Rozmowa z Kazimierzem Wierzbickim, prezesem Prokomu Trefl Sopot

Dobra koszykówka uciekła z Wybrzeża 20 lat temu i nie byłem pewny, czy na każdym meczu Euroligi pojawi się komplet widzów. Nie wiedziałem, na ile kibice są z nami związani. Okazuje się jednak, że Trójmiasto kocha koszykówkę i potrzebuje jej - mówi prezes Prokomu Trefl Sopot Kazimierz Wierzbicki

Grzegorz Kubicki: Typując "Chwałę" 2004 roku w sporcie, postawiłem na mistrzostwo Polski Prokomu. Głównie dlatego, że pozwoliło ono drużynie na grę w elitarnej Eurolidze. A jak Pan odbiera prestiżowe mecze z najlepszymi drużynami Europy?

Kazimierz Wierzbicki: Nie będę mówił o meczach, ale o kibicach. Za każdym razem ogromne wrażenie robi na mnie fakt, że w hali Olivia pojawia się pięć tysięcy kibiców. Dziękuję im za to, bo oni również robią dużo dla koszykówki na Wybrzeżu. Nie ukrywam, że my też zrobiliśmy trochę dobrego, w końcu kibice przychodzą oglądać naszą drużynę, ale bez fanów sukcesy nie miałyby sensu. Dlatego pomijam wynik. Nasz największy sukces to kibice.

Nasi fani reprezentują wysoką kulturę. Może nie są tak głośni, jak kibice w Grecji czy Serbii, ale ich zachowanie jest wzorowe. Wiele miast w Europie może się tego uczyć. Nie ukrywam, że początkowo bałem się o frekwencję. Dobra koszykówka uciekła z Wybrzeża 20 lat temu i nie byłem pewny, czy na każdym meczu Euroligi pojawi się w hali komplet widzów. Zaczęliśmy dobrą koszykówkę budować od nowa, ale nadal jesteśmy młodym klubem i nie wiedziałem, jak dużą rzeszę fanów mamy. Nie wiedziałem, na ile są z nami związani. Okazuje się jednak, że Trójmiasto kocha koszykówkę, potrzebuje jej.

Gdyby przed sezonem miał Pan postawić symboliczne 10 zł na to, że wygracie cztery z pierwszych ośmiu meczów, wszedłby Pan w taki zakład?

- Postawiłbym znacznie więcej niż 10 zł. Choć przyznam szczerze, że nie spodziewałem się tak dobrego wyniku. Bilans spotkań 4-4 jest powyżej oczekiwań, liczyłem na dwa, może trzy zwycięstwa. Zwłaszcza, że układ gier w pierwszej rundzie był niekorzystny. Najlepsze zespoły przyjeżdżały do nas, my musieliśmy jeździć do drużyn, z którymi mogliśmy powalczyć. Wiedziałem, że nawet u siebie ciężko będzie wygrać z liderem ligi hiszpańskiej Realem Madryt czy pierwszą drużyną ligi włoskiej Climamio Bolonia. Przecież to najsilniejsze ligi w Europie!

Jest Pan zadowolony z gry drużyny?

- Zespół gra generalnie pozytywnie. Oczywiście, analizując mecze i grę poszczególnych zawodników, możemy się doszukiwać różnych błędów i możemy powiedzieć, że mogło być jeszcze lepiej. Oglądamy powtórki spotkań, analizujemy je i zawsze powiemy, że coś można było zrobić inaczej. Ale później przychodzi czyste wyrachowanie, spojrzenie na to, z kim graliśmy, kto ma jaką pozycję w Europie. I wtedy wiemy, że nasz zespół do faworytów nie należy i każda wygrana sprawia nam olbrzymią radość.

Który mecz zrobił na Panu największe wrażenie?

- Oczywiście wygrana z Climamio Bolonia. Pokonanie wielokrotnego finalisty różnych rozgrywek w Europie dało mi szczególną satysfakcję. Odebrałem po tym meczu mnóstwo gratulacji z całej Europy. Zresztą po każdym meczu dostaję po 30 SMS-ów, nie tylko od ludzi związanych z koszykówką, którzy są zadowoleni z naszej gry i wyników.

A który mecz był najgorszy?

- Zdecydowanie ten z Ciboną przegrany różnicą 31 punktów. Nasi zawodnicy mogli wtedy zagrać znacznie lepiej, wyszli za mało skoncentrowani i zostali skarceni. Cibona miała może słabszy początek, ale potem grała coraz lepiej i można było przypuszczać, że na ważny mecz z nami wyjdzie agresywnie nastawiona. Nie potrafiliśmy na to odpowiedzieć. Jestem pełen szacunku dla naszego byłego gracza Josipa Vrankovicia, który zagrał wspaniale. Podziwiam go, ciągle jest wzorem. Mimo 36 lat nadal ma niezwykłą ambicję, żelazny charakter. Młodzi ludzie powinni go obserwować i uczyć się, jak powinno się podchodzić do koszykówki.

Żałuje Pan, że nie ma go już w Sopocie?

- Bardzo!

Odnosicie sukcesy nie tylko na parkiecie. Szef Euroligi Jordi Bertomeu podczas wizyty w Sopocie powiedział, że tak zorganizowanego beniaminka w Eurolidze jeszcze nie było.

- Cały czas się uczymy. Przed debiutem w Eurolidze byliśmy w Moskwie czy Barcelonie, odwiedzamy najlepsze kluby. Staramy się przez to ściągnąć optymalne wzory. Ale ciągle nam wiele brakuje. Imprezy, które organizujemy, nie są najgorsze, ale dążymy do perfekcji. Nie wiem, czy nam się to uda. Czasami zaglądam do internetu i wiem, że kibice wypominają nam jeszcze wiele rzeczy, często słusznie. Jesteśmy chwaleni przez władze Euroligi, ale ja ciągle widzę dużo mankamentów w naszej pracy. Może jestem przeczulony, ale uważam, że nadal jest dużo do zrobienia.

Szwankuje choćby sprzedaż biletów.

- Z tym mamy kłopot. Wprowadziliśmy nowe systemy sprzedaży biletów, włączyliśmy w to internet, do tego dochodzi nowy obiekt, czyli hala Olivia... To powoduje spore zamieszanie. Szwankuje również sprzedaż pamiątek i upominków, choć w promocji bezpośredniej jesteśmy coraz lepsi. Musimy również poprawić kontakty z kibicami, dążyć w tym do doskonałości. W tej chwili do Klubu Kibica należy już ponad 200 osób, ale to ciągle mało. Chcemy, aby było w nim kilka tysięcy. Jak to zrobić? Pewne doświadczenia przekazał mi ostatnio dyrektor Barcelony, ale wiem, że jest to długotrwały proces i liczę na dalszą pomoc kibiców. Wierzę, że zrozumieją ideę.

Macie spore szanse na historyczny awans do najlepszej szesnastki Euroligi, ale czy jesteście na to przygotowani?

- Przed rozpoczęciem rozgrywek nie zakładaliśmy awansu. Jesteśmy debiutantem i chcieliśmy po prostu dobrze wypaść. Teraz okazuje się, że mamy szansę, choć ja bym jej nie przeceniał. Choćby rok temu Śląsk Wrocław świetnie zaczął rozgrywki, a w końcówce przegrywał mecz za meczem i nie udało się awansować. Może Śląsk nie miał tak równego zespołu jak my, ale miał wielkie indywidualności. Świetnie oglądało się ich grę, ale pod koniec zabrakło kilku punktów. Istnieje więc ryzyko, że mimo sporej szansy nie awansujemy do TOP 16 i nie można o tym zapomnieć. Każdy mecz to ogromne wyzwanie. Choćby ostatnie spotkanie z młodym zespołem Partizana Belgrad. Niby mieliśmy przewagę, ale młodzież z Belgradu znakomicie walczyła.W Serbii 17-letni zawodnik jest już ukształtowany, koszykarz w wieku 19 lat jest na poziomie 24-letniego gracza w Polsce. Tam rozwój jest błyskawiczny.

Organizacyjnie jesteśmy przygotowani do gry w TOP 16, choć awans wiąże się oczywiście z dodatkowymi kosztami. Mamy na to pewną rezerwę, ale przy ewentualnym awansie liczymy również na dodatkowe środki pozyskane z ULEB, organizatora Euroligi.

Ile można zarobić na grze w Eurolidze?

- Najważniejsze są walory sportowe, bo gra wśród 24 najlepszych drużyn w Eurolidze to ogromny sukces. Za rok chcemy to powtórzyć. Jeżeli chodzi o finanse, to ULEB dysponuje finansami uzyskanymi ze sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych. To ich główne źródło dochodu. ULEB musi się potem podzielić z klubami, choć klucz, który przy tym podziale obowiązuje, jest dosyć skomplikowany. Zależy choćby od miejsca drużyny czy sumy, za jaką sprzedano prawa w danym kraju. Niestety, polska telewizja to - obok chorwackiej - najsłabszy partner dla ULEB. W Hiszpanii ULEB pozyskuje za prawa do transmisji ok. 3 mln dolarów. U nas są to kwoty nieporównywalnie mniejsze. Liczę, że w tym sezonie otrzymamy z Euroligi ok. 250 tys. dolarów, choć w tej chwili ciężko konkretnie powiedzieć, jaka to będzie kwota.

Co Pana najbardziej zaskoczyło w Eurolidze?

- Perfekcyjna organizacja. Zarówno zawodów, systemu sędziowania oraz sama promocja Euroligi. To instytucja, która wyskoczyła ponad FIBA [Międzynarodowa Federacja Koszykówki - red.] i krajowe federacje. Euroliga idzie w kierunku NBA, stara się wyciągnąć z niej najlepsze wątki, które można zaszczepić w Europie. Wiele przepisów sprawia, że gra jest bardziej jest atrakcyjna. Choć nie wszystko da się przenieść z USA. Europa jest bardzo przyzwyczajona do rozgrywek krajowych, wiele klubów ceni najbardziej mistrzostwo swojego kraju. Dlatego wiem, że nigdy nie powstanie "europejska NBA".

Który zawodnik miał najlepsze wejście do Euroligi, a kto najbardziej zawiódł?

- Każdy z graczy miał słabszy dzień i słabsze chwile, nikt nie grał równo przez osiem spotkań. Najrówniej grają na razie Tomas Masiulis i Darius Maskoliunas. Ten drugi nadal imponuje zwłaszcza w obronie, on zawsze dokładnie wykona swoje zadanie, w każdym meczu można na niego liczyć. Może niewiele daje w ataku, ale tutaj nikt na niego specjalnie nie liczy. Jak rzuci dwie lub trzy trójki, to jest super. No i Masiulis! On nie ma słabych meczów.

Do tej pory nie wykonywaliście nerwowych ruchów kadrowych, z zespołem pożegnał się tylko Harold Jamison. Dlaczego padło akurat na niego?

- Nie spełnił oczekiwań. Grał poniżej możliwości, w każdym meczu miał wiele strat, a do tego ciągle narzekał na kontuzje. Nie mógł wrócić do formy, jaką prezentował choćby kiedyś, grając w Śląsku. I to główna przyczyna jego odejścia. Mimo gwarantowanej umowy do końca sezonu rozwiązaliśmy kontrakt za porozumieniem stron, sprawa jest już zakończona.

W zamian macie Mariusza Bacika i Joe McNaulla. Będą lepsi od Jamisona?

- Z Bacikiem podpisaliśmy kontrakt do końca sezonu. Myślę, że nam się przyda. Będzie dobrym zmiennikiem. Może grać jako niski lub silny skrzydłowy, a nawet jako środkowy. Jest uniwersalny i bystry na boisku. Ma już co prawda 33 lata i trudno się po nim spodziewać wielkich postępów i erupcji formy, ale cenię jego stabilność i waleczność. Z McNaullem podpisaliśmy na razie kontrakt do 22 stycznia. W tym przypadku musimy mieć dokładną opinię lekarza na temat jego zdrowia, bo to jest dla nas największa zagadka. McNaull to jeden z najlepszych centrów, jacy grali kiedykolwiek w Polsce, jest dobry zwłaszcza w ataku, trochę słabszy w obronie. W pełnej formie na pewno by nam się przydał, dlatego najważniejsze jest dla mnie jego zdrowie. Sprawdzimy go w meczach Euroligi oraz po 15 stycznia w dwóch meczach ligowych i zdecydujemy, co dalej robimy.

Dzięki rezygnacji z Jamisona zwolniły się Wam środki w budżecie, których nawet Bacik z McNaullem nie zajęli w całości. Czy można się więc spodziewać kolejnych wzmocnień?

- Na pewno nic się nie zmieni na obwodzie, ewentualne zmiany mogą zajść pod koszem. Ale to wszystko zależy od McNaulla. Na razie nic nie planujemy. Czekamy na rozwój wypadków z Joe i dopiero kiedy będziemy mieli pełen obraz jego możliwości, podejmiemy decyzję, czy kogoś szukamy.

Polityka finansowa w klubie jest bardzo ważna, jak w każdym przedsiębiorstwie. Wielu rzeczy w budżecie nie można jednak przewidzieć. Nie wiadomo, kto będzie grał słabiej, kto złapie kontuzje, gdzie będzie trzeba wypełnić lukę. Ale jeżeli jest taka potrzeba, to wtedy trzeba rozpatrywać dwa czynniki. Po pierwsze, szukamy gracza, którego chcemy, który jest nam potrzebny, który będzie pasował trenerowi. Po drugie, patrzymy, czy nas na niego stać. Wszyscy w Polsce podkreślają, że mamy tak wielki budżet. Może w tym roku mamy rzeczywiście największy, ale to nie są pieniądze dwa czy nawet trzy razy większe od innych drużyn. Szacuję, że od drugiego klubu w Polsce mamy budżet większy maksymalnie o 40 proc. Zupełnie odwrotna sytuacja jest w Eurolidze, w której nie ma chyba zespołu, który miałby mniej pieniędzy od nas. Myślałem, że takim klubem jest Partizan, ale jak zobaczyłem, że latają na mecze czarterami, od razu zmieniłem zdanie. Zresztą już niedługo budżety w Eurolidze mają być ujawnione i wtedy wszystko będzie jasne.