Walka o przetrwanie byłej Polfy

W każdej chwili może być koniec zabawy w sport. A wtedy 120 chłopaków straci wielką pasję. I co zrobią? Lepsi, starsi, może znajdą inny klub. A reszta rozejdzie się po dzielnicy "szukać innych wrażeń". Szkoda by było.

Białołęka nie wymięka" - głosi transparent 10-letnich kibiców drużyny żaków Stowarzyszenia Sportowego "Białołęka". Bo na Białołęce jest świetny mały klub. Jedyny piłkarski na Białołęce i Tarchominie. Przez lata nazywał się Polfa, ale słynny zakład farmaceutyczny nie chce mieć już z nim nic wspólnego. Najchętniej pozbyłby się terenów, na razie pozwala jednak egzystować futbolowym fanatykom. Takim jak trener Marek Papszun, człowiek-orkiestra, do którego garną się zawodnicy i ich rodzice. Zachwyceni atmosferą w klubie, pasją szkoleniowców, wynikami zupełnie nieadekwatnymi do organizacyjnej mizerii (juniorzy wywalczyli wicemistrzostwo Mazowsza, a wszystkie drużyny młodzieżowe awansowały do wyższych lig), postanowili ratować klub. Ale bez pomocy miasta długo nie wytrwa.

Czarne chmury

- Jesteśmy spadkobiercą Polfy Tarchomin, a wcześniej Farmacji Tarchomin, która grała kiedyś nawet w III lidze. Ale dokładnie rok temu, 30 czerwca 2004 roku, Polfa odcięła się od finansowania klubu. Czyli - jak należało rozumieć - likwiduje go. W planie restrukturyzacji zakładu znalazła się sprzedaż terenów, na których leży klub i boisko - opowiada Papszun, wychowanek Polfy, a dziś nauczyciel wf. i historii w jednej z białołęckich szkół.

- Dla rodziców to był szok. Byłby to koniec wszystkiego. Szczęśliwie od pół roku istniało już Stowarzyszenie Sportowe "Białołęka", które założyliśmy z najprężniejszymi rodzicami, i to ono przejęło klub. Powstało, żeby szukać sponsorów dla Polfy i stwarzać chłopakom większe możliwości - mówi Papszun. - Nie wiedzieliśmy, że nad klubem zbierają się czarne chmury. Zakład o niczym nas nie informował, o wszystkim dowiedzieliśmy się z dnia na dzień. Ale chwała Bogu, że stowarzyszenie istniało, bo nie skrzyknęlibyśmy się w parę dni, raz, dwa, trzy. Przecież to długie sądowe procedury. A tu nagle okazało się, że musimy prowadzić działalność klubową. Zarząd jest złożony z rodziców, ludzi różnych zawodów, którzy nie mają pojęcia o funkcjonowaniu klubu. Wszystkiego musieliśmy się uczyć od zera, całej futbolowej biurokracji. Ale rodzice okazali się wyjątkowo zdeterminowani. I istniejemy. Tylko jak długo?

Na Polfę nie możemy powiedzieć złego słowa, i tak idą nam na rękę. Płacimy im za wynajem terenów 8 tys. miesięcznie, to jest mniej niż połowę stawki, bo ta wynosi 17,5 tys. Ale przy naszym systemie składkowym - 50 zł miesięcznie od zawodnika, a jeszcze pierwszy zespół płaci połowę - to poważne wydatki. A wyjazdy, sędziowie, utrzymanie boiska? Ja siadam społecznie na kosiarkę i koszę, a rodzice wożą dzieci na mecze swoimi samochodami, jak kto może po kilku. Na szczęście dostaliśmy od miasta dotację na wynajem boiska, ale tylko do 30 czerwca. A potem? Nie ma nas. Skąd weźmiemy we wrześniu, żeby zapłacić? - pyta trener.

Gminie niepotrzebni

- Obiekt jest piękny. Jak na warunki warszawskie czy nawet polskie przy małych inwestycjach można by tu stworzyć świetny ośrodek - rozmarza się Papszun. - To jedyny obiekt sportowy z pełnowymiarowym boiskiem na całą Białołękę, która liczy już 65 tys. mieszkańców. Czyli władzom dzielnicy najbardziej powinno zależeć na zachowaniu nas. Przykra to sprawa, ale z dzielnicy nie mamy żadnego wsparcia. Władze Białołęki tylko umywają ręce, że nie mają możliwości, bo miasto zarządza wszystkim. Ale jeśli tylko jest taka wola, możliwości zawsze się znajdą. Przecież my nie żądamy od nich pieniędzy. Ale nie ma żadnej współpracy. Mogliby np. organizować na naszych terenach festyny, przy których nasi chłopcy by pomogli. Byliśmy na spotkaniu z burmistrzem, ale nie kiwnął palcem. Poprzednia pani wiceburmistrz zaproponowała za to, że co najwyżej może nam ufundować jakieś puchary na turniej. Ręce opadają. Tak nas to złości, że rozważamy nawet zmianę nazwy stowarzyszenia. Bo z jakiej racji mamy promować gminę Białołęka, skoro czujemy się tu niechciani, niepotrzebni.

Gmina mogłaby chociaż wystosować jakieś pismo poparcia dla naszej działalności. Ale nie. A przecież powinni się cieszyć, że młodzież u nas wytraca energię. Mamy poczucie, że wykonujemy pracę za samorządowców. Chłopak ma u nas dzień w dzień tak zagospodarowany czas, że już nie pójdzie pod blok, piwa nie wypije, szyby nie wybije, nie ukradnie nic. Bo po naszych treningach nawet nie miałby siły. Zresztą uczymy tu innych postaw. Moi chłopcy nie mają czasu na głupoty, bo jeszcze się uczą. Z dumą mogę powiedzieć, że mamy kilku chłopaków ze średnią w gimnazjum 5,20, którzy na egzaminach do liceum podostawali 94 pkt.

- Na przykład w Piasecznie gmina zrozumiała, że lepiej wydać pieniądze na profilaktykę niż resocjalizację i naprawę szkód wyrządzonych przez szukającą wrażeń młodzież. Władze postawiły na sport, bo uznały, że to będzie korzystne dla społeczności. Po co wydawać na straż miejską, dodatkowe patrole, benzynę, walczyć z przestępczością, naprawiać zdemolowane przystanki? Toteż tamtejszy klub gra na boisku miejskim, a ratusz finansuje drużynę - opowiada trener.

Toteż Papszunowi marzy się, żeby władze miasta wykupiły od Polfy tereny i stowarzyszenie stało się klubem miejskim. - Od dawna wszelkie dokumenty są złożone w ratuszu, ale wszystko ślimaczy się strasznie, bo tyle departamentów musi wydać opinię. Niby klimat jest dobry. Szef stołecznego biura turystyki i sportu Artur Piłka pozytywnie zaopiniował projekt. Ale ostateczną decyzję musi podjąć prezydent Lech Kaczyński, a wiadomo, że jest obecnie zajęty poważniejszymi sprawami niż sport dzieci i młodzieży. Stąd nasz niepokój. Nie wiemy, czy dotrwamy do pozytywnej decyzji - mówi szkoleniowiec.

Wielka nobilitacja

Przy tej całej sytuacji mamy jeszcze jakość szkolenia. 120 chłopaków w pięciu drużynach. Pierwszy zespół seniorów, w 80 procentach złożony z juniorów, zajął w lidze okręgowej czwarte miejsce. To bardzo dobry wynik, bo nie mamy przecież takiej karty przetargowej jak Legia czy Polonia ani warunków treningowych jak Agrykola. Tam idą rzesze chłopaków. A do nas? - macha ręką Papszun.

- Juniorzy z rocznika 1988 wywalczyli wicemistrzostwo Mazowsza. Liczę, że to przyciągnie i fanatyków sponsorów, i chłopaków chętnych do grania. Rocznik 1990 zajął pierwsze miejsce i wszedł do ligi mazowieckiej, a rocznik 1992 drugie miejsce i gra baraż o ligę mazowiecką. Ale ja nie patrzę na wynik, tylko na to, żeby zbudować odpowiednią grupę. Na Zachodzie przecież drużyny chłopaków do 15. roku życia grają bez wyników, bez tabel. Liczy się przede wszystkim szkolenie. A w Polsce przede wszystkim liczy się wynik, rywalizacja i to w każdej kategorii wiekowej. Jest olbrzymie ciśnienie działaczy. Nie chcą zrozumieć, że chodzi o wyszkolenie zawodnika. Chcą sukcesów już. Po co? - mówi Papszun.

Wicemistrzostwo Mazowsza to nie jedyny sukces w tym sezonie. Dwóch juniorów Stowarzyszenia "Białołęka" pojechało ostatnio na testy do Amiki Wronki. - Tak, tak. Z tego naszego małego klubiku. Zajęliśmy drugie miejsce w zimowym ogólnopolskim turnieju juniorów. Ograliśmy właśnie Amikę, wyprzedziliśmy Polonię Warszawa, Sandecję Nowy Sącz, Górnika Łęczna, wszystkich, którzy wygrali swoje makroregiony. To była dla nas wielka nobilitacja. Bo to znaczy, że dobrze szkolimy młodzież. A to w Warszawie ewenement. Bo popatrzmy na warszawskie kluby. Gdzie jest Okęcie, Gwardia, Ursus? Żadnego nie ma nawet w trzeciej lidze. Hutnik ostatnio spadł już do piątej. Bo nie ma systemu szkolenia, nie ma zawodników. A u nas są. Szkoda byłoby to wszystko spieprzyć - podkreśla Papszun.