Kazimierski: chcę się dogadać z Ireną Szewińską

Jacek Kazimierski, szef firmy Elite Café, który chce zostać szefem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki: Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdybym dogadał się z panią Szewińską i był jedynym kandydatem. W ten sposób nie stracimy czasu. Termin wyborów - połowa stycznia - jest fatalny: budżety PZLA, samorządów, a także sponsorów będą już ustalone i trudno będzie je zmienić.

Radosław Leniarski: Dlaczego chce Pan zostać szefem PZLA?

Jacek Kazimierski: Są dwa powody. Wspieranie lekkoatletyki związane jest z moim wykształceniem i biznesem. Sponsorować sport zacząłem w latach 80. - to była załoga rajdowa. Poważniej zająłem się sportem, kiedy pracowałem w Sanie w Jarosławiu [firma ciastkarska - red.]. Wtedy poznałem Roberta Korzeniowskiego. Po zdobyciu złotego medalu w Atlancie Robert usiadł spokojnie i czekał, aż pojawią się sponsorzy. Czekał godzinę, dzień, tydzień, miesiąc i nic. Bardzo go to zdziwiło, więc postanowił poszukać sam. Tak dotarł do prezesa Sanu i do mnie. Przyjechał do Izabelina pod Warszawą na ostatniej kropli benzyny, głodny, bez pieniędzy, bo zgubił portfel. Najpierw wpadł do mojej kuchni i wziął sobie coś do jedzenia. Zaimponowała mi jego nietypowa reakcja w sytuacji kryzysowej, kiedy najpierw należało się wytłumaczyć ze spóźnienia. Dostrzegłem, że Robert potrafi iść pod prąd, co mi się spodobało, bo sam mam taki charakter. I zaczęła się nasza współpraca.

Ważniejszy jest jednak drugi powód. Skoro każdy mówi, że sport jest najważniejszym elementem kultury masowej, że zapobiega patologiom, kształtuje charakter, to dlaczego tak mało o ten sport dbamy? Nie chodzi tu tylko o działaczy i polityków, ale też biznesmenów, którzy nie dostrzegają roli sportu jako ważnego elementu marketingu. Pod względem sprawności fizycznej jesteśmy w Unii Europejskiej na szarym końcu. Uważam, że rodzice też za mało dbają o zdrowie dzieci. Włączając się w działalność PZLA, chcę aktywnie robić to, co do mnie należy - jako rodzic, biznesmen, obywatel.

Jak Pan widziałby współpracę PZLA z Pańską firmą Elite, gdyby zostałby Pan wybrany na prezesa?

- Lepiej niż dziś. Elite chce inwestować w sport, ale nie przez trzy lata. Musi być pięcio-ośmioletni program. Wybraliśmy lekkoatletykę i chcemy być w niej nadal. Chcieliśmy inwestować pieniądze, ale nie do końca się to udawało. Blokowano nam np. sponsorowanie imprez. Mogłem się wycofać, ale to byłyby zmarnowane pieniądze, nadszarpnięty wizerunek firmy. Potraktowałbym to jak porażkę. Postanowiłem więc jeszcze więcej zainwestować i jeszcze więcej zaoferować. Ale to nie dawało odpowiednich wyników, postanowiłem więc włączyć się w rozwiązywanie problemów lekkoatletyki jako ktoś z jej władz. Traktuję to jako misję społeczną, bez pobierania wynagrodzenia.

Załóżmy, że jest Pan już prezesem PZLA i ma Pan przed sobą dwie propozycje sponsorskie - firmy Elite i innej. Którą Pan wybierze?

- Zorganizujemy przetarg na wszystkie rodzaje tytułów sponsorskich. Wybierzemy tę firmę, która daje więcej pieniędzy. Nie będzie mnie bolało, jeśli jakaś inna firma niż Elite będzie sponsorem tytularnym.

A jeśli obie firmy będą oferowały mniej więcej tyle samo?

- Może być dwóch sponsorów tytularnych, dwóch głównych, jeśli się zgodzą. Najważniejsza jest jawność, poddanie się kontroli zewnętrznej, a nie jednoosobowe podejmowanie decyzji w takiej sprawie. Poprzednio decydowała o tym jedna osoba i to było właśnie ręczne sterowanie, pojawiające się zawsze, gdy nie ma jasno określonych obowiązków i nie wiadomo, komu zarzucać zaniedbanie. Ja zamierzam zmniejszyć liczbę członków zarządu z ponad 20 do 8-10 osób, natomiast liczba osób zarządzających, z konkretnymi zadaniami będzie większa. Trzeba skomputeryzować związek, tak aby podjęcie decyzji przez 10 osób - na przykład w sprawie sponsora - nie było problemem.

Traktuje Pan sport jak produkt?

- Sportu nie można rozdzielić na ten dla działaczy, ten dla sportowców i ten dla kibiców. Sport jest jeden, to jeden produkt. Jest duża rozbieżność pomiędzy popularnością sportu i wykorzystywaniem tej popularności. Jeżeli lekkiej atletyki jest w telewizji za mało, to trzeba znaleźć tego przyczynę. Uważam, że jest tak np. dlatego, że nie ma silnej ligi. Jeśliby istniała, byłaby w telewizji, tak jak jest to w przypadku innych sportów. Proszę zwrócić uwagę, jak rozwinęła się Złota Liga. Ktoś wymyślił produkt, który się sprzedał. Zapotrzebowanie jest - na pożegnaniu Korzeniowskiego w Krakowie był pełen stadion AWF. Przyszli dla Korzeniowskiego. Teraz trzeba wykreować innych Korzeniowskich, znaleźć sposób na przyciągnięcie mediów, a co za tym idzie - kibiców.

Nie będzie to łatwe.

- Z biznesowego punktu widzenia uważam swój projekt za stosunkowo łatwy. To nie jest demagogia. Jest w lekkiej atletyce dużo obszarów łatwych do naprawienia. Choćby zbyt duża liczba osób w zarządzie. Jak tu szybko zwołać zarząd, aby podjąć jakąś decyzję? Z tego powodu PZLA nie przyjął np. mojej oferty wykupienia tytułu sponsora związku za 700 tys. zł. A ja nie mogłem czekać. Moim zdaniem znacznie łatwiej się przebić w sporcie niż w biznesie. Tam nie ma sentymentów, są agresywni rynkowi konkurenci. Tutaj jest czyste pole.

Kluby są na krawędzi upadku. W jaki sposób je wzmocnić?

- Sposobem na uaktywnienie klubów jest ciekawa liga, z porządną oprawą, sponsorem, bo przecież sponsorzy nie będą finansować siedziby na Cegłowskiej, ale imprezy i kluby. Mamy 12 klubów w pierwszej i drugiej lidze. Jest wielkie rozproszenie geograficzne, finansowe, rozproszenie dobrych zawodników. Trzeba to wziąć do kupy.

Nagle pojawił się wielki sprzymierzeniec. Korzeniowski będzie szefem sportu w TVP, zapewne będzie chciał Pan to wykorzystać?

- Tak, ale Robert powinien patrzeć teraz na lekką atletykę z punktu widzenia korzyści dla TVP. Teraz z powodu słabości dyscypliny traci ona, sponsorzy i telewizja. 44 proc. widzów oglądało relacje z mistrzostw świata w 2003 r. w Paryżu. Tymczasem w zeszłym roku na dorocznym spotkaniu w telewizji "Sport w TVP w 2004 roku" nie było nikogo z PZLA. Oglądalność wymusza zainteresowanie reklamodawców, zaś masowość daje to, co dla telewizji publicznej jest ważne - wypełnienie misji.

Najpierw trzeba zostać wybranym na prezesa. Jest Pan przygotowany do wyborów, w których decyduje tzw. teren?

- Jestem przygotowany. Byłoby naprawdę wspaniale, gdyby prezes Szewińska, a przede wszystkim jej doradcy uwierzyli, że nie chcemy budować na zgliszczach, że nie chcemy burzyć autorytetów, sięgać po sprawy brudne, które są. To strata czasu. Wiemy, czego potrzebuje nasza dyscyplina.

Konflikt jest nieunikniony. Pan chce być prezesem, którym jest ona.

- Powtarzam - kandyduję, bo wymagają tego okoliczności. Byłem ostatnią osobą na liście kandydatów naszej grupy, ale Zespół Pro-LA podjął decyzję, że w czasach komercjalizacji sportu najlepiej poradzi sobie menedżer, nie sportowiec. Gdyby udało się zrealizować to, co planujemy, w ciągu dwóch lat, jestem w stanie przekazać władzę osobie ze środowiska sportowego, która być może lepiej zna się na sporcie niż ja, ale tylko pod warunkiem zbudowania wcześniej strategii, struktur i uruchomienia systemowych rozwiązań. Bo wtedy już nie będzie można sterować ręcznie lekką atletyką.

Jak chce Pan wygrać wybory w PZLA?

- Będę przekonywał wszystkich, włącznie z obozem pani prezes. Dla dobra lekkiej atletyki byłoby idealnym rozwiązaniem, gdybym porozumiał się z panią Szewińską i był jedynym kandydatem. Dzięki temu nie stracimy czasu. Zamiast skupiać się na walce wyborczej, cztery miesiące wcześniej moglibyśmy zacząć realizować nasz program. Termin wyborów - połowa stycznia - jest fatalny: budżety PZLA, samorządów, a także sponsorów będą już ustalone i trudno będzie je zmienić.

W jednym z wywiadów pani Szewińska powiedziała: "Zgadzam się z panem Kazimierskim, że trzeba zostawić to, co było złe, za sobą i patrzeć do przodu. Dla dobra lekkoatletyki". To ważne stwierdzenie. Na projekt Pro-LA patrzę jak na projekt biznesowy, a nie jak na wojnę. Byłoby fantastycznie, gdybyśmy z panią Szewińską mogli od jutra spotykać się raz na tydzień i przygotowywać do realizacji programu. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby pani Irena Szewińska przyjęła propozycję pozostania w PZLA jako honorowy prezes.

Problemów dyscypliny nie rozwiąże działacz sportowy ani większe pieniądze z budżetu państwa. Bo nie można pukać do urzędów i prosić o kolejne pieniądze, nie mając biznesplanu. A za tym planem stoją znane osobistości naszego życia - politycznego, gospodarczego, show-biznesu, a przede wszystkim legendy sportu, z Korzeniowskim, Wernerem, Hoffmannem, Woroninem czy Partyką na czele. Jest naprawdę wiele możliwości zdobycia środków finansowych: od sponsorów, Unii Europejskiej, samorządów.

Sądzi Pan, że jest czarodziejem i że nagle zaczną powstawać bieżnie przy boiskach szkolnych?

- Tak będzie. Tylko niech tym się zajmą profesjonaliści. Dotyczy to całego polskiego sportu, dla którego nie ma strategii. W "strategii MENiS" mówi się, że "Ministerstwo Edukacji i Sportu opracuje nowe, atrakcyjne programy lub projekty". Nie ma słowa o realizacji! A powinno brzmieć: departament X opracuje i zrealizuje..., odpowiedzialny jest Kowalski z departamentu Y, realizacja w terminie do listopada 2005 r. Wyszkolonych menedżerów jest mnóstwo, ale takich, którzy chcieliby pracować w sporcie - mało, bo dziś nie zarobią tyle, co w biznesie.

Z kim Pan chce robić wielką lekką atletykę? Z niedouczonymi trenerami? Z działaczami z poprzedniej epoki?

- Ale przestańmy krytykować, tylko zastanówmy się, jak to zmienić! Jeśli są źle przeszkoleni, trzeba ich po prostu zacząć szkolić. Uruchomimy Ogólnopolskie Centrum Szkolenia Trenerów. Są pieniądze w Ministerstwie Edukacji i Unii Europejskiej, po które nikt nie sięgnął. Ale ja do tych szkoleń nie będę nikogo zmuszał. Szkoleniowcy, instruktorzy, a także część nauczycieli wf. musi wziąć odpowiedzialność za swój rozwój na siebie. Trenerów w Polsce nie brakuje, trzeba im pomóc, ale jeśli to nie wystarczy, można po nich sięgnąć choćby na Białoruś czy Ukrainę. Tam nie mają takich wymagań jak ci pracujący na Zachodzie. Źle wykształceni, niechętni nauce i rozwojowi szkoleniowcy sami się wyeliminują.

Jacek Kazimierski

Pochodzi z Mikołajek, ma 49 lat. W 1997 r. po raz pierwszy zetknął się z Robertem Korzeniowskim, kiedy jako dyrektor firmy spożywczej z Jarosławia San zdecydował się na sponsorowanie chodziarza. Obaj powołali do życia grupę lekkoatletyczną Elite Café, w skład której wchodzili: Kamila Skolimowska, Artur Partyka, Szymon Ziółkowski, Sebastian Chmara, Paweł Januszewski, Paweł Czapiewski, Grażyna Prokopek, Anna Ksok i Artur Kohutek.

Od kilku lat Kazimierski i grupa Elite są w konflikcie z PZLA i prezes Szewińską. Chodziło o podział strefy wpływów między związek i sponsora. Konflikt zaczął się od ME w Monachium w 2002 r., kiedy grupa Elite zaczęła się ofensywnie promować.

Co to jest Pro-LA?

Grupę stworzona w styczniu br. przez Kazimierskiego, Roberta Korzeniowskiego, byłego skoczka wzwyż Artura Partykę i byłego dziesięcioboistę Sebastiana Chmarę. Postuluje ona zwiększenie czasu emisji dla lekkiej atletyki w telewizji i nową ofertę reklamową. Według twórców profesjonalnie przygotowanej prezentacji lekka atletyka - podobnie jak cały polski sport - jest od kilku lat na równi pochyłej. Skostniała struktura PZLA powoduje, że królowa sportu się nie rozwija, że coraz mniej juniorów zdobywa medale, że rozgrywa się coraz mniej zawodów, że upadają kluby i sekcje, że kadra seniorów jest coraz starsza. A gros złotych medali na najważniejszych imprezach zdobywał jeden Korzeniowski.