Rozmowa z Andreasem Jonssonem

- Nie mów do zobaczenia w Bydgoszczy, bo tam nie jadę. Wracam do Szwecji na Dzień Matki - zaskoczył bydgoskich dziennikarzy obcokrajowiec Budleksu/Polonii 12. w GP Europy

Maciej Łopatto: Jesteś zawiedziony po dzisiejszym występie?

Andreas Jonsson: Sam nie wiem. Czuję się dobrze. Wydaje mi się, że dobrze jadę; że mogę wyjechać na tor i pokonać każdego. Ale małe szczegóły decydują o powodzeniu w Grand Prix. Najpierw wygrałem dwa biegi, potem pojechałem słabiej, znowu wygrałem, ale w najważniejszym momencie odpadłem. Wystarczył drobny błąd.

O jakim konkretnie błędzie mówisz?

- Chodzi o dobór toru jazdy. Nawet jak na sekundę pojedziesz nie tędy co trzeba, to może cię to kosztować zwycięstwo w biegu. Tak dzisiaj było dla mnie we Wrocławiu.

Ogólnie jednak, to powoli z turnieju na turniej się rozkręcasz.

- Jestem zadowolony. Dzisiaj mieliśmy na początku trochę problemów z ustawieniem sprzęgła. Ogólnie to z całą ekipą byliśmy zadowoleni, ale okazuje się, że ciągle nasze staranne przygotowania to za mało na lepszy wynik. Odpadłem dziś tuż przed półfinałem. Mogło być lepiej.

Możesz porównać starty w polskiej lidze do Grand Prix?

- Nie można tego porównać. To zupełnie coś innego. Liga to drużynowe zmagania. Grand Prix - indywidualne. GP jest bardziej ekscytujące dla zawodników, ale wymaga większych przygotowań i nakładów finansowych. Wielu podporządkowuje swoje starty walce o mistrzostwo świata.

W Pradze startowałeś ze złamanymi palcami stopy. Jak kontuzja?

- Nic się nie goi, ale się przyzwyczaiłem. Nie ma problemu.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia w Bydgoszczy.

- Nie. Jadę do domu.

Żartujesz?! Przecież jest mecz z Włókniarzem.

- Nie. W Szwecji jest rodzinne święto. Dzień matki. Wracam.

Nie wierzę. To niemożliwe.

- Naprawdę. Rozmawiałem o tym z działaczami w Bydgoszczy.

Ciągle nie wierzę.

- Bo żartowałem (śmiech). Do zobaczenia w Bydgoszczy po zwycięstwie.