W sporcie Ameryka też jest podzielona. Trump woli golfa nie przez przypadek

LeBron James może lżyć prezydenta Donalda Trumpa, ile chce. Nikt w NBA złego słowa mu nie powie. Co innego, gdyby był kierowcą NASCAR. Wtedy nie mógłby sobie na to pozwolić.

Gdyby w Polsce prezydenta mieli wybierać kibice piłkarscy, zostałby nim prawdopodobnie Krzysztof Bosak. Tak wynika z sondaży. Widać, że u nas fani są mocno prawicowi. Nie przekłada się to jednak na resztę społeczeństwa, w którym zwolennicy kandydata Konfederacji stanowią niewielki procent.

Piłkarskie mamy dały wygraną Clintonowi

Co innego w USA. Tam sport zajmuje naczelne miejsce wśród zainteresowań społecznych. To jedyny kraj świata, w którym rokrocznie najbardziej oglądanym programem w telewizji jest finał krajowych rozgrywek - Super Bowl - a w TOP 100 pod tym względem ponad 90 procent stanowią transmisje sportowe. I jak pokazują badania, fani sportu częściej uczestniczą w wyborach niż ci, którzy się nim nie interesują.

Sport ma więc znaczenie polityczne. I sztabowcy kandydatów robią wszystko, by go wykorzystać. Grupa tzw. piłkarskich mam przyniosła zwycięstwo Billowi Clintonowi w wyborach w 1996 r. Tym terminem określano zamieszkujące przedmieścia matki z klasy średniej, które dużą część swoich dni spędzają, wożąc dzieci na zawody sportowe. Sztab Clintona uznał tę grupę za kluczową w pokonaniu Boba Dole'a, kandydata Republikanów. I jak wykazały potem badania, Clinton dostał w tej grupie 53 proc. głosów, podczas gdy jego rywal miał lepszy wynik wśród mężczyzn z tej klasy społecznej.

Innym sportowym terminem używanym w wyborach prezydenckich to "NASCAR-owy tatuś". Odnosi się do białych mężczyzn w średnim wieku, mieszkających przede wszystkim w południowych stanach USA, których pasją są wyścigi samochodowe serii NASCAR. Ich w 2004 r. próbował przekonać John Kerry. Daremnie. Wybory wygrał George Bush.

Tam, gdzie Trump jest wśród swoich

W wyborach 2020 sport też odegra rolę. Nie przez przypadek Donald Trump pojawił się na finale rozgrywek ligi futbolu akademickiego w Nowym Orleanie w styczniu tego roku. Kibice urządzili mu tam długą owację, a potem skandowali "USA, USA".

 

Tam Trump był naprawdę wśród swoich. Na boisku spotkały się drużyny Uniwersytetu Stanowego Luizjany i Uniwersytety Clemson z Południowej Karoliny. Obie drużyny były ze stanów, w których prezydent ma wysokie poparcie. Zresztą większość kibiców futbolu uniwersyteckiego ma prawicowe odchylenia. Tak przynajmniej twierdzą badacze, którzy co jakiś czas sprawdzają, jak kibicowanie przekłada się na poglądy polityczne. I tu futbol uniwersytecki jest tak samo republikański jak wspomniany wyżej NASCAR. A co jeszcze ważniejsze dla kandydatów na prezydenta, kibice futbolowych drużyn uniwersyteckich częściej pojawiają się przy urnach, niż wynosi średnia krajowa.

Oczywiście można powiedzieć, że futbol sprzyja bardziej prawicowym poglądom, ale korelacje są tu bardziej geograficzne niż sporotwe. Futbol akademicki najpopularniejszy jest bowiem w tzw. Pasie Biblijnym (południowe stany USA) oraz Pasie Rdzy (stany na północy, w których kiedyś kwitnął przemysł ciężki), czyli regionach, które zdecydowały o wygranej Trumpa w 2016 r.

Obama woli koszykówkę

Ale najbardziej prawicowa i najczęściej głosująca jest inna grupa. To fani golfa. Zazwyczaj są to biali (87 procent), w mocno już zaawansowanym wieku (63 procent ma pond 55 lat) i dobrze sytuowani materialnie (27 procent zarabia więcej niż 100 tys. dolarów rocznie). Może dlatego Donald Trump tak często gra w golfa?

Jego poprzednik Barack Obama wolał grać w koszykówkę. Pojawiał się też na meczach NBA i drużyn uniwersyteckich. Jako pierwszy w historii prezydent zaprezentował w telewizji swoją drabinkę turnieju NCAA - czyli przewidywania, jak będzie przebiegała rywalizacja od pierwszej rundy aż do finału.

Tu też chyba trudno mówić o przypadku. Nie odmawiając Obamie fascynacji koszykarskich, prezydent przy okazji ugruntowywał swoją pozycję w elektoracie. NBA to najbardziej sprzyjająca demokratom z wielkich lig USA. Wśród jej kibiców jest najwięcej mniejszości etnicznych (57 proc.). To jedyna liga, w której biali kibice stanowią mniejszość, a i tak w przeważającej części popierają Partię Demokratyczną. To dlatego LeBron James może sobie pozwolić na nazywanie Trupa "dupkiem" i popieranie w poprzednich wyborach prezydenckich Hilary Clinton. Liga na tym nie ucierpiała. Co innego, gdy przyszło wypowiadać się w kwestii praw człowieka w Hongkongu. Wtedy był bardzo powściągliwy, bo kryzys na linii NBA - Chiny kosztował ligę dziesiątki, a może nawet setki milionów dolarów.

NBA jest też o tyle mniej ważna w kwestii wyborów, że według badań jej kibice mniej chętnie zjawiają się przy urnach, niż wynosi średnia krajowa. Podobnie jest z fanami piłkarskimi. Oni też są bardziej lewicowi niż prawicowi, ale w mniejszym stopniu niż w NBA. I to w obu grupach, czyli jeśli chodzi o fanów MLS i piłki nożnej europejskiej. W porównaniu do innych fanów innych sportów to jednak niewielka grupa wyborców, a w dodatku najmniej chętna do brania udziału w elekcji.

NFL i MLB stracą na poparciu protestów?

Najbardziej w centrum z niewielkim odchyleniem na prawo są dwie najpopularniejsze w USA zawodowe ligi - futbolowa NFL i baseballowa MLB. To tłumaczy, dlaczego ta druga liga była ostatnią z ważnych sportowych organizacji, która wydała oświadczenie w sprawie protestów, które wybuchły po śmieci George'a Floyda. Prawdopodobnie starała się jak najdłużej prezentować swoją apolityczność.

I to też wyjaśnia, dlaczego oświadczenie w tej samej sprawie wydane przez NFL zostało określone, jako przełom w jej relacji do świata polityki. Komisarz futbolowej ligi zachęcił bowiem zawodników do pokojowych protestów, choć wcześniej władze NFL tłumiły podobne wystąpienia futbolistów, bo miało to przełożenie na wyniki oglądalności meczów. Nie jest też tajemnicą, że duża część właścicieli NFL jest zwolennikami Trumpa. Kilku z nich wsparło dużymi kwotami jego kampanię w 2016 r. Jerry Jones (Dallas Cowboys) dał milion dolarów, tyle samo - Robert Kraft (New England Patriots) - to dwaj najbardziej znani, którzy w dodatku znają się z Trumpem od wielu lat. Inni darczyńcy to Robert McNair (Houston Texas) - 1,6 mln, Woody Johnson (New York Jets) - 1,5 mln, Dan Snyder (Washington Redskins) - 1,1 mln, Shahid Khan (Jacksonville Jaguars) - 1 mln, Stan Kroenke (Los Angeles Rams) - 1 mln, James Haslam (Cleveland Browns) - 100 tys., Edward Glazer (Tampa Bay Buccaneers) - 302 tys. We wrześniu, gdy ruszy NFL, możemy się więc spodziewać kolejnego politycznego konfliktu w amerykańskim sporcie.

Przeczytaj także: