Półfinał Ligi Mistrzów: Porto - Deportivo 0:0

Porto - Deportivo 0:0 w pierwszym meczu półfinału Ligi Mistrzów! Hiszpanie mieli jechać do Portugalii, by zdobyć gola, ale grali tak, by nie przegrać. Gospodarze wygrać nie umieli.

"Graja i pozwalają grać" - powiedział przed meczem lider Porto - Deco, nie mogąc się nachwalić rywali z Deportivo. Znając wspaniałe wyszkolenie Portugalczyków i Hiszpanów i ich uwielbienie dla gry ofensywnej trudno było sobie wyobrazić, żeby w tym meczu nie padły gole. A jednak w pierwszej połowie Deportivo nie pozwalało grać i samo nie grało. To znaczy grało, ale nie w swoim stylu: głęboko cofnięte zupełnie nie zagrażało bramce gospodarzy. Porto rewanżowało się tym samym tylko więcej faulowało. Kilkumetrowych wślizgów z wyprostowaną nogą, rwana, szarpana gra, wiele spalonych, rozkładanych rąk - tak wyglądało Porto przed przerwą. Brazylijczyk Carlos Alberto co chwila był na spalonym i bezradnie rozkładał ręce, a Deco - najskuteczniejszy gracz Porto tej edycji LM - nieatakowany przez nikogo strzelił z 18 m bardzo niecelnie. Dobrych akcji, interwencji bramkarzy było jak na lekarstwo. W Porto nie było gry zespołowej, były za to próby indywidualnych akcji.

W grze Deportivo nie było może tyle zaciętości, nerwowości co w Porto. Była czasem nawet pewna beztroska, ryzyko - zagrania piętą 20 m od własnej bramki. Goście atakowali niewielką liczbą graczy, ozdobą pierwszej części był rajd Luque lewym skrzydłem poprzedzony dwoma kapitalnymi zagraniami z powietrza z pierwszej piłki. Tyle, że kiedy Hiszpan znalazł się w polu karnym Porto, okazało się, że jest oprócz niego są sami rywale. Drużynie z La Corunii zdecydowanie mniej zależało na tym, by strzelić gola, niż, by do domu wracać z zerem po stronie strat.

Porto zaatakowało odważniej pod koniec pierwszej połowy. Opanowało nerwy, a zaczęło robić to, co potrafi - grać w piłkę. Carlos Alberto minął trzech rywali w polu karnym i bardzo mocno kopnął wzdłuż bramki. Trafił w nogę Mauro Silvę i omal nie było gola samobójczego.

W drugiej połowie sporo się zmieniło. Mniej było nerwowości, więcej okazji, ale goli od tego nie przybyło. W 67. min nie zmieniający swoich przyzwyczajeń od lat bramkarz Deportivo Jose Molina znowu przyglądał się akcji rywali pięć metrów przed własną bramką. Maniche uderzył z 20 m, nad Moliną, i trafił piłką w poprzeczkę, która zadrżała, jak serca kibiców Porto. Gola jednak znów nie było.

W 87. min Jorge Andrade sfaulował a potem lekko kopnął Deco, z którym kiedyś 5 lat grał w Porto. Stoper Deportivo wydawał się robić to dla żartu, ale sędzia Markus Merk na takich żartach się nie zna. Nie zna się też na przyjacielskich gestach w stylu Andrade. - To mój przyjaciel, to mój przyjaciel - powtarzał obrońca Porto tłumacząc się ze swojego głupiego zachowania, ale wyleciał z boiska z czerwoną kartką.

92. min Marco Ferreira został podciety w polu karnym, ale ponieważ przewrócił się dość teatralnie arbiter uznał, że udaje i ukarał go żółtą kartką. A potem mecz się skończył. Mecz przypominający partię szachów po latynosku.

Porto - Deportivo La Coruna 0:0

Czerwona kartka: Jorge Andrade - Deportivo, 87. minuta. Widzów 50,818. Sędziował M. Merk (Niemczy).

Porto: Baia - Ferreira, Costa, Carvalho, Valente - Costinha (46. Mendes), Alejniczew (46. Jankauskas 46), Maniche Ribeiro, Deco - Carlos Alberto, McCarthy (70. Ferreira).

Deportivo: Molina - Manuel Pablo, Naybet, Andrade, Romero - Victor (88. Martin), Sergio (79. Duscher), Mauro Silva, Luque (44. Fran) - Valeron, Pandiani. Rewanż za dwa tygodnie.