Po meczu z Irlandią - spadanie reprezentacji

Gdyby polscy piłkarze efektownie pokonali za miesiąc Greków, gdyby tuż przed Euro ostro przećwiczyli Szwedów, i tak nie ma nadziei, że dla reprezentacji idzie lepsze

Zastrzegam - wyniki sparingów nie mają dla mnie znaczenia. To skazany na powolne konanie anachronizm, więc nie kieruje mną niesmak po nudziarstwie polsko-irlandzkim, tak jak niewielkie wrażenie zrobił listopadowy triumf nad Włochami - odprężonymi po awansie do mistrzostw Europy, rozkręcającymi się w Serie A i Lidze Mistrzów. Bałem się nawet, że piłkarze Pawła Janasa wygrają ósme spotkanie bez znaczenia z rzędu i ustanowią rekord. Brzmi to niezręcznie, może nawet samobójczo, ale tak już u nas bywa, że pseudosukcesiki utwierdzają w dobrym samopoczuciu i przekonaniu, jak jest świetnie, jak wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Sukces przypadkiem

Tymczasem zmierza w bardzo złym. Reprezentacja gra okropnie, kompletnie się nie rozwija, nie wykształciła własnego stylu. Drużyna z kwietnia 2004 roku nie jest nawet ciut lepsza od reprezentacji z października 2002, która pod (nie)rządami Zbigniewa Bońka przegrała z Łotwą.

To wszystko byłoby zrozumiałe, przecież jesteśmy jedną z nielicznych nacji w Europie, która nie ma grającego w polu przedstawiciela w czołowych ligach, która wybiera na piłkarza roku drugoligowca, która pasjonuje się transferem lokalnej gwiazdki do średniaka holenderskiej Eredivisie, w której bulwarowa prasa zachłystuje się 14-latkiem zapraszanym na testy do zachodniego klubu.

Byłoby, gdyby nie rzecz niepojęta. Oto polskie kluby grają ładniej, skuteczniej, lepiej niż drużyna narodowa. Mila i Szymkowiak w klubie, owszem, chybiają, lecz o centymetry, a nie walą Panu Bogu w okno, Wisła i Groclin potrafią przebrnąć kilka rund europejskich pucharów. I nie dam się przekonać, że klub klubem, a kadra kadrą, że kadra to inny poziom. Owszem, inny. Coraz częściej niższy. Valencia może sprawiać wrażenie silniejszej niż Hiszpania, Arsenal - niż Anglia, Bayern - niż Niemcy. W Polsce taka sytuacja zwiastuje nieuchronną katastrofę. Czy jeśli Wisła wreszcie awansuje do LM, będziemy trwać w uporze, że polski piłkarz nie umie?

Na środowy sparing nie dojechało 11 Irlandczyków. Nie było Roya i Robbiego Keane'a, Damiena Duffa, by poprzestać na najgorętszych nazwiskach. Zagrało czterech drugoligowców (tylko jeden z klubu z czołówki!) oraz gracze środkowych rejonów ekstraklasy szkockiej, istniejącej głównie po to, by Celtic i Rangers mieli sparingpartnerów między derbami Glasgow. Oto ów "inny poziom". Dlatego Irlandczycy nie muszą martwić się kiepskim występem, tak jak Czesi mogą machnąć ręką na porażkę z Japonią, a Niemcy - choć akurat oni przeżywają kryzys - klęskę w Rumunii.

My nie możemy. Zobaczyliśmy autentyczną reprezentację, w swojej zwykłej dyspozycji, do jakiej przyzwyczajała nas od awansu do MŚ, kiedy głowę stracił trener Engel. Co nie znaczy, że teraz nie przytrafi się triumf nad Grekami czy Szwedami. Może się przytrafi. Przypadkiem. Bo jak raz na siedem lat swój dzień ma i Krzynówek, i Kosowski, to Serbom da się strzelić cztery gole. Bo sparingi są lekceważone, bo jeśli bezgranicznie ufać zwycięskim passom i innym statystykom, to Iran - jak chce ranking FIFA - ma zespół mocniejszy niż Portugalczycy i Szwedzi. Ostatni wygrany mecz o stawkę z silnym rywalem widzieliśmy w marcu 2001 (Norwegia, w rewanżu była już w głębokim kryzysie), ostatni ze światową potęgą w lipcu 1982 roku - z Francją o brąz mundialu (patrz ramka). Co zresztą symbolicznie wskazuje początek upadku polskiej reprezentacji.

Króluje chaos i brak pomysłu

Wiem, że jałowe narzekanie, pozbawione konstruktywnych wniosków irytuje. Już słyszę głosy oburzenia na sianie defetyzmu, podczas gdy moralny obowiązek nakazuje polską piłkę promować, poprawiać atmosferę etc.

I rzeczywiście, ligę warto chwalić nawet na wyrost, pielęgnować rodzący się zwyczaj odwiedzania stadionów, trąbić o frekwencyjnych rekordach. Warto, bo w polskich klubach coś się zmienia. Bo jeśli Wisła będzie rosnąć w siłę, Groclin i Amica otrząsną się z przejściowych kłopotów, dołączy do nich Legia, a z czasem może i Górnik, za kilka lat będziemy mieć nieco więcej niż 2,5 rozsądnie zarządzanego klubu. Bo Cupiał i Drzymała popełniają błędy, ale je naprawiają, w ich poczynaniach nietrudno dostrzec myśl, długofalową strategię.

W poczynaniach szefów PZPN nie. Tam króluje chaos i brak pomysłu. Podobnie jak w grze reprezentacji. I tu, i tu czasem trafi się jakaś mądra decyzja, ładne zagranie. Czasem. Dlatego niewybaczalnym grzechem jest wzruszanie ramionami po remisie z drugoligowcami. Ono zatwierdza status quo. Obniża poprzeczkę dla piłkarzy. I oczekiwania kibiców.

Kiedy zastanawiam się, co dobrego dla kadry zrobił Janas, mam pustkę w głowie. Szkody wielkiej zresztą pewnie też nie wyrządził, ot, drepczemy w miejscu. Co nie znaczy, że apeluję o jego dymisję. Przeciwnie, byłaby objawem skrajnej niekonsekwencji prezesa Listkiewicza, nawet jeśli w kolejnych dwóch sparingach piłkarze nie strzelą gola, a stracą cztery. Można go było zwolnić po przegranych eliminacjach do ME (niestety, zwieńczył je epokowy triumf na Węgrzech) albo lepiej - nigdy nie zatrudniać. I sprawić sobie wreszcie trenera z sukcesami. W razie konieczności z zagranicy, bo w kraju ostał się tylko Henryk Kasperczak. To jedyny szkoleniowiec o polskim nazwisku, którego chcieli zatrudnić nie tylko na Cyprze, Islandii, w Syrii czy Chinach (zdobył Puchar Francji z Metz, ćwierćfinał PZP z Montpellier, 2. miejsce w Pucharze Narodów Afryki z Tunezją, 3. z Wybrzeżem Kości Słoniowej i awans do mundialu '98 z Tunezją).

Pierwszą opcję a priori zignorowano, uznano ją wręcz za dziwaczną obsesję "Gazety", drugiej nie, ale trener Wisły nie miał ochoty rzucać klubu. Sytuacja bez wyjścia? Nie, porażka PZPN. Anglicy Gorana Erikssona wydarli nawet Romanowi Abramowiczowi. PZPN pewnie jest biedniejszy niż FA, ale Cupiał to też nie śpiący na miliardach Rosjanin. Tylko reputacja związku i wiara w kadrę inna...

Ratunkiem rewolucja

Dlaczego szukanie obcokrajowca pozorowano, rezygnując z jednej z szans? Z tych samych powodów, które sprawiły, że reprezentacja zagrała w środę na torfowisku otoczonym oddalonym o dwa metry od linii bocznej krawężnikiem pamiętającym pewnie stan wojenny (wtedy w Bydgoszczy też grali biedni Irlandczycy...) i grożącym kalectwem.

Odpowiedź poznałem m.in. podczas wywiadu - dla mnie wstrząsającego - jaki przeprowadzałem w grudniu z prezesem PZPN. Bez skrępowania przyznał on, że na progu kadencji obiecywał co najmniej jeden stadion na europejskim poziomie. Ot, pech, nie wyszło. Dodał, że w sprawie obiektów za "słabo lobbował u polityków". Po pytaniu o pomysł na wyjście z kryzysu wytłumaczył, że "Francuzi sromotnie przegrali MŚ, jakoś to przeżyli i teraz grają dobrze". Cieszył się, że dzięki przegranym eliminacjom ME dołączył do szacownego grona, bo za prezesa Górskiego też się nie udało. Sukcesy sławnej polskiej myśli szkoleniowej mierzył liczbą zaproszeń na wykłady. Czuł "lekki żal" do Wydziału Szkolenia, że drużyny młodzieżowe nie grają tym samym systemem.

Tę szokującą wyliczankę można ciągnąć. Starający się o reelekcję prezes nie może wydać polecenia pionowi szkolenia, na nic nie ma wpływu, nie snuje wizjonerskich planów. W finale wywiadu obiecał, że nie zrobi rewolucji.

Rewolucji, która jest jedynym ratunkiem. To dlatego trudno stawiać konstruktywne tezy. Niezbędny jest przełom, a ponieważ wydaje się nierealny, nie wierzę w awans do MŚ. Dyskusja, czy Niedzielan ma grać z Olisadebe, czy z Rasiakiem, to spłycanie problemu. Nie jest nim też Listkiewicz, ale raczej cała działaczowska stara gwardia, PZPN-owska wierchuszka i tzw. teren, w większości zresztą odziedziczone po PRL-u. I nie chodzi o polityczną przeszłość, lecz o stan ducha. Po 1989 roku nie wykształciło się nowe pokolenie nieobciążone szkodliwą mentalnością, nowoczesne, zdolne czerpać wzorce z Zachodu.

Nie dorobiliśmy się zatem przyzwoitych stadionów, choć inne kraje pokomunistyczne je mają. Traciliśmy z wolna graczy w klasowych klubach, choć w Serie A strzela gole Albańczyk, a 18-letni Bułgar jest rewelacją sezonu. Co półtora roku wywracają nam ligę do góry nogami. Najnowsza akrobacja to 26 kolejek w sezonie. Patrzymy, jak rodzimą młodzieżówkę gromi białoruska. Słuchamy telewizyjnych trenerów-ekspertów, którzy niczego nie osiągnęli.

Polska piłka przypomina spadającego z drapacza chmur faceta, który nie traci humoru, bo co kilka pięter mignie mu przed oczami niezły mecz w telewizji. A to wygrana z wicemistrzami Europy Włochami, a to grad goli strzelonych Wyspom Owczym...

Z tymi rywalami Polacy nie wygrali żadnego meczu w eliminacjach od 1982 do 2000 roku!

u ZSRR, Portugalia (ME '84)

u Belgia (MŚ '86), Holandia (ME '88)

u Anglia, Szwecja (MŚ '90)

u Anglia, Irlandia (MŚ '92)

u Holandia, Anglia (MŚ '94)

u Francja (ME '96)

u Anglia, Włochy (MŚ '98)

u Anglia, Szwecja (ME 2000)

Serię przerwała tylko drużyna Engela, która w eliminacjach MŚ 2002 pokonała Norwegię i Ukrainę, po czym zespół Janasa (eliminacje ME 2004) dwukrotnie przegrał ze Szwecją

Czy polska reprezentacja piłkarska skazana jest na przeciętność jak w meczu z Irlandią?