Adamek: moim celem jest walka o tytuł

Radosław Leniarski: Jest Pan pierwszym pięściarzem z Polski, który jedzie do USA z myślą o zrobieniu kariery pięściarskiej, bo Gołota uciekał z Polski przed aresztowaniem za pobicie i karierę za oceanem zaczął dosyć przypadkowo. Czuje się Pan jak Kolumb, który rusza w kierunku Ameryki?

Tomasz Adamek: Jadę przede wszystkim do ciężkiej pracy, która potrwa sześć tygodni. Mam walczyć jako kandydat do walki o tytuł mistrza świata, więc pojedynek na pewno nie będzie łatwy. Mamy w kontrakcie zagwarantowane, że druga walka będzie o tytuł mistrza świata, oczywiście jeśli pierwszą wygram. Już w czwartek mam rozruch, a w piątek pierwszy mocny trening.

Ale w Pana głowie dominuje uczucie niepokoju, ciekawości czy podniecenia?

- Czuję, że trzeba wyjechać z domu i zostawić rodzinę na dwa miesiące. Będę myśleć o domu. Ale nie jest powiedziane, że gdy wyjdą pierwsze dwie-trzy walki, nie zostanę w USA dłużej - kto wie, czy nie będziemy razem. Wiem, że treningi mogą być bardzo ciężkie, jestem ich bardzo ciekawy i dam sobie radę. Jestem człowiekiem z gór [Adamek pochodzi z Gilowic pod Żywcem - red.], lubię ciężką pracę, szczególnie że widzę jej efekty, czyli zwycięstwa w ringu. Jestem też ciekawy tego, co się stanie. Jadę poznać nowy świat, który znam tylko z oglądania. To będzie mój nowy świat.

Czy zna Pan szczegóły - z kim będzie Pan sparował, z kim trenował?

- To wszystko ustalimy na miejscu. Ale muszę mieć dobrych sparingpartnerów, skoro ta walka może zadecydować, kto będzie walczył o tytuł mistrza świata. O to jestem spokojny - tam tego jest pełno. Szczegóły ustalimy z Donem Kingiem i trenerem Samem Colonną. Oni się na tym znają i to do nich należy. Moim celem jest walka o tytuł.

Czy Pan spotkał się kiedyś z trenerem Colonną albo z nim rozmawiał?

- Kontaktowaliśmy się tylko przez telefon. Po raz pierwszy spotkamy się w czwartek na lotnisku w Chicago.

Czemu nie zdecydował się Pan wcześniej na wyjazd za ocean? Przecież właściwie to, co jest ważne w boksie, zaczyna się i kończy w USA. Może byłby Pan dziś dużo dalej, miałby Pan więcej szans na zaistnienie w boksie, na zarobienie wielkich pieniędzy?

- Z każdym dniem człowiek dojrzewa, z każdym treningiem pięściarz czuje się bardziej mężny i szuka coraz trudniejszych wyzwań. Nikt po roku nie zdobywa tytułu. Ja mam teraz dobry okres i muszę to wykorzystać. Czy Pan myśli, że dwa lata temu ktoś w USA dałby mi cień szansy na zdobycie tytułu? Nie, nikt nie jest tak szalony, a boks to biznes, w którym nie ma miejsca na szaleństwa. Z kolei w Polsce nie ma na taką walkę pieniędzy. Ale teraz jest czas na taką podróż, teraz wszystko zależy ode mnie. Muszę wygrywać pojedynki - tak powiedział Don King. Wtedy dostanę szansę.

Skąd pomysł na rozmowy z Rozalskim, z Kingiem? Krótko mówiąc - skąd taka determinacja?

- To akurat proste. Wygasł kontrakt z poprzednim promotorem, który nie dał mi walki o tytuł, choć obiecywał. Widocznie takie jest przeznaczenie. Pan Bóg dał mi szansę i jadę. Mam nadzieję, że po wielki sukces.