Trzecioligowcy rozegrali 10. kolejkę

Piłkarze Warmii po szczęśliwym zwycięstwie 1:0 z Drwęcą awansowali na trzecie miejsce. Liderem nie jest już ŁKS Łomża, który przegrał 0:1 z Mazowszem. Cenny remis z Pruszkowa wywiozła za to Mlekovita

Piłkarze Warmii Grajewo w sobotę wygrali trzecie spotkanie z rzędu w tych rozgrywkach, tym razem z Drwęcą Nowe Miasto Lubawskie. W pięciu dotychczasowych meczach przed własną publicznością zdobyli komplet punktów, nie tracąc żadnej bramki. - Po prostu rywale trafiali we mnie - stwierdził skromnie bramkarz gospodarzy Sylwester Janowski, który w meczu z Drwęcą kilkakrotnie ratował swój zespół przed utratą gola.

W 15. min Sebastian Jurok sfaulował w polu karnym szarżującego z piłką Grzegorza Domżalskiego i rywale stanęli po raz pierwszy przed dużą szansą na zdobycie gola. Do piłki ustawionej 11. metrów przed bramką Warmii podszedł Sławomir Święcki. Uderzył silnie w prawy róg, ale bramkarz grajewian właśnie tam się rzucił i odbił piłkę. Zespół Drwęcy, który chce walczyć o drugoligową promocję, okazał się dojrzalszy, składniej rozgrywał akcje. Przed przerwą wyraźnie przeważał.

Goście wypracowali sobie jeszcze kilka dogodnych sytuacji strzeleckich. W 22. min - na szczęście dla gospodarzy - niecelnie z prawej strony pola karnego uderzył piłkę Tomasz Włodarczyk. Wydawało się, że grajewianie mimo wszystko do szatni będą schodzić jako przegrani, bo w końcówce pierwszej połowy rywale byli wyraźnie lepsi. Jednak Janowski m.in. odbił na rzut rożny silny strzał z około 20 metrów Łukasza Morawskiego. W 44. min składającego się do uderzenia z kilku metrów Włodarczyka ofiarnym wślizgiem uprzedził z kolei Jurok, a chwilę później ten sam piłkarz Drwęcy niecelnie główkował.

Grajewianie grali chaotycznie. Ich próby ataków konsekwentnie kończyły przed polem karnym Drwęcy.

- Gra się tak, jak przeciwnik pozwala, a Drwęca stosowała zmasowaną obronę - tłumaczył trener Warmii Piotr Zajączkowski, który ponownie rozegrał całe spotkanie w swojej drużynie. - Młodzi zawodnicy muszą jeszcze dużo się uczyć. Ale małymi kroczkami robimy postępy.

Dopiero w 50. min po raz pierwszy gospodarze zagrozili bramce rywali. Na nieoczekiwany strzał z 30 metrów zdecydował się Paweł Strózik, piłka skozłowała przed bramkarzem, ale Piotr Dmuchowski odbił ją za boisko. W drugiej połowie podopieczni Zajączkowskiego wciąż mieli problemy ze skonstruowaniem akcji ofensywnej, ale walczyli o każdy metr boiska.

- Na drugą połowę wyszliśmy z założeniem, by "wyżej łapać" rywali - tłumaczył trener grajewian. - Sprawdziło się, bo zaczęliśmy dyktować warunki na boisku.

Gospodarze przeważali, ale brakowało groźnych akcji. Kontratakowali za to piłkarze Drwęcy. W 62. min znowu wydawało się, że muszą objąć prowadzenie. Z lewej strony boiska dośrodkował Domżalski, Grzegorz Bała ładnie strącił piłkę głową, ale Janowski znowu obronił.

- Oczekiwałem, że Warmia gra lepiej, ale okazało się, że gra na aferę, ma nawet problemy z wyprowadzeniem akcji ze swojej połowy - mówił po spotkaniu Tomasz Arteniuk, trener Drwęcy. Szkoleniowiec gości był załamany, po meczu długo nie opuszczał boiska. - Niestety, stare przysłowie piłkarskie się sprawdziło. Nie można marnować tylu sytuacji bramkowych - tłumaczył.

- Najsprawiedliwiej byłoby, jakby padł remis, bo faktycznie w polu nie graliśmy najlepiej - mówił po meczu Janowski.

Podobnie, jak w poprzednim meczu przed własną publicznością (z MZKS-em Kozienice), gola na wagę trzech punktów grajewianie zdobyli w doliczonym czasie gry. Wcześniej w 89. min Dmuchowski minął się z dośrodkowaniem, ale Strózik zza pola karnego nie trafił do pustej bramki. Okazało się jednak, że bramkarz Drwęcy przy tej interwencji doznał kontuzji i został odwieziony do szpitala. Trener Arteniuk musiał w tym momencie wpuścić za niego do gry młodzieżowca..., ale trzech zmian już dokonał, a rezerwowy golkiper był starszy. Na boisko wszedł więc młody Bartosz Wolski, natomiast w bramce stanął obrońca - Tomasz Zakierski. Grajewianie starali się robić wszystko, by tylko wrzucić piłkę w pole karne Drwęcy. W końcu się udało i z kilku metrów strzelał Radosław Guzowski. Zakierski to obronił, ale przy dobitce Maksima Mirvy był bezradny. Zastępca bramkarza po końcowym gwizdku sędziego wpadł w furię i ostro zaatakował m.in. Włodarczyka: - Boisz się?! Piłka nie gryzie. Masz już chyba z 30 lat, powinieneś to wiedzieć.

- Nie wiem, czy gdyby Dmuchowski nie doznał kontuzji, uniknęlibyśmy straty bramki - mówił załamany Arteniuk. - To była nieprawdopodobna sytuacja. Na piątym metrze nasi zawodnicy stoją i zastanawiają się, a rywale grają w bilard. Mam w składzie piłkarzy z doświadczeniem pierwszo- i drugoligowym, którzy zarabiają naprawdę duże pieniądze. Najwidoczniej są za bardzo doświadczeni. Są zespoły, w których bramce wisi ręcznik, ale bramki potrafią nie stracić. O drugiej lidze powinniśmy na razie chyba zapomnieć.

STRZELEC BRAMKI

Maksim Mirwa (90.+4)

SKŁADY

Warmia: Janowski - Jurok Ż, Kołłątaj, Kłosowski, Zajączkowski Ż - Giermasiński (77. Guzowski), Strózik, Wincel, Paczkowski - Mirwa, Figurski (70. Pacholczyk).

Drwęca: Dmuchowski (90. Wolski) - Matusewicz, Morawski Ż, Zakierski, Rogalski Ż - Bała, Włodarczyk, Święcki (82. Rybkiewicz), Wróbel - Boratyński Ż (58. Elgert, 74. Paulewicz Ż), Domżalski.

Sędziował (jako główny): Erwin Paterek (Lublin). Widzów: ok. 250.

Cenny punkt

Bezbramkowy remis wywieźli z Pruszkowa piłkarze Mlekovity Wysokie Mazowieckie. Punkt wywalczony ze Zniczem okazał się tym cenniejszy, że Podlasianie wywalczyli go w osłabionym składzie.

- Z powodów urazów nie mogli zagrać Dariusz Reyer oraz Piotr Orliński, czyli dwaj podstawowi piłkarze naszej drużyny - opowiada Zbigniew Mandziejewicz, trener Mlekovity. - Brak nam zwłaszcza Orlińskiego, bo to bramkostrzelny zawodnik. Na szczęście reszta drużyny zagrała bardzo dobrze, piłkarze wzięli na siebie ciężar gry. Mieliśmy kilka sytuacji podbramkowych, a przy odrobinie szczęścia mogliśmy wygrać to spotkanie.

Według trenera Mandziejewicza pierwsza połowa była wyrównana, choć to goście byli blisko strzelania bramki. Jeden z zawodników Znicza trafił w poprzeczkę, a dobitkę Łukasza Milankiewicza pewnie obronił Daniel Iwanowski. Po przerwie inicjatywa należała do gości, którzy kilka razy mogli wpisać się na listę strzelców. W 49. min. Ryszard Tomczak silnie uderzył w górny róg bramki Znicza, jednak golkiper gospodarzy Paweł Pazdan wybił piłkę poza boisko. Bliski zdobycia bramki w końcowych minutach był też Tomasz Jakuszewski. Napastnik Mlekovity znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem, ale piłka mu skozłowała, a zanim zdołał ją opanować obok znaleźli się obrońcy Znicza.

- Myślami cała drużyna jest już przy derbowym meczu z Warmią, który na swoim stadionie musimy wygrać - dodaje trener Mandziejewicz.

SKŁADY

Znicz: Pazdan - Piotrowski, Ignasiński, Musoła Ż, Stawicki, Starwacki, Kułkiewicz (46. Szczytniewski), Kapela, Milankiewicz (75. Jakóbiak), Aleksandrowicz, Majewski (68. Wiśniewski).

Mlekovita: Iwanowski - Pracz, Chrupałła, Wolański (83. Kowalewski), Flery Ż - Bucholc (63. Staniórski), Papiernik, Kapelewski, Plewko (75. Wilczewski) - Tomczak, Jakuszewski.

Sędziował (jako główny): Paweł Dreschel z Gdyni. Widzów: 200.

Spadek z fotela

Tylko trzy dni zasiadali na fotelu lidera piłkarze ŁKS-u Łomża. Wczoraj po porażce 0:1 w Grójcu z Mazowszem stracili tę pozycję na rzecz Pelikana Łowicz, a sami spadli na czwarte miejsce.

- Mazowsze zwyciężyło zasłużenie - mówi Tadeusz Gaszyński, trener ŁKS-u. - Patrząc przez pryzmat całego pojedynku, gospodarze byli lepszym zespołem, stworzyli też więcej groźnych sytuacji. Dwa razy trafiali w naszą poprzeczkę, sprawiali sporo zamieszkania po stałych fragmentach gry. Potrafiliśmy odpowiedzieć jedynie trzema groźnymi sytuacjami w całym meczu.

W pierwszej połowie akcja Rafała Boguskiego i Sławomira Lewickiego dobrnęła pod pole karne rywali, w ostatniej chwili obrońcy wybili piłkę Lewickiemu. Po przerwie groźnie strzelał z około 20 metrów Arkadiusz Chrobot, ale bramkarz gospodarzy z największym trudem obronił strzał. Jednak najlepszej okazji przed końcem meczu nie wykorzystał Boguski. Jego strzał głową z około sześciu metrów okazał się nieskuteczny.

- Zabrakło precyzji i trochę szczęścia, aby zremisować - dodaje trener Gaszyński. - Bramkę straciliśmy w drugiej połowie, w zamieszaniu pod naszą bramką strzałem nożycami popisał się Maciej Tataj. To zagranie można było uznać za niebezpieczne, arbiter miał jednak zupełnie inne zdanie.

STRZELEC BRAMKI

Maciej Tataj (64.).

SKŁADY

Mazowsze: Staniszewski - Kupiec Ż, Sianowski, Gołowicz, Korkuć, Dolewski (68. Starczewski), Samoraj (65. Solecki), Chmielewski (87. Więckowski), Petasz, Tataj (80. Stretowicz), Czpak.

ŁKS: Ulman - Kamiński, Kowalski, Galiński, Łukaczyński Ż - Lis, Chrobot, Marczak (65. Sawko), Strzeliński (75. Chwesiuk) - Lewicki Ż (70. Nerowski), Boguski.

Sędziował (jako główny): Mariusz Złotek z Gorzyc. Widzów: 300.