Tour de France przed decydującą fazą

W Tour de France poniedziałek był dniem przerwy. A przerwa oznacza, że kolarze mają góry za albo - tak jak teraz - przed sobą.

Uczestnicy Wielkiej Pętli odpoczywają właśnie przed górskimi etapami. Już w środę przejadą przez Masyw Centralny, a w weekend będą wspinać się w Pirenejach, gdzie dwa etapy zakończą na szczytach. W przyszłym tygodniu czeka ich przejazd przez Alpy i być może rozstrzygający etap - 21 lipca jazda indywidualna na czas z metą w słynnej stacji narciarskiej Alpe-d'Huez.

Teoretycznie nikt z faworytów nie ma zdecydowanej przewagi. Wszyscy jednak zwracają uwagę na pewną pozycję Lance'a Armstronga. Gdyby wygrał, byłoby jego szóste zwycięstwo w Tour de France, a tego nie dokonał dotąd nikt. Pierwszy tydzień Amerykanin przejechał spokojnie. W prologu był najlepszy ze wszystkich specjalistów od jazdy w górach. Później nie poniósł strat. Te wobec lidera Thomasa Voecklera są nieistotne, bo zniwelowane zostaną na pierwszych górskich etapach. Armstrong nie ma już też jednego z poważnych rywali Ibana Mayo. Hiszpan upadł na brukowanym odcinku trasy i ma pięć minut straty do Armstronga. - Armstrong jeździ zawsze z przodu, częściej niż w poprzednich latach. Nie wygląda na zmęczonego - powiedział dwukrotny zwycięzca TdF Laurent Fignon.

Przeciwnicy Amerykanina: jego rodak Tyler Hamilton, Niemiec Jan Ullrich, Hiszpan Roberto Heras mają około minuty straty. Na tym poziomie to dużo. Na co liczą? - Jedziemy na południe. Może wreszcie będzie upał. Nie mogę dłużej znieść deszczu - powiedział Ullrich. O tym, że pogoda jest dla niego ważna, udowodnił w zeszłym roku kiedy pokonał Armstronga w czasówce, rozgrywanej właśnie w upale (Armstrong schudł po niej siedem kilogramów). - Strata minuty to dla Herasa dobra sytuacja - mówi dyrektor sportowy grupy Liberty Manolo Saiz i zapowiada atak w jego ulubionych Pirenejach. Pomagał mu będzie jedyny polski kolarz w tegorocznym wyścigu Dariusz Baranowski zajmujący jak dotąd przyzwoitą 33. pozycję.