W Chorzowie nie ma nawet jedenastu ludzi, którzy chcieliby grać w rezerwach Ruchu!

W Chorzowie nie ma jedenastu chłopaków, którzy chcieliby grać w drużynie rezerwowej Ruchu! - To wstyd dla tak zasłużonego klubu, że druga drużyna jeździ na mecz w siedmioosobowym w składzie! To już lepiej nie jechać wcale... Ludzie wytykali nas palcami - nie kryje żalu szkoleniowiec rezerw Mirosław Jaworski.

Druga drużyna "niebieskich" zajmuje obecnie ostatnie miejsce w katowickiej w grupie II ligi okręgowej - w 23 spotkaniach zgromadziła zaledwie 7 pkt. Na ostatnie spotkanie do Strzemieszyc drugi zespół "niebieskich" pojechał w siódemkę! To minimalna, wymagana przez przepisy PZPN liczba piłkarzy, konieczna, by mecz mógł się rozstrzygnąć na boisku. Piłkarze Ruchu nie dotrwali do końcowego gwizdka. Spotkanie zakończyło się już w 43. min po tym, gdy czerwoną kartką za zagranie ręką w polu karnym został ukarany Tomasz Balul, który tym samym zdekompletował zespół. Zawodnicy Unii strzelili siódmą bramkę z rzutu karnego, a po chwili sędzia zakończył spotkanie.

- To wstyd dla tak zasłużonego klubu, że rezerwy jeżdżą na mecz w siedmioosobowym w składzie. To już lepiej nie jechać wcale. Ludzie wytykali nas palcami - nie kryje żalu Mirosław Jaworski, szkoleniowiec II drużyny.

Kłopoty rezerw zaczęły się wiosną. - Na początku nie było tak źle. Ze starej rezerwy miałem siedmiu chłopaków, do tego dochodziło siedmiu juniorów. Zawsze mogłem też liczyć na pomoc kilku piłkarzy z pierwszej drużyny [z Unią zagrali Rafał Franke, Tomasz Balul, Wojciech Musiał i Łukasz Adamski - przyp. red.]. Graliśmy przyzwoicie. Wygraliśmy z Górnikiem Jaworzno, przegraliśmy tylko 2:3 z liderem z Wesołej - opowiada Jaworski.

Po kilku kolejkach do klubu przyszło jednak pismo ze Śląskiego Związku Piłki Nożnej, który wytknął Ruchowi, że w drużynie rezerw grają zawodnicy "nieuprawnieni". Zespół od razu został ukarany trzema walkowerami, na weryfikację czekają kolejne spotkania. - Okazało się, że nie mogą grać juniorzy. Ktoś nie dopatrzył i zimą nie przekazał ich ze stowarzyszenia do spółki - tłumaczy trener.

Ostatecznie wyjaśniło się, że drużyna została przekazana, ale w akcie notarialnym zabrakło imiennej listy zawodników. - Ktoś się uparł na tę listę, a potem tej sprawy już się nie udało załatwić po myśli klubu - mówi Stanisław Gawenda, dyrektor chorzowskiego Ruchu.

- I tak jednego dnia straciłem pół drużyny. Część chłopaków, gdy dowiedziała się, że nie będzie mogła grać w meczach o punkty, przestała chodzić na treningi. Juniorzy zaczęli trenować w Wawelu Wirek, w Śląsku Tarnowskie Góry. Teraz zdarza się i tak, że mam na zajęciach trzech chłopaków! Co mam z nimi robić?! - żali się Jaworski.

Ruch II chce dokończyć rozgrywki i spaść do A-klasy (do końca sezonu pozostało sześć kolejek). Jeżeli zespół zrezygnuje z gry sam, będzie musiał jesienią rozpocząć rywalizację od klasy B.

- Liczyłem, że związek spojrzy na nas przychylniej. Niechby nas nawet karali tymi walkowerami, ale pozwolili grać juniorami. Dogralibyśmy sezon, a latem poukładaliśmy wszystko na nowo - mówi Jaworski. - Rozmawiałem z kim się da, ale tego nie da się zrobić. Musimy grać do końca - dodaje Gawenda.

W środę "niebieskich" czeka kolejne spotkanie - wyjazdowy mecz z Podlesianką Katowice. - Nawet nie chcę myśleć, z jakim składem i czy w ogóle pojedziemy - mówi Jaworski.

KOMENTARZ

O blat stolika!

To druga w krótkim okresie czasu kompromitacja działaczy Ruchu. Najpierw przełożyli obchody 85-lecia klubu, bo za późno przypomnieli sobie o przygotowaniu pamiątkowych odznak. Teraz właściwie unicestwili drużynę rezerwową, bo zapomnieli, żeby potwierdzić juniorów.

Mają pecha: niedbalstwo w takim klubie jak Ruch Chorzów, który jest ikoną śląskiego sportu, zawsze będzie zauważone, komentowane, krytykowane, wyśmiewane. Przykro to pisać, ale działacz odpowiedzialny za to niedopatrzenie powinien strzelić czołem o blat stolika w klubowej kawiarence. Bo co prawda od tych kompromitujących historii punktów pierwszej drużynie nie ubędzie, ale opinia idzie przecież w świat. W Strzemieszycach, Siemianowicach czy Brzozowicach (z którymi rywalizują w V lidze rezerwy "niebieskich") nazwa Ruch zawsze budziła szacunek. Teraz tamtejsi kibice zaśmiewają się w knajpach przy piwku i licytują, kto strzeli więcej goli tym z Chorzowa. Jeśli oni w ogóle wyjdą na boisko...

Paweł Czado

Kartka z kalendarza

Rezerwy Ruchu Chorzów osiągnęły więcej niż pierwsza drużyna niejednego klubu. W sezonie 1992/93 były rewelacją rozgrywek o Puchar Polski. Druga drużyna "niebieskich", grająca na co dzień w lidze okręgowej, dotarła aż do finału rozgrywek, po drodze pokonując aż 14 klubów, w tym I-ligowe Śląsk Wrocław i Olimpię Poznań. Zaczęła od zwycięstwa 3:0 z Wawelem Wirek (skład: Rogala - Paruzel, Christ, T. Fornalik, Podlas - Moska, Banaś, Rudek, Metera - Jaworek, Mizia). Skończyła na finałowym spotkaniu z GKS-em Katowice (23 czerwca 1993 r.) na Stadionie Śląskim, które obejrzało 12 tys. kibiców.

O sile drugiej drużyny Ruchu w tym meczu stanowili już zawodnicy z pierwszej drużyny ściągnięci do rezerw: Lech - P. Mosór, Wagner, T. Fornalik, Jendryczko - Probierz, Posiłek (Piecha), Śrutwa, Bednarz - Gilewicz, Dąbrowski. Chorzowianie przegrali dopiero po rzutach karnych (4:5) - zadecydowała obroniona przez Janusza Jojko jedenastka wykonywana przez Radosława Gilewicza.

23.06.1993 r., Ruch II Chorzów - GKS Katowice 1:1 (1:0, 1:1), bramki: Śrutwa - M. Janoszka

Kłopotliwe rezerwy

Rezerwy są nie tylko problemem dla Ruchu. Przed sezonem z powodu kłopotów finansowych z prowadzenia drugiej drużyny zrezygnował GKS Katowice, którego drugi zespół miał rywalizować w tej samej grupie ligi okręgowej co Ruch.