"Szuka pan Murzyna, który boi się oddać białemu?". I jeszcze słynniejsza odpowiedź

Co roku 15 kwietnia wszyscy zawodnicy MLB noszą na plecach nr 42. Upamiętniają w ten sposób debiut pierwszego Afroamerykanina w lidze. I choć od debiutu Jackiego Robinsona upłynęły 73 lata, rasizm wciąż jest obecny na amerykańskich stadionach.

Kilka dni temu szok wywołało oświadczenie drugiej najpopularniejszej drużyny baseballowej w Ameryce. Władze Boston Red Sox przyznały się, że w ubiegłym roku na Fenway Park doszło do siedmiu zgłoszonych rasistowskich zachowań. To reakcja na słowa byłego zawodnika Red Sox - Toriiego Huntera, który w rozmowie z ESPN wyznał, że kibice jego drużyny wielokrotnie nazywali go "czarnuchem". Media natychmiast przypomniały też sprawę Adama Jonesa z Baltimore Orioles, który po meczu na Fenway Park skarżył się, że był obrażany rasistowskimi obelgami.

We wrześniu tego samego roku na tzw. Zielonym Potworze - wielkiej tablicy wyników na stadionie Red Sox zawisł baner: "Rasizm jest tak amerykański jak baseball". Jak się okazało za prowokacją stała grupa białych, którzy uważali się za antyrasistów, a swoją akcją chcieli zwrócić uwagę na problemy rasowe w USA. Wyszło co najmniej dwuznacznie.

Jackie Robinson zmienił Amerykę

A baseball i rasizm długo szły ręka w rękę, ale to właśnie w tym sporcie nastąpił przełom, który zmienił Amerykę. Do 1946 r. w zawodowych ligach obowiązywała niepisana zasada, że drużyny nie zatrudniają czarnych. Jeśli jakiś Afroamerykanin chciał zarabiać na życie grą w baseball, był skazany na występy w działających od lat 20. ubiegłego wieku Negro Leagues. Nawet najbardziej utalentowani zawodnicy nie dostawali szans. Do dziś historycy sportu w USA zastanawiają się, czy to nie Josh Gibson jako pierwszy pobiłby rekordu home runów legendarnego Babe'a Rutha, gdyby już w latach 30. ubiegłego wieku kluby MLB podpisywały kontrakty z Afroamerykanami. Zasadę tę złamał dopiero Jackie Robinson. W 1945 r. został on zawodnikiem Brooklyn Dodgers.

Przed parafowaniem umowy szef klubu Branch Rickey spytał Robinson: - Wiem, że jesteś dobry. Ale muszę wiedzieć, czy jesteś wystarczająco odporny?

Robinson odpowiedział: - Szuka pan Murzyna, który boi się oddać białemu?

- Szukam zawodnika, który ma jaja, by nie oddać. Nie mamy armii do obrony. Mało kto jest po naszej stronie. Żaden właściciel klubu, żaden sędzia, może kilku dziennikarzy. Mam obawy, że wielu kibiców będzie wrogo nastawionych. Wygramy tylko wtedy, gdy przekonamy cały świat, że wziąłem do zespołu świetnego gracza i dżentelmena - odpowiedział Rickey. 

I Jackie Robinson spełnił pokładane w nim nadzieje. Dzielnie znosił szykany ze strony trybun, zawodników i trenerów drużyny przeciwnej, a nawet kolegów z drużyny. Tym przemówił do rozsądku menedżer Dodgers, Leo Durocher, gdy odkrył, że część zawodników nie chce dzielić szatni z Robinsonem: - Nie obchodzi mnie, czy ten chłopak jest żółty, czarny, czy w paski, jak jakaś pieprzona zebra. Jestem menedżerem tego zespołu i mówię, że Jackie gra. Więcej jeszcze. Mówię, że on może zrobić z nas bogaczy. A jeśli żaden z was nie zna się na pieniądzach, to sprzedam was wszystkich.

Robinson zadebiutował w MLB - najwyższej baseballowej lidze w USA - w 1947 r. 15 kwietnia (wcześniej grał w związanej z Dodgers drużynie niższej ligi - Montreal Royals). W pierwszym roku został najlepszym debiutantem. W 1949 r. zdobył nagrodę dla najlepszego zawodnika ligi. W 1955 r. wygrał z Brooklyn Dodgers World Series - jedyne mistrzostwo w historii klubu przed przenosinami do Los Angeles.

Człowiek Kennedy'ego złamał właściciela Redskins

Robinson przetarł szlak. I nie tyle chodzi o to, że jako pierwszy podpisał kontrakt, ile o to, że stał się pierwszą autentyczną ciemnoskórą gwiazdą sportu. Jednak dopiero po dwunastu latach od jego debiutu wszystkie drużyny MLB miały w swoich składach choć jednego czarnego zawodnika. Ostatnim zespołem, który się na to zdecydował, była drużyna Boston Red Sox.

Baseball był wzorem dla innych dyscyplin. W koszykarskiej NBA, w której dziś Afroamerykanie stanowią 74,4 proc. graczy, pierwsi czarnoskórzy zawodnicy zostali wybrani w drafcie dopiero w 1950 r. Było ich trzech. Jako pierwszy zadebiutował Earl Lloyd zwany Czarnym Kotem z Washington Capitols.

W NFL - lidze, której jednym z założycieli był pół Indianin Joe Thorpe, pierwsi ciemnoskórzy zawodnicy zadebiutowali już w 1920 r. A jeden z nich - Fritz Pollard - był nawet pierwszym trenerem Afroamerykaninem. Wszystko to jednak były tylko epizody. Gdy w 1932 r. do ligi dołączyli Washington Redskins (wtedy jeszcze pod nazwą Boston Braves), a z nimi ich szef George Preston Marshall, zwolennik segregacji rasowej. NFL stopniowo zamknęła się na ciemnoskórych zawodników.

Ponownie otworzyła się dopiero w 1946 r. gdy Los Angeles Rams zatrudnili Kenny'ego Washingtona. Proces integracji rasowej w najważniejszej futbolowej lidze w USA postępował jednak bardzo powoli. Wspomniany Marshall nie podpisał kontraktu z Afroamerykaninem aż do 1962 r.: - Zaczniemy zatrudniać murzynów wtedy, gdy Harlem Globetrotters zaczną zatrudniać białych.

Marshall w swoim uporze trwałby zresztą o wiele dłużej, gdyby nie złamał go, powołany przez Johna Kennedy'ego, Sekretarze zasobów wewnętrznych Stanów Zjednoczonych, Stewart Lee Udall. On to zagroził właścicielowi Redskins, że jego zespół nie będzie mógł grać na nowo wybudowanym z funduszy federalnych D. C. Stadium, jeśli wciąż będzie unikał zatrudniania Afroamerykanów.

"Cudowny moment dla kraju i świata"

Jeszcze dłużej, bo aż do 1971 r., bez ani jednego czarnoskórego gracza grał zespół futbolowej ligi uniwersyteckiej - Alabama Crimson Tide, jeden z najpopularniejszych zespołów sportowych w południowych stanach USA.

Trzy lata później Południe Stanów Zjednoczonych doświadczyło jeszcze jednego rasowego trzęsienia ziemi. Hank Aaron z drużyny Atlanta Braves pobił rekord wszech czasów w liczbie home runów. Afroamerykanin okazał się lepszy od legendarnego Babe Rutha. Ale zanim to się stało, Aaron przeżył horror. Dostawał tysiące anonimów z groźbami śmierci. Po zakończeniu sezonu 1973, gdy zabrakło mu ledwie dwóch home runów do rekordu, obawiał się, że może nie dożyć następnego meczu. Lewis Grizzard z dziennika "Atalanta Journal" ujawnił później, że dziennikarze też dostawali anonimowe telefony, w których nazywani byli "miłośnikami czarnucha" za to, że relacjonowali pasjonującą pogoń Aarona za "najświętszym" rekordem amerykańskiego sportu. Przed nowym sezonem dziennikarze przygotowywali nie tylko materiały do publikacji na chwilę pobicia niesamowitego wyniku, ale również nekrolog Aarona, gdyby zawodnik miał paść ofiarą zamachu. W kwietniu 1974 r. zawodnik pobił rekord i mógł odetchnąć swobodnie. 715 raz wybił piłkę poza boisko wobec 53 tys. widzów na stadionie w Atlancie.

 

"Co za cudowny moment dla baseballu, co za cudowny moment dla Atlanty i stanu Georgia, co za cudowny moment dla całego kraju i świata - komentował legendarny komentator Vin Scully. - Czarny zawodnik nagradzany jest owacją na stojąco na głębokim Południu za pobicie rekordu baseballowego idola wszech czasów".

Teraz czas na czarnych trenerów

Tamten rekord bynajmniej nie zakończył ery przesądów rasowych w amerykańskim sporcie. Na przykład w NFL bardzo długo funkcjonowało niepoparte dowodami przekonanie, że Afroamerykanie nie nadają się na pozycję quarterbacka. Uważano najpierw, że biali zawodnicy nie będą chcieli słuchać na boisku ciemnoskórego rozgrywającego, a poza tym, że czarnym brakuje inteligencji, niezawodności i charyzmy potrzebnych do gry na tej pozycji. Tego stereotypu nie zmienił nawet Doug Williams, który w 1988 r. poprowadził Washington Redskins do zwycięstwa w Super Bowl i został MVP finału. Dopiero w XXI wieku czarni rozgrywający szeroką ławą wlali się do ligi. W ostatnich pięciu sezonach trzech z nich zostało najlepszymi zawodnikami ligi (MVP) - Cam Newton (Carolina Panthers), Patrick Mahomes (Kansas City Chiefs) i Lamar Jackson (Baltimore Ravens). Dwaj pierwsi wygrali ze swoimi zespołami Super Bowl.

W XXI wieku w NFL - zdecydowanie najpopularniejszej lidze w USA - dokonano jeszcze jednego kroku milowego w dziedzinie integracji rasowej. Wprowadzono tzw. prawo Rooneya. Każdy zespół przed zatrudnieniem nowych trenerów ma obowiązek włączyć do procesu rekrutacji przedstawicieli mniejszości etnicznych. Ten przepis został nazwany na cześć właściciela Pittsburgh Steelers - Dana Rooneya, który był promotorem tego rozwiązania.

Czytaj także