Kuriozum wszech czasów. Roczny kontrakt wypłacany przez 25 lat

1 lipca niektórzy dziennikarze w USA nazywają "Bobby Bonilla Day". Tego dnia bowiem co roku New York Mets przelewają 1,193 mln dolarów na konto swojego byłego gracza, który w baseball nie gra już od 19 lat. I będą to robić aż do 2035 roku.

Kiedrosport autorstwa dziennikarza Sport.pl Michała Kiedrowskiego to cykl tekstów o sporcie, jego okolicach i dyscyplinach, o których rzadko można przeczytać w polskim internecie. Co wtorek o 19:00 na Sport.pl i Gazeta.pl.

Bobby Bonilla zawodowym graczem w baseballa był przez 16 lat. Karierę skończył w 2001 r. Był jedną z gwiazd ligi MLB. Grał w meczach All Stars, dostawał nagrody za indywidualne osiągnięcia, a w 1997 r. wygrał w barwach Florida Marlins World Series - finał rozgrywek. Od 1992 do 1994 r. był najlepiej opłacanym zawodnikiem ligi i najlepiej zarabiającym sportowcem w grach zespołowych na świecie. Dostawał 6 mln dolarów za sezon. Dziś jego nazwisko znana jest przede wszystkim nie z powodu niemałych sportowych osiągnięć, ale z racji niezwykłej umowy, jaką podpisali z nim New York Mets w 2000 r.

W 2000 r. Bonilla miał jeszcze rok ważny kontrakt z New York Mets - 5,9 mln dolarów za sezon. Zespół chciał się go jednak pozbyć i zrobić miejsce w drużynie bardziej perspektywicznym graczom. Transfer nie wchodził w grę. Bonilla za dużo zarabiał. Nikt nie chciałby przejąć jego pensji. W dodatku sezon 1999 r. był dla Bonilli fatalny. Szefowie klubu zdecydowali się na inny manewr. Rozwiązanie zaproponował Dennis Gilbert, agent zawodnika, który równocześnie był wtedy agentem ubezpieczeniowym. Klub miał niejako ubezpieczyć pensję zawodnika i obiecał, że kapitał 5,9 mln dolarów będzie u nich rósł 8 procent rocznie. Ustalono też, że klub wypłaci zawodnikowi kwotę powiększoną o odsetki w 25 ratach od 1 lipca 2011. Zamiast 5,9 mln dolarów zawodnik miał dostać 29,8 mln. Dla zawodnika umowa był bardzo atrakcyjna. Co na tym zyskiwał klub?

To tylko spekulacje, których nikt nie potwierdził, ale brzmią one bardzo prawdopodobnie. Otóż Fred Wilpon - właściciel Mets - miał bardzo bliskie relacje z niejakim Bernardem L. Madoffem, którego fundusze inwestycyjne przynosiły krociowe zyski. Szef baseballowego klubu wierzył, że oddając pieniądze z kontraktu Bonilli na fundusz Madoffa zarobi nie osiem procent, ale dużo więcej.

Jak obliczył dziennikarz Darren Rovell z ESPN, przypominając o tej sprawie przed rokiem, pieniądze Bonilli mogłyby przez cały okres inwestycji urosnąć u Madoffa do 49 mln dolarów. Tyle tylko, że Madoff okazał się oszustem. Jego fundusze były piramidą finansową, a zyski przez nie osiągane fikcyjne. W grudniu 2008 r. finansista został aresztowany, a pół roku później skazany na 150 lat więzienia. Poszkodowanych zostało 35 tysięcy inwestorów, którzy mieli stracić 65 miliardów dolarów.

Wśród poszkodowanych znalazła się również rodzina Wilponów. Mówiło się, że właściciele Mets stracili na piramidzie finansowej nawet 700 mln dolarów. Potem okazało się, że co najmniej połowę mniej. Najbardziej bolesne mogły okazać się oskarżenia, że wiedzieli o oszustwach Madoffa i mimo to wciąż naganiali mu klientów. Sąd jednak nie znalazł na to dowodów. Właściciele Mets zostali uznani za takie same ofiary Madoffa jak inni.

Straty finansowe spowodowane przed Madoffa miały jednak wpływ również na klub. Między innymi z tego bierze się popularność "Bobby Bonilla Day". Ponad połowa zawodników Mets zarabia dziś mniej niż Bonilla dostaje w wyniku umowy podpisanej 19 lat temu.

Ale jest też drugi powód, dlaczego Mets woleli płacić Bonilli w tak kuriozalny sposób. W tym samym 2000 r. pozyskali za 5,75 mln dolarów miotacza Mike'a Hamptona. 15 zwycięstw, które dał im ten zawodnik, pomogły zespołowi wygrać National League i zagrać w World Series, gdzie przegrali z New York Yankees 1:4.

Zawodników, którzy dostają pieniądze długo po zakończeniu kariery jest w MLB znacznie więcej. Na przykład Manny Ramirez ma umowę z Boston Red Sox, dzięki której dostaje dwa miliony dolarów rocznie do 2027 r. Karierę skończył w 2011 r. Podobnie jest z Princem Fielderem, który zarobi przez następne cztery lata 96 mln dolarów, choć na boisku palcem nie kiwnie. Wszystkie te przypadki są jednak inne niż kontrakt Bonilli, bo wynikają z kontuzji i podobnych przypadków, które nie pozwalają wypełnić zawodnikowi wcześniej podpisanego długoletniego kontraktu. A że związek graczy MLB wynegocjował z właścicielami klubów zobowiązanie, że każdy kontrakt w lidze jest gwarantowany, to na listach płac wciąż widnieją nazwiska graczy sprzed lat.