MŚ 2010. Kto nie pomógł Kace

To nie jest mundial herosów od lat znanych z Ligi Mistrzów. Upadł nawet Kaka, choć to reprezentacja Brazylii miała stać się dla niego odskocznią od smętnej codzienności. Czy Dunga miał alternatywę?

Gigantyczna, widoczna z odległości kilku kilometrów podobizna Cristiano Ronaldo wciąż rozbłyskuje ze ściany jednego z najwyższych biurowców w Johannesburgu, jakby firma Nike nie chciała się zgodzić, by jej główny słup reklamowy rozstał się z turniejem na jego półmetku. W depresji i przed półfinałami wyjeżdżali z RPA też Leo Messi i Kaka, inni piłkarze, którzy zwyciężali ostatnio w plebiscytach na najlepszego na świecie, oraz inne najgłośniejsze sławy typowane na bohaterów - Wayne Rooney oraz Didier Drogba. Ten ofensywny kwintet złożony z ludzi strzelających po 20-30 lub więcej goli na sezon tutaj strzelił dwa. Oba niemal bez znaczenia, nie wpłynęły na wynik.

Messiemu podstawił nogę trener; inny trener nie miał sensownego pomysłu, jak ustawić Ronaldo, który biegał z miną cierpiętniczą i obrażony na cały świat, a po zejściu z boiska pluł na kamery; Rooney już na finiszu sezonu klubowego zwolnił, na MŚ niemal stanął, a to gracz potrzebujący świetnej formy atletycznej, by błyszczeć; Drogba już w czerwcu złamał łokieć. W tym gronie

Kaka jest przypadkiem osobnym,

bo pozostali zgaśli po wspaniałych sezonach w klubach. Jego gehenna ciągnie się od co najmniej kilkunastu miesięcy - ledwie człapał u schyłku swego pobytu w Milanie, potem nie zdołał rozkwitnąć w Realu Madryt. Leczył kontuzję uda, prasa donosiła - on kategorycznie zaprzecza - jakoby zmagał się z przewlekłym schorzeniem kręgosłupa, co skazywałoby go na specjalną opiekę lekarską oraz znoszenie chronicznego powysiłkowego bólu do końca zawodowego uprawiania futbolu. Głośno było o nim głównie wtedy, gdy jego żona i agent zwymyślali na Twitterze Manuela Pellegriniego, bo trener "Królewskich" ośmielił się zdjąć Brazylijczyka z boiska. Prezes Florentino Perez zaczął nawet podejrzewać, że człowiek, za którego zapłacił 65 mln euro, oszczędza siły na MŚ.

Reprezentacja miała być dla Kaki odskocznią od smętnej codzienności. O ile w Realu biegał w cieniu Ronaldo i w ogóle tłumie solistów, o tyle trener Dunga całą taktykę w ofensywie podporządkował właśnie jemu, żądając w zamian charyzmatycznego przywództwa i rozstrzygania o wynikach. Otulił wybrańca poczuciem bezpieczeństwa. Jak w Milanie osłaniali go defensywni pomocnicy Gennaro Gattuso i Massimo Ambrosini (ewentualnie Andrea Pirlo czy Clarence Seedorf), tak w kadrze na straży stali Gilberto Silva i Felipe Melo. Dostał Kaka swobodę, której brak dotkliwie odczuwał w Madrycie.

Z wolności umiał w pełni skorzystać tylko w meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej, który uświetnił dwoma asystami. Przegrany ćwierćfinał zaczął dobrze, lecz w chwili kryzysu nie pchnął drużyny do przodu. Zawiódł, choć trenerzy powtarzali, że od świtu do zmroku pracuje jak opętany, by odzyskać formę fizyczną. Aż musieli go hamować.

- Skomplikowana była droga, którą przebyłem, by zagrać w RPA. Tutaj zrobiłem wszystko, co umiałem. Walczyłem, próbowałem, nie dałem rady - podsumował turniej. Brazylijczycy, którzy przegrywają mundial, często mówią, że chcieliby zasnąć i obudzić się dopiero na następnym, bo nie mogą znieść świadomości, iż akurat oni zawiedli. Kaka wybąkał tylko, że myśleć o 2014 r. nie jest na razie w stanie. I dodał, że przeżywa najdelikatniejszy moment w swoim życiu.

Jego dorobek na MŚ jest mikroskopijny - na poprzednich zdobył swoją jedyną mundialową bramkę, w 2002 r. ślęczał na ławce rezerwowych i złotym medalistą został w sensie formalnym. To kolejny wybitny futbolista klubowy, który w kadrze pospolicieje. Albo się od gry wymiguje. Gdy Brazylia przed trzema laty zdobywała mistrzostwo kontynentu, odpoczywał po wycieńczającym sezonie w Milanie. Gdy wygrała ostatni Puchar Konfederacji, gole strzelał tylko Egiptowi. Grał tak sobie.

Mimo to Dunga w sporej mierze uzależnił od niego los reprezentacji, bo zmiennik Julio Baptista, choć zwiedza słynne kluby, nigdy nie był osobowością zdolną rozstrzygać mecze o niebagatelną stawkę. Dlatego Brazylijczycy wściekali się, że

Dunga zignorował wiele znakomitości.

Czy jednak miał alternatywę? Krytycy żądali powołania Ronaldinho, sportowca istotnie powstałego w Milanie z martwych, który jednak nie odzyskał w Milanie dawnej dynamiki, podczas najważniejszych wieczorów zamieniał się w gracza statycznego i nieobecnego, a im bliżej było końca rozgrywek Serie A, tym rzadziej znajdował siły, by błysnąć. Niewykluczone, że na mundialu znów okazałby się wrakiem.

Brazylia chciała też Alexandre Pato, fantastycznie uzdolnionego 20-latka, któremu jednak sezon porozrywały liczne kontuzje. Stracił przez nie pewność siebie, sam przyznawał, że na boisku zaczął bać się nagłych zrywów, spokój wciąż mąciły mu wspomnienia urazów. I jeszcze jedno - trenerzy w Serie A są zgodni, że Pato galopuje bez głowy, wciąż nie wyzbył się taktycznej naiwności, która czyni go napastnikiem ograniczonym.

Inni pożądani w kadrze rodaków? Adriano to człowiek psychicznie niestabilny - przed rokiem ogłosił, że kończy karierę, lekarze zdiagnozowali u niego alkoholizm, we Flamengo, choć odrodził się jako snajper, nie zawsze miał czas na trening. Neymar i Ganso, kolejne cudowne dzieci Santosu? W stanowych mistrzostwach Brazylii radzą sobie świetnie, ale poza tym pierwszy zawiódł na MŚ do lat 17, a drugi byle jak grał w kadrze dwudziestolatków. Oni mieli podbić mundial?

Szpakowski i inni: Brazylia odpadła na własne życzenie. Holandia na mistrza!

Koncepcja Dungi poniosła fiasko niekoniecznie wskutek rażących błędów personalnych. Brazylijczycy nie chcą zauważyć, że ich rodacy akurat znaczą w futbolu ciut mniej niż zazwyczaj. Messi, Higuain, Tevez, Milito, Aguero czy di Maria to Argentyńczycy. Nawet Robinho - pupilek Dungi, a zarazem ukochany przez rodaków typ nawiedzonego dryblera - Europy nie zawojował i uciekł do ligi brazylijskiej.

Brazylia na pewno wygra następny mundial ?

Więcej o: