Tyszanin wymyślił nową grę - trao

Gdy w marcu 1892 r. pastor James A. Naismith powiesił na drewnianych balkonach szkolnej auli w Springfield kosze po brzoskwiniach, a studentom dał do ręki piłkę, pewnie nawet nie przypuszczał, że oto narodziła się koszykówka - dziś jedna z najbardziej popularnych gier zespołowych na świecie. Ponad 100 lat później w Tychach narodziło się trao...

Henryk Pawełczyk pokazuje mi dołek do trao. Średnica 20 cm, głębokość 20 cm. Na dnie leży gąbka - niezbędna dla amortyzacji piłki. Na działce Pawełczyka takich dołków jest sześć.

Pawełczyk, doktor AGH, były dyrektor techniczny kopalni Kleofas w Katowicach, sprawia wrażenie człowieka pozytywnie zakręconego. O trao może mówić godzinami. - Trao narodziło się z nadmiaru wolnego czasu. Leżenie na działce brzuchem do góry na zmianę z grillowaniem mnie nie interesowało. Kupiłem więc książkę - "Przepisy gier sportowych". Opisano tam prawie 100 gier. Interesowała mnie gra, która toczy się w terenie, wymusza chodzenie, schylanie, w którą może grać stary i młody. Pomyślałem o golfie, ale moja działka jest dla golfa za mała - mówi.

Nad trao Pawełczyk myślał prawie pół roku. Gra jest podobna do golfa - dołek, piłka, kij to elementy wspólne. Różnic jest jednak więcej. - Odpowiedniej piłki szukałem kilka miesięcy. Znalazłem w sklepie z zabawkami dla psów. Ma dużą bezwładność i małą sprężystość. Idealna! Projekt kija opracowałem sam. Na początku uderzałem piłkę wałkiem do ciasta. Teraz mam dwa profesjonalne zestawy kijów, które wykonał dla mnie zaprzyjaźniony stolarz - opowiada.

Stolarz przygotował też specjalną skrzynię do trao, w której Pawełczyk przechowuje sprzęt.

W trao można grać na trzy sposoby. Są metody "generalska", tzw. punktowa, "hetmańska" - czasowa oraz "królewska", czyli punktowo-czasowa.

W dużym uproszczeniu wygrywa ten, kto w jak najkrótszym czasie i w jak najmniejszej liczbie uderzeń skieruje piłkę do poszczególnych dołków.

Gra Pawełczyka nie różniłaby się pewnie niczym od setek gier, które dzieci wymyślają dla zabicia czasu w deszczowe popołudnia, gdyby nie jej otoczka. Logo gry, zasady Pawełczyk zgłosił w Urzędzie Patentowym. Przygotowanie pola gry, sprzętu - wszystko sprawia solidne wrażanie i trudno doszukać się w tym przypadkowości. Zasady gry, kije, piłki i ich parametry są opisane z zegarmistrzowską precyzją w dwóch publikacjach.

Przez działkę Pawełczyka przewinęła się już prawie setka graczy. Nazwisko każdego i wynik, jakie osiągnął, są zapisane w specjalnej książce. Na razie w trao można grać tylko w Tychach. - Dwóch kolegów chciało już zrobić pole do gry na swoich działkach, ale na chęciach się skończyło. Chciałbym, żeby gra się rozwijała. Może kiedyś będzie dyscypliną olimpijską - uśmiecha się Pawełczyk.

Trao - nazwa powstała z połączenia pierwszych sylab rzeczowników: trawa i ogród.

Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.