Rozmowa z wiceprezesem Radomiaka - Pawłem Kobyłeckim

Na wyniki klubu składa się praca zarządu, trenerów i piłkarzy - podkreśla wiceprezes Radomiaka Paweł Kobyłecki. - Ocena wszystkich, po rundzie jesiennej, musi być negatywna. Ale nie wszystko jeszcze stracone

Grzegorz Stępień: Radomiak zajął ostatnie miejsce w II lidze, mając na koncie zaledwie siedem punktów. Chyba najbardziej pesymistyczny plan, nie zakładał tak kiepskiego dorobku?

Paweł Kobyłecki: Nawet w najgorszych snach nie zakładaliśmy tak czarnego scenariusza. Nie planowaliśmy walki o czołowe lokaty, ale drużyna miała zajmować bezpieczne miejsce w środku tabeli. Stało się inaczej. Dlatego ocena występów piłkarzy musi być negatywna i surowa. Siedem punktów to zdecydowanie za mało.

Widać, na grę w II lidze, klub nie był przygotowany kadrowo, finansowo, mentalnie, a przede wszystkim organizacyjnie.

- Zgadzam się. Organizacyjnie, Radomiak nadal nie jest przygotowany na występy na zapleczu ekstraklasy. Wciąż uprawiamy partyzantkę, pozyskując gotówkę od przypadku do przypadku. Dotąd żyliśmy głównie z pieniędzy za transfer Konrada Gołosia. W ten sposób, w lidze zawodowej funkcjonować się nie da.

Stawiając tak sprawę, wystawia Pan negatywną ocenę działaczom klubu w tym również sobie.

- Na wynik sportowy składa się praca zarządu, zawodników i trenerów. Nie można mówić, że jedni są źli, a drudzy dobrzy. Praca została źle wykonana przez wszystkich. Zdajemy sobie sprawę z błędów, jakie popełniliśmy.

Skoro o błędach mowa. Pierwszym, oczywistym, wydaje się zwolnienie, zaraz po wywalczeniu awansu, trenera Jerzego Engela jr.

- Trener Engel nie został zwolniony, skończyła mu się umowa. Zresztą początkowo zmiana szkoleniowca nie była brana pod uwagę. Jerzy Engel jr postawił jednak takie wymagania finansowe i kadrowe, dotyczące zatrudnienia jego, asystenta, trenera bramkarzy, kierownika zespołu i dyrektora klubu, że plany trzeba było zweryfikować. Atmosfera zrobiła się nerwowa. Był strajk, petycja piłkarzy dotycząca odwołania kilku członków zarządu. To nie służyło budowaniu atmosfery wokół klubu. Inna sprawa, że chyba za dużo ludzi chciało popsuć to, co zostało misternie zbudowane. Może komuś zwyczajnie nie pasował Jerzy Engel jr?

Komu?

- Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Trener Engel jest człowiekiem kontrowersyjnym i po tej całej historii ze strajkami, konferencjami prasowymi i ogólną nagonką nie było szans na zostawienie go w klubie.

Czy z perspektywy czasu rozstanie z Jerzym Engelem jr. było błędem?

- Z perspektywy czasu, tak.

Miejsce Engela zajął Jan Makowiecki. Wyniki jego pracy też nie zadowoliły zarządu?

- Kiedy trener Makowiecki przychodził do klubu, wszyscy mieli o nim jak najlepsze zdanie. Głównie dlatego, dostał całkowicie wolną rękę przy doborze zawodników. Przez klub przewinęło się ich 36. Trener wybrał piłkarzy, jakich wybrał. Efekty widzieliśmy później. Krótko mówiąc, transfery zostały chybione. Zawodnicy, którzy mieli decydować o obliczu zespołu, zawodzili.

Może trener Makowiecki zwlekał ze sprowadzeniem lepszych zawodników do samego końca, bo jak sam kiedyś powiedział, miał obiecaną listę graczy, którzy mieli trafić na Struga.

- Trener nigdy nie przedstawił nam takiej listy, więc na pewno nie wyszła ona od zarządu klubu. Zresztą z transferami od początku była jakaś chora sytuacja, bo co chwila pojawiał się ktoś, kto oferował sprowadzenie jakiegoś wirtualnego zawodnika. Nazwisk była cała masa, a wszystko skończyło się wielkim niewypałem.

I tak zatrudniliście Jacka Kacprzaka, Mirosława Siarę, Krzysztofa Pyskatego i Krzysztofa Majdę, dając im najwyższe w klubie kontrakty...

- Nie do końca jest to prawdą, ale rzeczywiście, uważam, że piłkarze nie powinni narzekać. Zresztą sprawy wynagrodzeń, choć utajnione, stały się zarzewiem konfliktu w zespole.

Skoro wiedzieliście o konflikcie, dlaczego nie próbowaliście reagować?

- To nie jest takie proste. Działacze widzą pewne rzeczy, ale nie mogą być niczego pewni. Trener i zawodnicy nie stwierdzili jednoznacznie i szczerze, że dzieje się coś złego. Zresztą nie chciałbym robić z kogoś kozła ofiarnego, bo nie wierzę, że wszystkiemu winien jest jeden czy dwóch zawodników. Przecież na początku rundy mimo porażek atmosfera w drużynie nie była zła. Posypała się znacznie później.

Dlatego wydaje się, że rozstanie z trenerem Makowieckim powinno nastąpić wcześniej.

- Teraz każdy jest mądry. Rozwiązanie kontraktu w trakcie jego trwania jest w zasadzie niemożliwe. Ale rzeczywiście, plany zmiany trenera były znacznie wcześniej niż po porażce z Zagłębiem Sosnowiec. Tak się nie stało, bo do Jana Makowieckiego dołączył pracujący społecznie Józef Antoniak i nastąpiła chwilowa poprawa gry zespołu. Niestety, równie szybko okazało się, że był to tylko "łabędzi śpiew" i później było coraz gorzej.

Nowy trener - Arkadiusz Skonieczny, prochu też nie wymyślił?

- Trener Skonieczny, to jeden z niewielu ludzi w Radomiaku, który, mimo słabych wyników, nie zawiódł. Przejął zespół w stanie totalnego rozkładu i sukcesem było już to, że potrafił go jakoś poskładać. Niestety, trafił na mecze z najsilniejszymi rywalami, ale mimo porażek, spotkania z Arką, Kolporterem i Bełchatowem, były najlepsze w wykonaniu Radomiaka w całej rundzie.

Wszystko to już historia, a walczyć trzeba dalej. Ma Pan pomysł na nowego Radomiaka?

- Musi powstać inny, lepszy zespół. Każdy z zawodników zostanie oceniony indywidualnie, ale już teraz mogę powiedzieć, że z kilkoma chcemy się pożegnać. Są też tacy, którzy nie widzą dla siebie miejsca w Radomiaku. Dlatego szukamy nowych piłkarzy - młodych, walczących, ambitnych. Podawanie nazwisk nie ma na razie najmniejszego sensu, bo najwięcej zależeć będzie od finansów.

Są realne perspektywy, że pieniądze pojawią się wreszcie w Radomiaku?

- Zarząd klubu prowadzi negocjacje z poważnym konsorcjum, a sprawa jest bardzo zaawansowana. Wszystko powinno rozstrzygnąć się do końca listopada. Jestem optymistą, bo wiem, że dla naszego partnera Radom jest miastem o doskonałym położeniu. Jest szansa, że będzie dobrze.

Czy ma to jakiś związek z osobą zastępcy prezydenta Radomia - Andrzeja Banasiewicza, który jak publicznie zapewnia, toczy rozmowy z tajemniczymi sponsorami?

- Nie. Rozmowy, o których mówię, już przed kilkoma miesiącami podjął zarząd klubu. Pan prezydent istotnie interesuje się Radomiakiem. Mamy wspólne spotkania, ale te do przyjemnych nie należą. Pan Banasiewicz także zupełnie inaczej wyobrażał sobie występy naszego zespołu w II lidze.

Od niedawna, zastępca prezydenta ma doradcę - Janusza Wójcika. Były selekcjoner reprezentacji Polski niezwykle krytycznie wyraża się o działaczach, trenerach i piłkarzach Radomiaka.

- Może ma taki charakter. Po fakcie, najłatwiej jest krytykować. Wszyscy są źli, ale przecież ktoś zrobił ten awans. Pan Wójcik spotkał się z nami dopiero po meczu z Bełchatowem, czyli po zakończeniu rundy. Dlatego nie chciałbym na ten temat zbyt szeroko się wypowiadać.

Wierzy Pan, że Radomiak utrzyma się na zapleczu ekstraklasy?

- Radom potrzebuje II ligi i na nią zasługuje. Mamy wiosną dobry układ spotkań, bo aż 10 rozegramy u siebie. Dlatego, choć wiele osób nas już przekreśliło, wierzę w utrzymanie. Trzeba oczywiście spełnić podstawowy warunek - musimy wygrywać. Aby tak się stało, potrzebujemy sponsora. Bez niego, możemy o wszystkim zapomnieć.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.