Rusza Wimbledon 2002: Planeta Williams

Wychowanie córeczki na wybitną tenisistkę w celach prestiżowych i zarobkowych nie było odkryciem państwa Oracene i Richarda Williamsów - pisze przed startem najważniejszego turnieju tenisowego na świecie Zdzisław Ambroziak.

Rusza Wimbledon 2002: Planeta Williams

Wychowanie córeczki na wybitną tenisistkę w celach prestiżowych i zarobkowych nie było odkryciem państwa Oracene i Richarda Williamsów - pisze przed startem najważniejszego turnieju tenisowego na świecie Zdzisław Ambroziak.

Na ten pomysł wielu rodziców wpadło znacznie wcześniej: Peter Graf, gdy urodziła się Steffi, Jim Pierce, gdy urodziła się Mary, Stefano Capriati, kiedy na świat przyszła Jennifer, i tak dalej.

Absolutną rekordzistką w tej mierze jest pani Melanie Molitor, która sama potwierdza, że o losie córeczki Martiny Hingis zdecydowała, zanim ta jeszcze pojawiła się na świecie, dając dziewczynce imię w hołdzie wielkiej Navratilovej. Tę listę można ciągnąć w nieskończoność, nikomu jednak nie udało się urzeczywistnić swoich zamierzeń w sposób tak perfekcyjny jak właśnie Williamsom. Porównanie wytrzymuje jedynie Henry Ford i olśniewający sukces jego samochodów "model T" z początku stulecia, dostępnych, jak wiadomo, wyłącznie w kolorze czarnym. Nigdy w historii tenisa, a także automobilizmu, jedna rodzina nie zdominowała całego rynku w podobnym jak oni stopniu.

Nie sposób zrozumieć rozpoczynającego się dziś Wimbledonu, jeżeli nie było się przed miesiącem w Paryżu. W centrum prasowym na Roland Garros są bowiem, chwalić Boga, nie tylko monitory i komputery, ale także żywi ludzie. Oni to, zanim siądą do pisania czy do mikrofonu, mówią rzeczy arcyciekawe.

Gianni Clerici: - Wygra ta, którą wskaże tata. Nie mam w tej sprawie najmniejszych złudzeń. Nadzieja na odmianę i prawdziwie sportową walkę pojawi się dopiero wtedy, kiedy jedna z sióstr wyjdzie za mąż i wyrwie się z rodzicielskiego dyktatu.

Heinz Guendthardt: - To będzie trudny mecz dla obydwu dziewczyn. Nie sądzę, by był piękny i widowiskowy. Stres, powiązania rodzinne, jawna rywalizacja pomiędzy matką i ojcem - to wszystko będzie krępowało ruchy siostrom. Sądzę, że wygra Venus, bo moim zdaniem jest po prostu lepszą tenisistką.

Bud Collins: - Moim zdaniem Richard Williams nie wydaje poleceń, która z córek ma wygrać konkretny mecz. Owszem, on rozdaje karty i dyryguje ruchem w tej mierze, że stara się do minimum zredukować bezpośrednie konfrontacje. Ale jak już wychodzą na kort, wygrywa lepsza.

Wojciech Fibak: - Przewidywałem, że to będzie żałosne widowisko i tak się, niestety, stało. Tak jest zawsze, gdy wynik meczu jest ułożony, narzucony odgórnie, niezależnie od przyczyn i okoliczności. Byłoby lepiej, gdyby siostry zagrały porywającą, atrakcyjną pokazówkę, niż udawały, że walczą serio. Przede wszystkim żal mi było Venus, która od czasu do czasu upokorzona przez wynik i gwizdy na widowni zrywała się do walki, choć wiadomo było, że daremnie...

Cytowani z pamięci panowie to tenisowe autorytety światowego kalibru. Przypominam ich wypowiedzi, bo dyskusje przed finałem w Londynie mogą być podobne, szczególnie że po raz pierwszy w historii Venus i Serena przystąpią do wielkoszlemowego turnieju jako dwie najwyżej rozstawione zawodniczki, a starsza z sióstr ma szansę wygrać Wimbledon. Chyba że tata postanowi, że czas wypromować Serenę także na trawie...

Bo Richard Williams, otoczony nierzadko niechęcią i drwiną, czym się zresztą absolutnie nie przejmuje, jest niewątpliwym geniuszem, jeżeli chodzi o skuteczność osiągnięcia końcowego rezultatu. Ma, tak jak zamierzył, cały tenisowy świat u swoich stóp. Umiejętność wykorzystania mediów do podgrzewania temperatury wokół córek, na dobre i na złe, podniósł do rangi sztuki. Dzięki temu Serena, a nawet Venus, bywa przyjacielska i sympatyczna dla publiczności, niekiedy też dla rywalek. Wszystko to przynosi taką masę pieniędzy i prowadzone jest tak perfekcyjnie, iż trudno wręcz sobie wyobrazić, że którakolwiek z rywalek w Wimbledonie mogłaby pokrzyżować plany na planecie Williams.

Tymczasem ponure jakieś przekleństwo zawisło nad najlepszym aktualnie tenisistą świata. Lleyton Hewitt miał wygrać w ojczystej Australii, ale pokonała go wietrzna ospa. Nie powiodło mu się w Paryżu, ale na nawierzchni trawiastej grał do ubiegłego tygodnia olśniewająco dobrze. Kilka dni przed startem turnieju w Wimbledonie Hewitta powaliło jednak zagadkowe zatrucie pokarmowe i jeżeli największy faworyt tego turnieju miałby być, podobnie jak w Melbourne, pokonany przez kłopoty zdrowotne, w stu procentach zasłuży na miano pechowca roku.

Lleytona można nie lubić ze względu na arogancję i wulgarne maniery, ale trzeba przyznać, że gra fantastycznie. Operuje głównie z głębi kortu, ale gdy trzeba, zadziwiająco swobodnie i subtelnie gra woleje. Returnuje jak nikt na świecie, jest niewiarygodnie szybki, biega zarówno do przodu, jak i na boki z rzadko spotykaną swobodą.

Postawa Hewitta, choć nie tylko, każe zweryfikować, przynajmniej w tym roku, skuteczność gry serv-and-volley również na nawierzchni trawiastej. Czasy Johna McEnroe minęły bezpowrotnie i wątpliwe wydaje się, by przedstawiciele tego stylu, jak choćby Tim Henmann, Greg Rusedski lub Todd Martin, mogli sięgnąć po tytuł w Wimbledonie. Jeżeli Lleyton będzie w pełni sił i zdrowia - najpewniej wygra. Jeśli nie, najwięcej szans mają chyba gracze wszechstronni, jak Agassi, Kafielnikow, Safin, Federer, a także, czemuż by nie, pokonany w finale w Paryżu Juan Carlos Ferrero.

Chyba że wielki mistrz Pete Sampras odnajdzie tenisowe natchnienie i zdobędzie wielkoszlemowy tytuł po raz 14. Chyba to jednak zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.