Mecz amatorów, który jest więcej wart niż El Clasico i hity Premier League

W nocy z poniedziałku na wtorek w Nowym Orleanie futboliści LSU Tigers pokonali 52:25 Clemson Tigers i zostali mistrzami ligi uniwersyteckiej - rozgrywek, które pod względem popularności ustępują w USA tylko lidze NFL.

Kiedrosport autorstwa dziennikarza Sport.pl Michała Kiedrowskiego to cykl tekstów o sporcie, jego okolicach i dyscyplinach, o których rzadko można przeczytać w polskim internecie. Co wtorek o 19 na Sport.pl i Gazeta.pl.

Na stadionie Mercedes-Benz Superdome zgromadziło się 77 tys. widzów. Przed ekranami dziesiątki milionów. Mecz pokazywany był w kablowej ESPN, która za prawa telewizyjne do play off ligi uniwersyteckiej płaci 470 mln dolarów za sezon. Sam mecz finałowy jest dla tej stacji wart - jak obliczają eksperci - jakieś 180 mln dolarów. Jeśli chodzi o finanse to medialne wydarzenie kilkakrotnie bardziej lukratywne niż El Clasico między Realem i Barceloną, czy jakieś hity Premier League.

Narodziny gwiazdy futbolu

LSU Tigers - drużynę Uniwersytetu Stanowego Luizjany - poprowadził do zwycięstwa Joe Burrow. Rozgrywający, który w tym roku zamierza przejść na zawodowstwo, był autorem wszystkich sześciu przyłożeń swojej drużyny. Pięć razy skutecznie podał do swoich partnerów, którzy wbiegli na pole punktowe rywali, raz sam zaniósł tam piłkę.

Teraz 23-letni zawodnik uważany jest za faworyta do wyboru z nr 1 w drafcie do NFL, który odbędzie się w kwietniu. Burrow przekonał fachowców nie tylko świetnym występem w finale. Wcześniej zdobył Heisman Trophy dla najlepszego zawodnika ligi uniwersyteckiej. Pobił też rekord wszech czasów, jeśli chodzi o liczbę przyłożeń w jednym sezonie (60).

Gdyby naprawdę Burrow został nr 1 w drafcie, to trafi do Cincinnati Bengals, obecnie najgorszej drużyny NFL. Co wcale nie musi okazać się złą opcją dla niego. Peyton Manning czy Cam Newton też trafiali do najgorszej w danym sezonie drużyny NFL i obaj wygrali potem z tym samym zespołem Super Bowl.

Tym razem mistrz jest tylko jeden

LSU Tigers zdobyli tytuł mistrza kraju po raz czwarty. Ale właściwie po raz pierwszy w sposób niekwestionowany. Zdarza się bowiem, że mistrzów w jednym roku jest więcej niż jeden. I to nawet, gdy tytuł rozstrzygany jest w finałowym meczu. Wszystko przez umowny sposób wyłaniania uczestników play off.

W tym roku LSU wygrali wszystkie piętnaście meczów w sezonie. Żaden inny zespół z najwyższej klasy rozgrywkowej - liczącej 130 zespołów - nie może ogłosić się mistrzem. Brzmi dziwnie? Dla nas tak, ale w USA już nie tak bardzo.

Nie tak dawno, bo w 2018 r. tytuł zdobyli Alabama Crimson Tide, którzy w finale pokonali Georgia Bulldogs, ale mistrzem kraju ogłosiła się także drużyna UCF Knights z Uniwersytetu Stanowego Środowej Florydy, którzy przez cały sezon byli niepokonani. Jej aspiracje potwierdził gubernator Florydy Rick Scott, który wydał specjalny dekret, według którego na terenie jego stanu mistrzem kraju będzie uznawany zespół UCF Knights. Dekret zawierał szczegółowe uzasadnienia. Generalnie chodziło o to, że "Rycerze" pokonali w sezonie Auburn Tigers, którzy z kolei wygrali później i z Alabama Crimson Tide i Georgia Bulldogs.

Komitet ważniejszy od wyników

UCF Knights nie mogli zdobyć tytułu na boisku, bo nie zostali nominowani do play off. Co roku o tym, które cztery zespoły wystąpią w meczach o tytuł, decyduje specjalny - trzynastoosobowy komitet. Jego członkowie wybierani są na trzyletnie kadencje. Są to głównie byli lub aktualni dyrektorzy sportowi lub trenerzy ze szkół tworzących najwyższą dywizję NCAA. W swoim wyborze drużyn do play off kierują się oni bilansem zwycięstw i porażek zespołów, siłą przeciwników z którymi drużyny się mierzyły, zaawansowanymi danymi statystycznymi itd.

Wybór nierzadko jest kontrowersyjny. Zawsze największe szanse na dopuszczenie do play off mają drużyny z pięciu najsilniejszych konferencji (inaczej mówiąc wewnętrznych lig NCAA): ACC, Big Ten, Big 12, Pac-12 i SEC. Występujący w uznawanej za słabszą American Athletic Conference zespół UCF Knights nie miał szans na uwzględnienie w czołówce rankingu.

Amatorzy zarabiają grube miliony

Ostatecznie jednak aspiracje UCF Kingths zostały uznane przez NCAA i zespół może uważać się za mistrza kraju również poza Florydą.

Ale już samo zaangażowanie gubernatora pokazuje, jak poważnie traktowane są rozgrywki futbolu uniwersyteckiego w USA. Z naszej perspektywy wygląda to dziwnie, bo przecież liga NCAA nie dość, że jest amatorska, to jeszcze młodzieżowa, bo najstarsi w niej zawodnicy mają przeważnie nie więcej niż 23 lata.

Ale kibicowanie drużyną uniwersyteckim ma w USA długoletnią tradycję. Dłuższą niż fascynacja zawodowym futbolem. I niejedna drużyna akademicka przynosi swoje Alma Mater ogromne dochody. Rekordzistami są Texas A&M i Uniwersytet Teksański w Austin, którym drużyny futbolowe dają 147 mln dolarów rocznie. Na pierwszy rzut oka to przychód na poziomie najgorszego pod tym względem zespołu Premier League. Tyle tylko, że drużyny NCAA rozgrywają tylko 13-15 spotkań w sezonie W przeliczeniu na jeden mecz Texas Longhorns osiągają lepsze przychody niż Manchester City czy PSG, choć nie dotują ich szejkowie. To samo jeśli chodzi o wynik finansowy. W ubiegłym roku 25 czołowych zespołów futbolowych NCAA przyniosło swoim właścicielom zysk 1,5 miliarda dolarów. Właściciele piłkarskich klubów zawodowych o takim bilansie mogą tylko pomarzyć.