Otylia: dałam sobie kopniaka

Otylia Jędrzejczak przed mistrzostwami świata w pływaniu: - Myślałam nad odstawieniem pływania w tym roku, ale później chciałabym je pewnie odstawić również w przyszłym i w następnym. I bym się nie pozbierała. Więc lepiej dać sobie kopniaka i ruszyć do przodu. I takiego kopniaka dałam sobie w styczniu.

Aż 17 zawodników odleciało w czwartek z Warszawy do Montrealu na rozpoczynające się w niedzielę mistrzostwa świata. To najliczniejsza reprezentacja w historii PZP, ale główny trener Paweł Słomiński uważa, że to o niczym nie świadczy, a zwłaszcza o szansach na sukces. Kilka innych rzeczy też zdarzyło się po raz pierwszy:

- pływaków żegnano kolacją przy świecach w ekskluzywnym Marriott Courtyard;

- przed najważniejszą imprezą sezonu główny trener powiedział, że jego gwiazdy mają lub miały wielkie kłopoty z motywacją do pracy.

Był bowiem moment, kiedy Otylia Jędrzejczak - złota (200 m delfinem) i dwukrotnie srebrna medalistka (100 m delfinem i 400 kraulem) z igrzysk w Atenach - nie mogła zmusić się do powrotu, odkładała go, a jak już wróciła, bardzo wolno się rozkręcała. Na mistrzostwach Polski pływała dużo gorzej, niż wynoszą jej rekordy życiowe. Paweł Korzeniowski - jako debiutant w Atenach zajął czwarte miejsce na 200 m delfinem - miał podobne problemy. Słomiński podkreśla jednak, że obie gwiazdy nie mają problemów z pracą, gdy wielką imprezę czuć już pod palcami. Wtedy pływają, aż furczy.

Radosław Leniarski: Z jakimi nadziejami jedzie Pani do Montrealu?

Otylia Jędrzejczak: Nie chcę mówić o szansach. Nigdy tego nie robię. W moim motylku sytuacja jest stabilna. Wiem, że będę się ścigać z Węgierką Evą Risztov, Japonką Yuko Nakanishi, Amerykanką Mary DeScenzą. Te dziewczyny pływają na stałym poziomie 2 min 8 s - 2 min 10 s. Bardzo rzadko poniżej. Ja mam nadzieję popłynąć około 2 min 7 s.

Zostały nam dwa tygodnie odpoczynku, treningi będą lżejsze, złapiemy trochę szybkości. Teraz jestem podmęczona, mieliśmy ciężkie zgrupowania, sporo przelotów. I znów zmiana klimatyczna i czasowa. Do tego mam problemy z uszami - dużo by o tym gadać - ale myślę, że jakoś to wszystko przetrzymam. Jestem dobrej myśli.

Mówi się, że mistrzowi ciąży złoto, że startuje pod presją, bo jest faworytem i wszystkie oczy na nim spoczywają. Pani czuje taką presję?

- Staram się nie czuć. Chciałbym myśleć tylko o tym, żeby sprawdzić się po długiej, półrocznej przerwie. Cieszę się, że poradziłam sobie z lekką nadwagą, cieszę się, że zmobilizowałam się do mocnego treningu. Przez ostatnie cztery tygodnie wykonałam pracę, o jakiej jeszcze niedawno nie sądziłam, że będę w stanie ją wykonać.

Był taki moment wiosną tego roku, kiedy kibice w Polsce byli naprawdę mocno zaniepokojeni. Wyniki ponad 10 s gorsze od rekordów życiowych, kłopoty z motywacją do powrotu do ciężkiego treningu. Kiedy to się zmieniło?

- Bałam się wtedy, że nie uzyskam kwalifikacji na MŚ, ale bardzo zaskoczył mnie start w mityngu w Canet en Roussilion we Francji, gdzie popłynęłam 2.07,90, co jest do tej pory najlepszym czasem na świecie na 200 m st. motylkowym. Tymczasem my wcześniej mieliśmy bardzo ciężkie treningi. A do tego w Canet en Roussilion naprawdę zaskakujący był rozkład tempa [druga setka była szybsza niż pierwsza, a ostatnie 50 m najszybsze - red.].

Tam startowała moja dobra znajoma Dunka Mette Jakobsen. Powiedziałam jej, że najpierw płynę tak jak ona, a potem swoim tempem. No i okazało się, że popłynęłam szybciej sama, podczas tej drugiej setki. Nie wiem jakim cudem. I to jest dla mnie nadzieja, gdy myślę o mistrzostwach świata.

Wcześniej miała Pani chwile zawahania, czy nie odpuścić tego sezonu?

- Zastanawiałem się nad tym. Robią tak różni zawodnicy, np. Inge de Bruijn. I wracają, więc nie byłoby tragedii. Z drugiej strony - myślałam - jak odstawiłabym pływanie w tym roku, to później chciałabym je odstawić również w przyszłym i w następnym. I bym się nie pozbierała. Więc lepiej dać sobie kopniaka i ruszyć do przodu. I takiego kopniaka dałam sobie w styczniu, kiedy pojechałam na pierwsze zgrupowanie. Uznaliśmy z trenerem, że od tego czasu - wyjąwszy choroby - pracowałam przyzwoicie.

Drugi zastrzyk mobilizacji dostałam, gdy uzyskałam minimum na MŚ. Wiedziałam, że mogę w spokoju szykować się do wyjazdu do Montrealu. Zmieniło się wtedy moje podejście do treningu i zmienił się trening.

I trenowała Pani z takim samym zaangażowaniem jak przed igrzyskami w Atenach?

- Na pewno z dużym zaangażowaniem, ale inaczej, bo nie można porównać tych dwóch imprez. Na igrzyska sportowiec patrzy z zawziętymi oczami. Chce wszystko sobie udowodnić. Teraz też chcę coś sobie udowodnić, ale coś innego - że jestem w stanie popłynąć szybko, że nie zniknęłam. Wróciłam nawet do czegoś, co robiłam kiedyś z tatą - brzuszki i pompki - aby poprawić figurę. A to jest naprawdę dużo.

Po pół roku przerwy będzie mi bardzo ciężko wygrać, ale dam z siebie wszystko. Będę starać się nie zawieść kibiców i tych, którzy we mnie wierzą. A jak nie wygram, to jest uniwersjada, jest przyszły rok i następny - aż do igrzysk w Pekinie w 2008 r.

Liczyłam na to, że zdołam się przygotować do stylu dowolnego, do startu na 200 m. Ale 200 kraulem i 200 delfinem nie da się pogodzić na MŚ, bo między startami jest dziesięć minut przerwy. Możliwości startu przy takiej przerwie sprawdzałam wiele razy, również na igrzyskach. Spróbuję to zrobić na uniwersjadzie.