Szef Bayernu ma kibiców za idiotów. Niemcy przesadzili z propagandą

Prezydent Bayernu mówił o miliardach widzów, a wyszły co najwyżej miliony. O gigantycznym sukcesie Bundesligi mówi się jak o rozczarowaniu.

Prezydent Bayernu Karl-Heinz Rummenigge ma piłkarskich kibiców za idiotów. Trudno mu się dziwić. Dziennikarze na całym świecie z wielkim uporem utwierdzają go w tym przekonaniu. W czwartek Rummenigge ogłosił, że Bundesliga, która jako pierwsza z najważniejszych lig piłkarskich wznowiła rozgrywki, będzie oglądana przez miliardy widzów na całym świecie. I tę wiadomość powieliło setki, jeśli nie tysiące serwisów i stron internetowych. Nikt nawet się nie zastanowił, czy to fizycznie możliwe. Nikt nie skontrował prawdziwymi danymi, choćby z niektórych krajów.

Dziś jeszcze na stronie "Frankfurter Allgemeine Zeitung" przeczytałem, że to "prognozy, które trudno sprawdzić, bo nawet DFL (niemiecka liga piłki nożnej) nie wglądu w rankingi oglądalności we wszystkich 200 krajach, w których Bundesliga jest pokazywana". Naprawdę? I pisze to dziennikarz, który dalej w artykule podaje, że średnia oglądalność pierwszej serii meczów w Niemczech w otwartym i płatnych kanałach Sky Deutschland wynosiła w sumie 3,81 mln widzów? Przecież z samej tej liczby można wydedukować, że nawet gdyby cała reszta świata kochała Bundesligę jak Niemcy i była nasycona odbiornikami telewizyjnymi jak Niemcy, i tak samo jak oni chętnie spędzałaby czas przed szklanym ekranem, to nawet liczba 400 milionów widzów byłaby nie do osiągnięcia.

Zobacz wideo

Miliardy widzów przed telewizorem?

Ale oczywiście nikt na świecie nie kocha Bundesligi jak Niemcy i w mało którym kraju jest tak dużo gospodarstw domowych z telewizją. W dodatku jeszcze w mało którym kraju ludzie tak dużo czasu spędzają przed telewizorem. W Chinach np. ludzie oglądają dziennie program tv średnio o półtorej godziny krócej niż za naszą zachodnią granicą.

W ogóle zgromadzenie przed telewizorem "miliardów ludzi" w jednym czasie jest mało możliwe. Jak wynika z amerykańskich badań, nawet w tzw. porze najwyższej oglądalności przed ekranami zasiada nie więcej niż 60 procent potencjalnej widowni. Największe wydarzenia sportowe też nie skupiają nawet takiego odsetka widzów. Finał mistrzostw świata Francja - Chorwacja oglądany był w tym pierwszym kraju w 34,6 procentach gospodarstw domowych, a w tym drugim w 39,2 procentach.

FIFA też robi z kibiców idiotów

Oczywiście Rummenigge nie jest pierwszy w robieniu z kibiców idiotów. W piłce nożnej liczba działaczy, którzy za nic mają inteligencję fanów, jest ogromna. Pamiętam, jak w latach 80. FIFA rozgłaszała, że mundial ogląda 25 miliardów widzów. Tak, to nie pomyłka. Po prostu działacze dodawali sobie liczbę widzów każdego meczu do siebie. Liczba widzów była oczywiście szacunkowa. Mało kto robił wtedy badania.

I badania telemetryczne mocno zmniejszyły widownię mundialu. W 2007 r. dziennikarze "The Independent" udowodnili, że FIFA ze swoją deklaracją "miliarda" widzów finału mundialu w Niemczech "pomyliła" się o ponad 700 milionów.

Nie zraziło to jednak światowych działaczy piłkarskich. Do dziś w świat idzie komunikat, że finał mundialu oglądało ponad miliard widzów. Nikt nie zwraca uwagi na fakt, że ta liczba opiera się w dużym stopniu na "założeniach", a nie badaniach. I że ta liczba to nie jest ogólnie przyjęta w podawaniu wyników badań średnia oglądalność, ale liczba widzów, którzy mieli kontakt z transmisją, a nawet z retransmisją. I tak naprawdę prawdziwa oglądalność finału mundialu na żywo to 516 milionów widzów. Oczywiście tylko w części oparta na badaniach, a w części na założeniach.

Ale nie ma co odbierać piłkarskim mistrzostwom świata ich wyjątkowości. To naprawdę wydarzenie unikatowe w skali świata, jeśli chodzi o zainteresowanie. Niedościgniony numer jeden. Tylko po co wprowadzać kibiców w błąd? Potem wypisują oni na przykład, że finał mundialu ogląda 10 razy więcej ludzi niż np. Super Bowl i w ten sposób dają świadectwo, że nie mają pojęcia, o czym piszą.

Gigantyczny sukces Bundesligi okazał się rozczarowaniem

FIFA to jednak nic. Gorzej jest z tzw. ligami piłkarskimi. Tam machina propagandowa jest jeszcze sprawniejsza. Tym bardziej że wśród dziennikarzy sportowych jest mnóstwo kibiców piłkarskich i bardzo chętnie powtarzają komunikaty w stylu: "mecze Premier League ogląda ponad miliard widzów", albo "El Clasico zgromadzi 650 milionów widzów na całym świecie", a "derby Mediolanu może obejrzeć 826 milionów widzów". Nikt nie docieka, skąd się wzięła taka czy inna liczba. Dziennikarze piłkarscy nie zwracają uwagi, jaka jest różnica między potencjalną a rzeczywistą widownią; między skumulowaną a średnią oglądalnością. Powtarzają propagandowy przekaz i to jeszcze niedokładnie, a potem gigantyczny sukces Bundesligi uważają za rozczarowanie.

Takie głosy usłyszałem, gdy okazało się, że pierwszy mecz po wznowieniu rozgrywek Bundesligi miał tylko: 577 tys. widzów w Wielkiej Brytanii (licząc trzy transmisje o tej samej porze na trzech kanałach), 155 tys. we Włoszech, 300 tys. w Holandii, 162 tys. widzów Hiszpanii, 400 tys. w USA i 194 tys. w Polsce. Nikt nie zwraca uwagi, że to są liczby rekordowe, nie licząc Polski. W Anglii transmisja pobiła średnią z sezonu 34 razy, a w USA - siedem i pół raza.

Tak naprawdę powrót Bundesligi okazał się gigantycznym sukcesem, jeśli chodzi o oglądalność na świecie. Choć liczba widzów w sumie wyniesie kilka milionów, a nie kilka miliardów. Rummenigge ze swoją wróżbą przestrzelił co najmniej 500 razy.

Niestety, sukces może okazać się krótkotrwały. W niedzielę liczby mocno spadły. Spotkanie Union Berlin - Bayern oglądało w Wielkiej Brytanii 194 tys. widzów, Holandii 94 tys., we Włoszech 111 tys., a w Hiszpanii tylko 66 tys. Jedynie Polska z liczbą 211 tys. była wyjątkiem. Ale to i tak są dużo wyższe liczby widzów, niż Bundesliga miała przed pandemią. Z wyjątkiem Polski, która w przypadku meczów Bayernu jest europejskim liderem oglądalności. Oczywiście nie licząc Niemiec.

Piłka nożna jako taka mało kogo obchodzi

Wielkości te pokazują według mnie jeszcze coś innego. Tzw. kibic piłki nożnej, czyli wielbiciel tej dyscypliny sportu, to margines wobec tych, którzy są kibicami poszczególnych klubów czy drużyn narodowych, a sama piłka jako sport ich mało interesuje. To widać szczególnie po wynikach oglądalności w takich krajach jak Hiszpania czy Włochy, o których jesteśmy przekonani, że "kochają piłkę nożną". To chyba jednak fałszywy obraz. Oni kochają po prostu swoje drużyny i swoich piłkarzy.

Jeśli kogoś nie przekonuje, że propagandowe miliardy z oświadczenia Rummenigge mogą być jednak w jakimś sensie realne, to proponuję, niech spróbuje odpowiedzieć na pytanie: jak to możliwe, że koszykarska liga NBA ma rocznie większe przychody niż cały profesjonalny futbol niemiecki (licząc obie Bundesligi i reprezentacje narodowe)?

NBA w USA rywalizuje o trzecie miejsce pod względem popularności z baseballową MLB (jest za NFL i rozgrywkami akademickimi w futbolu amerykańskim). W dodatku doskonale wiemy, że mecze NBA na ogólnokrajowej antenie oglądało w ubiegłym sezonie średnio 1,2 mln widzów, a 90 proc. wpływów ta liga czerpie z rynku amerykańskiego. I ta właśnie liga NBA licząca 30 zespołów ma rocznie większe przychody niż cały profesjonalny futbol niemiecki, który jest hołubiony przez sponsorów, polityków i będący oczkiem w głowie całego narodu. Jak to możliwe?

Może prezydent Bayernu zamiast rojeń o miliardach na świecie zająłby się najpierw zdobyciem dla Bundesligi większej części Niemiec?

Przeczytaj także: