MŚ 2010. Argentyna wygrywa, Messi jak Maradona

Argentyna - Korea Płd. 4:1. Leo Messi znów nie strzelił gola, lecz przemyślanym przemieszczaniem się po murawie i równie przemyślanymi podaniami starał się lepić wszystkie argentyńskie indywidualności w jedną całość. Uczestniczył we wszystkich akcjach, po których padły gole. Czyli grał tak, jak ćwierć wieku grał przeciw Korei jego obecny trener - Maradona - pisze z Johannesburga Rafał Stec.

To był dziwny mecz - długo był kolejnym rozdziałem opowieści o mundialu zamienionym w paradę błędów, a zarazem dowiódł, że drużyna Diego Maradony mimo wielu wad jest w stanie dospacerować do podium.

To paradoks wręcz krzyczący. Oto piłkarze reprezentacji grającej zmysłowo, których żywiołem jest zazwyczaj tkanie z wielu podań wykwintnych, płynnych akcji ofensywnych, na MŚ strzelają gole głównie po rzutach rożnych i wolnych.

A także dzięki uprzejmości rywali. Nigeryjczycy w sobotę się rozstąpili, by cios mógł im zadać Gabriel Heinze, Koreańczycy posunęli się jeszcze krok dalej. Wykonał go Park Chu-Young, strzelając samobója w chwili, gdy żaden Argentyńczyk nie wywierał na nim presji. Niesłychana wpadka, zwłaszcza biorąc pod uwagę imponujący spokój i organizację defensywy obu koreańskich reprezentacji.

Następną bramkę faworyci zawdzięczają już sobie - choć bramkarz Jung Song-Ryong interweniował ospale - ale i ona nie unieważnia refleksji, że na razie wszyscy rywale Argentyny klękają na sam widok boskiego Diego.

Dobra wiadomość dla jego ludzi: choć ich gra znów długo składała się zbyt często z popisów solistów, którzy nie płodzą dzieł pracy zbiorowej, to dzięki solowym wypadom notorycznie wybijają rzut wolny lub rożny. A skoro turniej w RPA je premiuje, to mogą zwyciężać także pomimo gry rwanej, kompletnie do nich niepodobnej. Wczoraj stali się sobą - i wreszcie nas zabawili - dopiero gdy rywalom opadły ręce.

Ćwierć wieku temu, na złotym dla Argentyny mundialu w Meksyku, piłkarze Korei Płd. sfaulowali Diego Maradonę 11-krotnie. Od 1966 roku - taki okres obejmują statystyki brytyjskiej firmy Opta - tylko jego rodak Ariel Ortega był faulowany w meczu międzypaństwowym częściej.

Czy i tym razem piłkarze z Azji zamierzali użyć radykalnych środków, nie wiemy, bo sędzia błyskawicznie dał sygnał, że Leo Messiego będzie chronił. Potencjalnych brutali odstraszył żółtą kartką dla Yeom Ki-Hoona, który poturbował skrzydłowego Barcelony na jego własnej połowie.

Messi znów nie strzelił gola, lecz przemyślanym przemieszczaniem się po murawie i równie przemyślanymi podaniami starał się lepić wszystkie argentyńskie indywidualności w jedną całość. Uczestniczył we wszystkich akcjach, po których padły gole.

Czyli grał tak, jak ćwierć wieku grał przeciw Korei jego trener. Maradona asystował wówczas przy wszystkich trzech wbitych przez Argentynę golach. Snajpersko rozszalał się dopiero w pucharowej fazie turnieju.

W Johannesburgu bohaterem dnia został Gonzalo Higuain, który ustrzelił pierwszego w RPA hat tricka. I nawet jeśli z jego wyczynu nie wolno wnioskować, że znajduje się w rewelacyjnej snajperskiej formie (w Realu Madryt również obija słabych, pęka w hitach), to już świadomość, iż na ławce czeka jeszcze łaknący gry, bezlitosny Diego Milito, musi robić ogromne wrażenie. Siłę ognia ma Argentyna nieskończoną, nie może równać się z nią żadna na mistrzostwach.

Czyli jednak, pomimo chaotycznych ruchów Maradony, należy do faworytów?

Należy o tyle, że wśród finalistów mundialu trudno znaleźć drużyny zwyciężające pewnie, panujące na boisku od pierwszego do ostatniego gwizdka, odporne na wpadki. Jeśli turniej będzie przebiegał zgodnie z planem, wielki test czeka Argentyńczyków w ćwierćfinale. Prawdopodobnie wpadną wtedy na Niemców i dostaną szansę rewanżu za porażkę w 2006 r.

Zła - nawet bardzo zła - wiadomość dla Argentyny: kiedy tylko rywal da jej defensywie szansę, by potwierdziła mierną reputację, natychmiast ją potwierdzi.

Martin Demichelis podarował dziś rywalom gola bez znaczenia, ale okazał się tym samym roztargnionym sabotażystą, którego doskonale znamy z Bayernu Monachium. To żywa, tykająca bomba zegarowa, zdolna wysadzić w powietrze wszystkie argentyńskie marzenia, jeśli tylko stanie napastnik agresywniejszy niż koreański. Co gorsza, z urazem zszedł z boiska Walter Samuel, czyli jedyny obrońca bezdyskusyjnie wybitny. Gdyby nie wydobrzał, Argentyna w rundzie pucharowej straszyłaby potężną wyrwą, której nie jest w stanie zatkać nikt spośród argentyńskich rezerwowych.