Tomasz Gollob: Gwóźdź do trumny

Jarosław Dąbrowski: Po nieudanym półfinale byłeś wściekły: rzuciłeś w kąt swego boksu kask, rękawiczki i tłumaczyłeś coś swemu menedżerowi. O co miałeś pretensje?

Tomasz Gollob: Jak to o co? Że wylosowałem trzecie pole startowe - to był gwóźdź do trumny. To trzecie pole nic dziś nie znaczyło, nie dawało szans na nawiązanie walki pod taśmą i na dojeździe do pierwszego wirażu. Który to już raz zdarza mi się w Grand Prix jechać stamtąd w biegu o coś, czyli w półfinale czy finale? Dziś nikt nie wygrywał w ważnym momencie z tego miejsca. Zobacz: tak samo było w finale, gdzie Crump - mający takie szybkie maszyny i refleks - nic nie zrobił.

Skoro już wiedziałeś, że musisz jechać z niekorzystnego toru, to jaką próbowałeś znaleźć receptę na udaną walkę o finał?

- Nie miałem żadnej recepty. Wiedziałem, że jadę z przegranej pozycji. I oczywiście po starcie spóźniłem się, by zamknąć rywali na wirażu. Na tak krótkim torze i na tym etapie zawodów, gdy każdy trzymał się toru jazdy przy krawężniku, nie można było się rozpędzić i skutecznie atakować pod bandą, więc byłem bez szans na sukces.

Czyli jesteś niezadowolony z dzisiejszego miejsca?

- Nie. Cieszę się, że dojechałem do półfinału, bo przecież musiałem walczyć od eliminacji. To przebijanie się przez kolejne etapy turnieju szło naprawdę ciężko. Udało mi sę, a tylko mały krok dzielił mnie od finałowej czwórki. Cieszę się, że utrzymałem się w czołówce Grand Prix.

A na zły los nic nie poradzę. Ale wiem jedno: technike jazdę na tych robionych w kilka dni nawierzchniach trzeba zrozumieć. I po dzisiejszych próbach uważam, że już to rozgryzłem - wiem, którędy i jak jechać, jak dopasować pararmetry silnika. Muszę to teraz wykorzystać w nastepnym turnieju. Ale najważniejsze, że za dwa tygodnie w Kopenhadze - właśnie znowu na sztucznym torze, na którym jeździ mi się niewygodnie - będę rozstawiony. Odpadnie spory ciężar: nie pojadę od początku zawodów w najsłabszej grupie.