Piłkarska I liga: Zagłębie Lubin - Odra Wodzisław 1:1

- Jeżeli mam przeżyć jeszcze 12 takich połówek w tej rundzie, jak pierwsza w Lubinie, to idę w poniedziałek kupić sobie trumnę - mówił po meczu roztrzęsiony trener Odry Franciszek Smuda. Zagłębie powinno było do przerwy prowadzić różnicą czterech-pięciu bramek, ale strzeliło tylko jedną. Przypadkowa akcja Odry dała jej remis

Już w 10. minucie lubinianie objęli prowadzenie. Czech Petr Pokorny zagrał lobem piłkę za plecy wodzisławskich obrońców, ci się zagapili i jak zareagowali było za późno. Łukasz Piszczek, były gracz Gwarka Zabrze, znalazł się sam przed Mariuszem Pawełkiem i również lobem zza pola karnego zdobył swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie.

To co działo się później w polu karnym wodzisławian aż trudno opisać. Odra spróbowała wyrównać straty i zostawiła sporo miejsca gospodarzom, którzy z łatwością dochodzili do sytuacji strzeleckich, ale seryjnie je marnowali. Sam Piszczek powinien zdobyć jeszcze trzy gole, doskonałych okazji nie wykorzystali również Grzegorz Niciński oraz Wojciech Łobodziński, bo fantastycznie w bramce naszej drużyny spisywał się Pawełek. W niektórych sytuacjach miał sporo szczęścia, bo rywale z kilku metrów trafiali prosto w niego, ale wykazał się też olbrzymimi umiejętnościami, wyciągając piłkę zmierzającą w okienko po strzale głową Pawła Strąka. Inna sprawa, że przynajmniej połowę z tych groźnych sytuacji stworzyli mu sami obrońcy. A to ktoś nie trafił w piłkę, innym razem trafił, ale podał pod nogi rywali albo nie zauważył, że za plecami czyha dwóch lubinian. Nic dziwnego, że trener Odry Franciszek Smuda wściekał się przy linii bocznej boiska.

Smuda odetchnął, a raczej złapał się za głowę już w doliczonym czasie pierwszej połowy. Bo nawet on nie był w stanie uwierzyć w to, że Odra doprowadziła do remisu. Zemściły się wszystkie pudła gospodarzy, a akcja była wręcz kuriozalna. Najpierw Andrzej Szczypkowski chciał już zakończyć pierwszą połowę, wybijając piłkę mocno na aut. Problem w tym, że piłka do autu nie doleciała i przejął ją zupełnie niepilnowany Jan Woś. Po jego dośrodkowaniu najpierw Strąk nie sięgnął piłki, a później Mateusz Żytko zagrał ją tak niefortunnie głową, że wystawił Jackowi Ziarkowskiemu. Ten nie mógł spudłować, a chwilę później sędzia zakończył pierwszą połowę.

W drugiej mecz był już nudny. Gospodarze atakowali, ale nic z tego nie wynikało. Nie mieli już takiej swobody, a wodzisławianie nie popełniali błędów. Aż do ostatniej minuty, w której po źle wykonanej pułapce offsajdowej aż trzech lubinian znalazło się przed Pawełkiem. Łobodziński nie widział, że ma za sobą jeszcze kolegów, więc uderzył z trudnej pozycji głową niecelnie. Poza tym Pawełek jedyne, czym się musiał martwić, to urazem kolana i niewiele brakowało, aby opuścił boisko.

- Jakby poprosił o zmianę, to nie wróciłby do domu. Mógłby tu zostać i zgłosić się do jakiejś drużyny kobiecej, bo podobno jest tu jakaś - żartował Smuda.

Lubinianie atakowali wolno i schematycznie, indywidualnymi akcjami próbował coś zdziałać Łobodziński, ale niewiele mu wychodziło. Nic nie wzniosły zmiany przeprowadzone przez Beseka.

Bramki:

Zagłębie: Piszczek (10, po podaniu Pokornego)

Odra: Ziarkowski (45+1, bez asysty)

Zagłębie: Madarić - Żytko, Strąk Ż, Pokorny Ż, Kalousek - Łobodziński, Szczypkowski Ż, Iwański (67. Pach), Jackiewicz (62. Murdza) - Niciński, Piszczek (74. Bartczak)

Odra: Pawełek Ż - Grzyb, Dymkowski, Stasiak, Popov - Woś, Malinowski (90. Drzymont), Kubisz (46. Zganiacz), Muszalik, Rocki - Ziarkowski (87. Szewczuk)

Widzów: 4 tys.

ZAGŁĘBIE - ODRA

GRACZ MECZU

Mariusz Pawełek (Odra)

Gdyby nie on, Zagłębie do przerwy powinno wygrywać różnicą pięciu bramek.

Zdaniem trenerów

Drażen Besek (Zagłębie): - Jedyne co można było zmienić w naszej grze to skuteczność, ale żaden trener nie jest w stanie nauczyć piłkarzy strzelania bramek. Przynajmniej ja takiego nie znam. Gdybyśmy wygrali różnicą czterech bramek, to wszyscy inaczej patrzyliby na ten mecz. Z naszej gry jestem zadowolony. Zabrakło jedynie skuteczności.

Franciszek Smuda (Odra): - Jeżeli mam przeżyć jeszcze 12 takich połówek w tej rundzie, jak pierwsza w Lubinie, to idę w poniedziałek kupić sobie trumnę. To było bowiem coś niemożliwego, co zawodnicy wyprawiali w defensywie. Przez 20 lat jestem trenerem, ale czegoś takiego nie przeżyłem. To nawet w Lidze Mistrzów tylu nerwów nie straciłem, niemal co wślizg to było wystawienie piłki rywalowi. Graliśmy takie "klepy" rywalom, jakich oni sami nie byli w stanie zrobić.