El. MŚ: Polska - Irlandia Płn. 1:0

Przez 87 minut zespół Janasa nie potrafił pokonać bramkarza twardych rywali z niższych lig angielskich. Wreszcie Maciej Żurawski wynagrodził trud kilkunastu tysięcy wierzących do samego końca kibiców.

Trzy minuty przed końcem Jerzy Dudek złapał piłkę i rzucił na połowę boiska. Pędzący Mirosław Szymkowiak minął rywala, wpadł w pole karne, ale choć Polacy mieli przewagę liczebną, dośrodkował za lekko i trafił w Irlandczyka. Część rozczarowanych po raz kolejny kibiców zakryła twarze, sądząc, że oto przepadła ostatnia szansa na zwycięstwo. Ale po rzucie rożnym Szymkowiak podał krótko do Jacka Krzynówka, ten zacentrował na głowę Żurawskiego, który trafił do siatki. Zdobył czwartego gola w czwartym meczu z Wyspiarzami w tych eliminacjach.

Stadion oszalał. Wyszarpane, wywalczone zostało to zwycięstwo. Choć długo nic na to szczęście nie wskazywało, także dlatego, że skład, jaki wystawił Paweł Janas, nie był dobry.

Trzy punkty, które daje strzał Żurawskiego, to największa zdobycz środowego wieczoru. O ile jednak da się mocno przeżywać mecze drużyny Janasa, to trudno je oglądać, delektując się futbolem. Polacy nie mają wypracowanych schematów, często podają, jakby robili sobie na złość. Gra nie jest płynna i sprawia wrażenie, że piłkarze liczą mniej na swoje umiejętności, a bardziej na szczęście, które w tych eliminacjach ich nie opuszcza. W środę też nie opuściło, ale przez całą pierwszą połowę widzieliśmy festiwal grzechów głównych polskiej piłki - chaotycznej i archaicznej.

A już stawianie na tak surowego technicznie piłkarza jak Radosław Kałużny (ze spadającego z II ligi niemieckiej Essen) to prawdziwy dramat naszego futbolu. Kałużny nie miał ani jednego udanego zagrania, a mimo to Janas trzymał go na boisku do 67. min. Gdy w końcu schodził, nawet bezgranicznie oddana tej drużynie publiczność nie potrafiła powstrzymać się od gwizdów. To chyba najlepszy komentarz do gry Kałużnego.

Wyspiarze mieli być groźniejsi niż Azerowie i byli. W pierwszej połowie nie podarowali Polakom żadnego prezentu. Gospodarze musieli liczyć na siebie i przez 45 minut stworzyli właściwie jedną okazję, ale strzał głową Żurawskiego z siedmiu metrów obronił bramkarz. Gdyby gracz Wisły zdecydował się odbić piłkę od ziemi, byłoby 1:0. Ale się nie zdecydował i Maik Taylor ją odbił.

Bartosz Karwan, druga oprócz Kałużnego zmiana w porównaniu z meczem z Azerami, też grał słabo. Aż zdenerwowani jego kiksami stołeczni kibice zaczęli się domagać Euzebiusza Smolarka. Bo o tym, że Kamil Kosowski usiądzie na rezerwie, było wiadomo, ale wydawało się, że Janas postawi na Smolarka (dobrze zagrał pół meczu w sobotę). Po Karwanie (ostatni raz grał w kadrze dwa lata temu z San Marino), który w klubie wraca do formy po kilku miesiącach przerwy spowodowanej kontuzją, widać było brak ogrania. Miał jedną dobrą sytuację - po jego zagraniu wzdłuż bramki piłkę na róg wybił irlandzki obrońca. To wszystko, co pokazał w pierwszej połowie. Jedynym argumentem za Karwanem było to, że fizycznie jest silniejszy od Smolarka.

Szymkowiak, który miał być liderem zespołu, nie potrafił uspokoić gry. Co więcej, wprowadzał coraz większą nerwowość. Największa gwiazda Krzynówek jest w słabszej formie, choć wciąż decyduje o grze zespołu.

Mecz Polakom się nie ułożył. A tego nie lubią. Nie strzelili gola szybko - tak jak w Belfaście Żurawski z rogu - i z każdą chwilą ich męczarnie były większe. Na dodatek w 45. min Rząsa zszedł na ramionach lekarza po brutalnym zagraniu Healy'ego. Okazało się, że ma stłuczony staw skokowy, ale na szczęście kości są całe.

Od początku drugiej części gry reprezentacja Polski ruszyła do ataku bardziej zdeterminowana. Słowa o zwycięstwie za wszelką cenę, które piłkarze powtarzali przed meczem, nie okazały się obietnicą bez pokrycia. Zielona zapora złożona z pięciu obrońców była jednak długo nie do sforsowania. Nadkomplet kibiców na Łazienkowskiej obgryzał paznokcie. W Wielką Sobotę zwycięstwo 8:0 z Azerami rozbudziło nadmierne oczekiwania. Na szczęście, nawet gdy nie starczało umiejętności, pozostawała wiara i determinacja. W 58. min w akcie desperacji i bezsilności Jacek Bąk spróbował z 45 m przelobować Taylora - piłka trafiła w poprzeczkę, ale irlandzki bramkarz kontrolował sytuację. Chwilę potem, po błędzie jednego z obrońców, Karwan strzelił z 16 m - lekko i w środek bramki.

Tuż po wejściu za Kałużnego Sebastian Mila był o krok od tego, by mieć asystę. Po znakomitym krótkim podaniu między obrońcami Frankowski był sam przed Taylorem, ale napastnik Wisły trafił piłką w bramkarza. To była pierwsza taka akcja Polaków w tym meczu! I ostatnia. I ostatnie tak dobre zagranie Mili.

Irlandczycy nie przebierali w środkach. Dostali pięć żółtych kartek, a ich kibice - niczym w NBA - krzyczeli "defense, defense". Pod koniec Polakom zaczęło brakować zimnej krwi - dwa razy aż się prosiło, by przerzucić piłkę na drugą stronę, ale piłkarze Janasa atakowali w myśl zasady "kupą, mości panowie". Do 87. min, kiedy kapitalnie piłkę ręką wyrzucił Dudek, a za kilkadziesiąt sekund można było zapomnieć o wszystkich nerwowych kiksach i przykrych chwilach.

Ostatni gwizdek szwedzkiego sędziego polscy piłkarze przyjęli z radością godną awansu do finałów MŚ. Od kibiców dostali owację na stojąco. Ale do awansu jeszcze trochę, co naj,mniej trzy kroki.

Polska - Irlandia Płn. 1:0 (0:0): Żurawski (86. z podania Krzynówka)

Składy:

POLSKA: Dudek - Baszczyński, Bąk, Kłos, Rząsa (45. Kiełbowicz) - Karwan (74. Rasiak), Szymkowiak, Kałużny (67. Mila Ż), Krzynówek - Żurawski, Frankowski.

IRLANDA PŁN.: Taylor - Baird Ż, Murdock Ż, Hughes, Capaldi - Gillespie, Whitley Ż, Davis, Williams (88. Elliott)- Quinn Ż (35. Fenney), Healy Ż (81. Smith).

SĘDZIA: Peter Froejdfeldt (Szwecja).

Inne mecze w grupie 6:

Austria - Walia 1:0 (0:0): Aufhauser (87.)

Anglia - Azerbejdżan 2:0 (0:0): Gerrard (51.), Beckham (62.)

Tabela: