Niech już powstanie ta piłkarska Superliga. Może być wybawieniem dla polskiej piłki

W piłce nożnej jest jak w realnej gospodarce. Istnieje podział pracy. Jedne kraje produkują wysokiej klasy produkty, a inne dostarczają tylko podzespoły i konsumentów tym pierwszym. I tylko wojna może to zmienić.

Oczywiście nie musi to być zaraz wojna ze strzelaniem i bombardowaniem. Może być handlowa, jak ta obecna między USA i Chinami, gdy waszyngtońskie elity zdały sobie sprawę, że dalsze utrzymywanie status quo podkopie pozycję Stanów Zjednoczonych jako jedynego supermocarstwa na świecie.

Zobacz wideo Mioduski mówi, za ile sprzedałby Michała Karbownika

Pięć mocarstw piłkarskich

W piłce nożnej supermocarstwa nie ma, ale jest pięć mocarstw: Anglia, Niemcy, Włochy, Hiszpania i Francja. Zgodnie współpracują, z roku na rok powiększając swoją przewagę nad resztą kontynentu, z którego wysysają talenty, pieniądze i zainteresowanie kibiców. Pisałem o tym cztery tygodnie temu.

Oczywiście ta przewaga finansowa ma swoje odbicie na boisku. Tylko od czasu do czasu drużynom spoza wielkiej piątki udaje się wejść do fazy pucharowej, a nawet jeśli ktoś w niej zaistnieje na dłużej - jak Ajax Amsterdam w ubiegłym roku - to szybko zostaje sprowadzony na ziemię. Drużynę, która grała w ubiegłym sezonie w półfinale, rozkupili bogatsi rywale. Owszem Ajax mógłby zainwestować we wzmocnienia grube miliony zarobione na transferach i zwycięstwach w Lidze Mistrzów, ale wobec długów klubu przekraczających 150 mln euro byłby to czysty hazard. Holendrom pozostaje więc budowanie drużyny od podstaw w nadziei, że może kiedyś znów się uda.

A niekoniecznie musi się udać, bo najbogatsi mają kolejny pomysł, aby stać się jeszcze bogatsi. Jak elity waszyngtońskie postanowiły wysadzić w powietrze obowiązujące dotąd zasady wolnego handlu, tak elity piłkarskie postanowiły rozmontować Ligę Mistrzów. Stąd pomysły na Superligę. Najbogatsi chcą być jeszcze bogatsi.

Nierówny podział bogactwa

Jak wynik z ostatniego raportu UEFA o finansach w europejskich klubach 30 najbogatszych drużyn zgarnia prawie 50 procent przychodów całego europejskiego rynku. Inaczej mówiąc, cztery procent najbogatszych zarabia niemal tyle, ile 96 procent trochę mniej zamożnych i całkiem ubogich, jeśli liczyć wszystkie 712 drużyny w europejskich ekstraklasach. A co jeszcze ciekawsze pierwsza dwudziestka bogaczy powiększyła swoje dochody w ostatnim roku (dane za sezon 2017/18), a trzecia dziesiątka pomniejszyła.

I właśnie ta elita doszła do wniosku, że obecny system wciąż daje jej za mało. Stąd pomysł z Superligą. Największymi jego orędownikami są szefowie Realu Madryt i Juventusu Turyn,

Nie wiadomo jeszcze, jak będą te nowe rozgrywki wyglądać, ale z grubsza już znamy ich założenia. Po pierwsze: elita ma być stała - największe kluby nie będą mogły z niej wypaść i tułać się po ligach Europy jak teraz Manchester United, czy w ogóle wypaść z pucharów jak Milan. Po drugie: meczów między najlepszymi ma być więcej niż w obecnej Lidze Mistrzów.

Katastrofa dla klasy średniej

Oczywiście dla reszty kontynentu - poza stałą elitą - nowe rozgrywki oznaczałyby gwałtowną pauperyzację. Żeby zrobić miejsce dla Superligi, krajowe ligi musiałby okroić swoje. W dodatku najlepsze kluby mogłyby grać na krajowym podwórku na pół gwizdka, bo priorytetem byłaby Superliga. Javier Tebas - do niedawna szef ligi hiszpańskiej - straszy, że po wprowadzeniu Superligi kluby w jego kraju straciłyby kilkaset milionów euro rocznie tylko z tytułu sprzedaży praw telewizyjnych.

Superliga wysadziłaby też w powietrze obecny system rozgrywek europejskich. Mniejsze kraje, które czerpią z nich znaczny procent swoich przychodów, mocno by przy tym ucierpiały.

Nasze kluby nienachalnie sięgają do tego źródła, wcześnie odpadając w eliminacjach Ligi Europy czy Ligi Mistrzów. Według raportu UEFA w sezonie 2017/18 z ogólnych dochodów całej ekstraklasy (125 mln euro) zaledwie pięć procent (nico ponad 6 mln euro) stanowiły wpływy za udział w rozgrywkach europejskich. Pod tym względem ekstraklasa jest najgorsza na całym kontynencie. Dla klubów ukraińskich przychody z UEFA to 69 proc. (76 mln euro) wszystkich dochodów; dla greckich - 32 proc. (43 mln), a czeskich - 24 proc. (19,5 mln). Widać z tego, kto straciłby najwięcej, gdyby Superliga rozmontowała system europejskich pucharów.

Szansa dla ekstraklasy?

Ekstraklasa wcale nie musiałaby źle wyjść na Superlidze. Owszem mistrz Polski nie grałby w elitarnych rozgrywkach, ale teraz też ma niewielkie szanse. Zwiększyłyby się za to możliwości finansowe polskich klubów. Co prawda nie nominalnie, ale relatywnie. Wyjazdy do europejskich średniaków nie byłby już tak atrakcyjne dla młodych polskich piłkarzy, bo kluby spoza Superligi byłby znacznie uboższe niż teraz. Młodym zawodnikom bardziej opłacałoby się rozwijać kariery w Polsce. Trenerzy mieliby większy komfort pracy, bo mniejsze byłyby rotacje w kadrze. Dałoby to szanse na podniesienie poziomu gry, a co za tym idzie przyciągnięcie większej liczby kibiców na trybuny.

To oczywiście tylko ogólna wizja, ale może warto rozważyć ją głębiej. Obecny model europejski z ustalonym podziałem pracy, w którym jako kraj jesteśmy dostarczycielem piłkarskich półproduktów i konsumentów dla wielkiej piątki, nie daje żadnych nadziei na rozwój polskich klubów. Dojrzały piłkarski biznes polega bowiem na sprzedaży biletów na mecze i praw do transmisji telewizyjnych, a handel piłkarzami powinien być tylko dodatkiem.