Kazimierz Węgrzyn: Gramy skutecznie i koncertowo

- Zdajemy sobie sprawę, że w dwumeczu z Polkowicami nasze szansę są góra 50-procentowe. Niech wygra lepszy. Mam nadzieję, że to Cracovia będzie tym zespołem. Zanosi się na ciekawą rywalizację - mówi ?Gazecie? obrońca Cracovii na pięć dni przed barażami o ekz Górnikiem Polkowice.

Michał Białoński: Sezon drugoligowy zakończyliście mocnym akcentem: rozbiliście Szczakowiankę 8:1. Czy po tym meczu nie za bardzo opadły emocje?

Kazimierz Węgrzyn: Wręcz przeciwnie! W tym momencie jesteśmy jeszcze bardziej zdeterminowani do walki o ekstraklasę. Wysoki wynik z ostatniego meczu, a przede wszystkim styl gry, jaki zaprezentowaliśmy w spotkaniu ze Szczakowianką, daje nam jeszcze większą pewność siebie. Pokazaliśmy, że umiemy grać koncertowo i skutecznie.

Kibice boją się, że teraz będziecie nosić głowy za wysoko, a przed wami poprzeczka stoi jeszcze wyżej. W sobotę pierwsze starcie o ekstraklasę z Górnikiem Polkowice!

- Nikt nie podniesie głowy za wysoko, bo w tym stylu graliśmy już wiele meczów. Według mnie pierwszym takim przełomowym, w którym nasza gra "zaskoczyła", było wyjazdowe spotkanie z Zagłębiem Lubin. Tyle że wtedy zawiodła nas skuteczność, podobnie zresztą jak w spotkaniu z Tłokami Gorzyce. W drugiej połowie meczu z ŁKS-em też pokazaliśmy ładny futbol. Nasza drużyna już od dłuższego czasu gra w dobrym stylu, mamy swoją markę.

Malkontenci wybrzydzają, że Szczakowianka wam odpuściła.

- Ja też przed meczem absolutnie nie wierzyłem, że będziemy w stanie strzelić aż osiem goli, jednak opinie o tym, że Szczakowiance nie zależało, włóżmy między książki. To był normalny mecz. Każdy widział, że na początku nie było łatwo. Zresztą dyspozycja rywala z Jaworzna to nie nasz problem. Grunt, że my pokazaliśmy swój styl.

Zdajemy sobie sprawę, że w dwumeczu z Polkowicami nasze szanse są góra 50-procentowe. Niech wygra lepszy. Mam nadzieję, że to Cracovia będzie tym zespołem.

Kończy się mecz ze Szczakowianką, jedną nogą jesteście w piłkarskim raju. Ostatnia kolejka ekstraklasy, która wyłoni waszego rywala w barażach, dopiero się rozpoczyna. O kim Pan myślał?

- W pierwszym momencie o Polonii Warszawa, później o Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. W końcu doszedłem do wniosku, że jest mi obojętnie. Jeżeli mamy grać w pierwszej lidze, to nie jest ważne, kogo pokonamy, ale musi to być jakiś pierwszoligowiec. W starciu z Polkowicami trzeba potwierdzić, że stać nas na ekstraklasę, że awans się nam należy. Nie chcemy nic za darmo.

Przypomnę tylko, że zespoły Świtu czy Polkowic jeszcze rok temu grały w drugiej lidze. Myślę, że prezentują poziom zbliżony do naszego.

Gdy pojawiła się oferta przejścia do "Pasów", wierzył Pan, że beniaminka II ligi, złożonego głównie z trzecioligowych piłkarzy, stać na awans do I ligi?

- Moje przyjście do Cracovii było tak niespodziewane, że nie zastanawiałem się, na co ten zespół stać. Po dwóch tygodniach spędzonych w tym klubie zrozumiałem, że drużyna jest świetnie przygotowana, świetnie prowadzona i to ja muszę się do niej dopasować.

Piotr Bania jeszcze niedawno grał w czwartoligowym Kablu, a teraz jest królem strzelców drugiej ligi!

- Ważną rolę w tym sukcesie "Baniowego" odegrał trener Stawowy. On z do niedawna trzecioligowych zawodników stworzył zespół na miarę pierwszej ligi, bo na dobrą sprawę w najlepszych meczach Cracovia taki poziom prezentuje. Proszę spojrzeć na nazwiska - 70 procent tych chłopaków jeszcze rok temu grało w trzeciej lidze. Stawowy jednak znał ich możliwości, zaufał im, oparł się na nich i się nie zawiódł. Tylko mu przyklasnąć.

Spore postępy zrobił też Pana partner z obrony Łukasz Skrzyński. Pamięta go Pan, jak w roli młokosa trener Franciszek Smuda pozwalał mu zadebiutować w Wiśle w pomocy?

- Tak, ale dla Łukasza optymalną pozycją jest środek obrony. "Skrzynia" niesamowicie się rozwinął. Łukasz ma dokładne długie podanie, to jego wielki atut, wręcz wizytówka.

Zresztą bardzo dobrymi zawodnikami sa też boczni obrońcy Marek Baster i Krzysiek Radwański. Trener Stawowy wiedział, co robi, ustawiając ich na tych pozycjach. Obaj włączają się do akcji ofensywnych. Mają olbrzymie zdrowie do biegania, często pełnią funkcje skrzydłowych pomocników. Ciężko być w Cracovii bocznym obrońcą, nie spełniając warunków takich, jak świetna technika, dobra szybkość i zdolność do gry ofensywnej.

Jak Pan reagował, gdy w ciężkich momentach część kibiców bluzgała na was, trenerowi i piłkarzom wypominała przeszłość spędzoną w Wiśle Kraków. Nie denerwowało to Pana?

- Nie było to przyjemne, ale ja kibiców rozumiem: w Cracovii długo panował marazm, nic się nie działo, klub tkwił w trzeciej lidze. Teraz każdy z fanów chciałby wskoczyć na boisko i pomóc piłkarzom. Sprawić, żeby drużyna wróciła do ekstraklasy i walczyła jak równy z odwiecznym rywalem - Wisłą. Stąd brak cierpliwości. Dla mnie najważniejsze, że kibice byli z nami w przełomowym momencie, gdy po pierwszej połowie przegrywaliśmy z Podbeskidziem 0:2. Wtedy pomogli nam gorącym dopingiem i również dzięki temu mecz rzutem na taśmę wygraliśmy. Teraz fani konsolidują się, w każdym momencie są z nami. Czujemy ich wsparcie.

Przeżywacie ostatnio huśtawkę nastrojów. Łatwo rozbroiliście Szczakowiankę, lecz wcześniej polegliście w Gorzycach ze słabymi Tłokami?

- Po tym spotkaniu byłem jak w amoku, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. To był mecz z gatunku tych "do jednej bramki", bez przerwy siedzieliśmy na rywalach, a jednak po jednej kontrze przegraliśmy. "Podłamka" była olbrzymia. Na szczęście los kolejny raz się do nas uśmiechnął, bo konkurenci - GKS Bełchatów i Szczakowianka - również pogubili punkty. To był znak, że ta ekstraklasa chyba się nam należy.

W ekipie z Polkowic ton nadawali ekswiślacy: Daniel Dubicki, Grzegorz Pater i Łukasz Nawotczyński. "Dubi" w barażach najpewniej nie zagra, bo za czerwoną kartkę czeka go karencja, Pater leczy uraz kostki, a Nawotczyński w ostatniej kolejce doznał kontuzji głowy. Wasz rywal może być poważnie osłabiony.

- Ale polkowiczanie mają i tak większe doświadczenie niż my, bo przecież przez rok grali w ekstraklasie. Dlatego pokonanie ich nie będzie łatwym zadaniem. Najważniejsze, że my również prezentujemy się dobrze jako zespół. To będzie ciekawy dwumecz. Do poniedziałku odpoczywamy, od wtorku będziemy się szykować na Polkowice. Ja już nie mogę się doczekać barażów. Chciałbym już zagrać i wygrać.

Rywale na co dzień grali w meczach o wysoką stawkę. Wy rzadziej. Nie boi się Pan, że mniej doświadczeni koledzy z zespołu będą sparaliżowani tak jak w starciu z Pogonią Szczecin?

- Proszę zauważyć: Cracovia robi postępy w meczach z silnymi zespołami. W rundzie jesiennej dużo gorzej sobie radziliśmy. Teraz wygraliśmy z Radomskiem i z Bełchatowem na wyjeździe. Z Pogonią zremsowaliśmy, a byliśmy chyba lepszym zespołem. Z Zagłębiem Lubin przegraliśmy, jednak nawet w tym meczu nadawaliśmy ton grze. Nie było paraliżu, jak jesienią. Wtedy usztywniały nas kamery, szum, przedmeczowy rozgłos.

Widać, że łapiemy doświadczenie, nie będziemy zestresowani. Właśnie na mecz z Górnikiem Polkowice wyjdziemy jeszcze bardziej skoncentrowani po tym, jak pokazaliśmy, że w meczach na szczycie potrafimy grać ładnie i skutecznie.

W pierwszym meczu nie wspomoże was filar działań ofensywnych - Marcin Bojarski (pauzuje za żółte kartki).

-Wielka szkoda. On umie rozmontować obronę rywali, ma bardzo dobre ostatnie podanie. Z Piotrkiem Gizą, Arkiem Baranem, Krzyśkiem Przytułą i Piotrem Banią świetnie się rozumie. Na szczęście w rewanżu "Bojar" będzie mógł dać z siebie wszystko. A właśnie ten mecz będzie kluczowy.

Wolałby Pan pewnie odwrotny układ, że pierwszy mecz gracie w Polkowicach, a drugi, rozstrzygający, w Krakowie?

- Teoretycznie byłoby to korzystniejsze. Widać jednak, że terminarz został ustalony nieco "pod" pierwszoligowca. To są jednak niuanse. Grając w GKS Katowice, rywalizację w Pucharze UEFA z Girondins Bordeaux i Arisem Saloniki również zaczynaliśmy u siebie i to nie przeszkodziło w eliminowaniu rywali. Mam nadzieję, że teraz historia się powtórzy i wygra ten, kto najpierw gra u siebie.

Trzy dni przerwy w treningach to nie za dużo?

- Absolutnie nie. Cała drużyna była zmęczona. Bardziej psychicznie niż fizycznie. Musieliśmy od siebie odpocząć. To nam dużo da, pobyliśmy trochę z rodzinami. Trzy dni przerwy to nic, nasza forma na tym nie ucierpi. Nieraz zawodnik tydzień nie gra z powodu lekkiej kontuzji, a po jej wyleczeniu wchodzi na boisko jakby nigdy nic. Jesteśmy dobrze przygotowani do sezonu.