiedliwić ten fakt niezwykłością pandemicznego sezonu, ale problemy z liczbą widzów przed telewizorami, pojawiły się już wcześniej. LeBron James angażuje się politycznie nie od dziś, a wcześniejszy poważny kryzys wizerunkowy NBA na tym tle miał miejsce, gdy nikt jeszcze nie wiedział, co to koronawirus. Mam tu na myśli reakcję na presję ze strony Chin po opublikowaniu przez menedżera generalnego Houston Rockets, Daryla Moreya grafiki wspierającej protesty w Hongkongu.

I właśnie uległość wobec Chin podają kibice, jako jedną z przyczyn odwrócenia się od NBA. Miesiąc temu jedna z najbardziej renomowanych firm badania opinii publicznej - Harris Insights & Analytics - opublikowała sondaż, według którego 39 procent fanów sportu ogląda w tym sezonie mniej meczów NBA niż rok wcześniej. Z tych, którzy oglądają mniej - 38 proc. jako powód podało fakt, że "liga stała się zbyt rozpolitykowana"; 28 proc. bo NBA jest "nudna bez kibiców"; 19 proc. z powodu związków NBA z Chinami.

Te wyniki nie pozostawiają złudzeń, jaka jest główna przyczyna odwrócenia się fanów od NBA. I co ciekawe, choć polityczne kwestie podnoszone przez koszykarzy są bliskie przede wszystkim Partii Demokratycznej, to więcej niż co piąty wyborca z lewej strony sceny politycznej uważa, że NBA jest zbyt rozpolitykowana. Jeśli chodzi o republikanów, niemal dwóch na trzech podnosi ten zarzut.

Nie ma co się dziwić. LeBron James jawnie wspiera w kampanii prezydenckiej Joe Bidena, a trener Gregg Popovich z San Antonio Spurs nazywa prezydenta Donalda Trumpa "obłąkanym idiotą, głupcem i socjopatą".

Trump odgrywa się nazywając NBA "polityczną organizacją" i wzywając baseballistów i futbolistów, by nie naśladowali koszykarzy.

Kto wygrał w tym sporze, nie ma wątpliwości. Wystarczy spojrzeć na rankingi oglądalności.

Sport powinien trzymać się z dala od polityki

To jeszcze jeden przykład, że na politycznym zaangażowaniu sportowcy mogą tylko stracić. Przecież w samej idei sportu zapisane jest założenie, by łączyć, a nie dzielić. Przecież to miejsce, gdzie na równych zasadach ludzie mogą rywalizować niezależnie od swojego stanu posiadania, swojego wykształcenia, wyznawanej religii czy ideologii, orientacji seksualnej. Przysięga olimpijska mówi o rywalizacji w "duchu rycerskim". Szacunek należy się nie tylko współzawodnikom, ale i kibicom. Sukces uzależniony jest nie od wpływów, pieniędzy, czy poparcia, ale od własnych umiejętności. Już w osiemnastym wieku to rozumiano: boisko do krykieta w Anglii było jednym z pierwszych miejsc, gdzie znikał podział na szlachetnie urodzonych i plebejuszy, bo każdy rywalizował tam jak równy z równym.

A zaangażowanie polityczne sportowców niszczy tę płaszczyznę porozumienia, którą sport ma tworzyć. Nie przez przypadek o Belgii mówi się, że to, co jeszcze łączy mówiących po niderlandzku Flamandów i francuskojęzycznych Walonów, to król i reprezentacja piłkarska. Indie, podzielone religijnie i etnicznie jak chyba żaden inny kraj na świecie, mają jedną jedyną wielką wspólną pasję - krykiet.

Nie przez przypadek od sportu zaczynały się stosunki dyplomatyczne między zwaśnionymi krajami. Do historii przeszły terminy "pingpongowa dyplomacja", gdy Amerykanie nawiązywali pierwsze kontakty z komunistycznymi Chinami, albo "krykietowa dyplomacja", gdy politycy Indii i Pakistanu szukali okazji do spotkań, choć ich kraje były do siebie wrogo nastawione.

Upolitycznienie sportu niszczy jedno z ostatnich miejsc, gdzie mogą się spotkać ludzie wyrwani ze swojej bańki. Również na trybunach.

Wracając do NBA, to nie jest tak, że nagle odwrócili się od ligi zwolennicy Trumpa, czy inni zatwardziali konserwatyści. Oni już dawno byli w zdecydowanej mniejszości oglądających koszykówkę. NBA, spośród tzw. wielkich lig amerykańskich, od lat była ligą najbardziej przechylona na lewo. Jeśli politykowanie zarzuca tej lidze 22 proc. kibiców demokratów i 57 procent kibiców republikanów, to w liczbach bezwzględnych te grupy nie bardzo się różnią. W gronie kibiców koszykówki jest dużo więcej demokratów niż republikanów. LeBron i spółka stracili więc bardzo dużo i w swoim naturalnym "elektoracie".

Warto, by sportowcy również polscy wzięli sobie do serca tę lekcję.

Przeczytaj także: