Brazylia - Korea Pn. Mistrzostwa ściśle tajne

We wtorek w grupie G: Brazylia - Korea Płn. Nawet piłkarze byli zdumieni. Brazylia, zazwyczaj najbardziej otwarta reprezentacja na mundialach, dwa razy z rzędu trenowała bez świadków. Czyli tak jak jej rywale, północni Koreańczycy, ćwiczą prawie zawsze

Gdyby chodziło o inną drużynę, nikt nie zwróciłby uwagi. Większość uczestników mistrzostw albo trenuje w trybie ściśle tajnym, albo wpuszcza dziennikarzy na kwadrans. Zajęcia całkiem publiczne, także z udziałem kibiców, to rzadkość.

Nie "Canarinhos". Ich chce podziwiać cała planeta, a rodacy wywołaliby prawdopodobnie zamieszki, gdyby nie mogli stale kontrolować, czy Robinho nie truchta aby z podkrążonymi oczami, bo minionej nocy akurat przyśnił mu się koszmar z wuwuzele. Jeśli zatem Kaka na zeszłotygodniowym treningu taktycznym pomylił bramkę, strzelając samobója, to cała Brazylia szczegółowo poznała przebieg incydentu. Samo "O Globo" - ogromny multimedialny kombajn - wysyła na przeszpiegi ponad setkę korespondentów.

Podczas mundialu w 2002 r. treningi Ronaldo i spółki oblegała taka ciżba, że lekko spóźniony reporter nie tylko nie miał szans się do piłkarzy zbliżyć, ale nawet zobaczyć, jak ćwiczą. Ówczesny selekcjoner Luiz Felipe Scolari zezwolił też podwładnym zapraszać do hotelu tylu dziennikarzy, ilu chcą. I kiedy chcą.

Przed mundialem w 2006 r. Brazylijczycy zaczęli sprzedawać kibicom bilety na treningi. I zawsze mieli komplet. Nawet organizowaną przez FIFA tzw. strefę fanów ulokowano nieopodal obozu reprezentacji.

Carlos Dunga obyczaje zmienił. Postanowił dać piłkarzom trochę odsapnąć od medialno-kibicowskiego zgiełku, bo właśnie nim niektórzy tłumaczyli ćwierćfinałową porażkę - 0:1 z Francją - sprzed czterech lat. Już na lotnisku w Kurytybie, gdzie rozpoczynało się przedmundialowe zgrupowanie, wymknęli się do autokaru tylnymi drzwiami, by uciec od tłumu.

Dziennikarzom obecny selekcjoner raczej zezwalał oglądać treningi w całości. Nie wpuścił ich w sobotę. A potem w niedzielę, o czym przybyli dowiedzieli się dopiero na miejscu, w ostatniej chwili.

Przyczyn nie podał, prawdopodobnie zezłościł się, że poprzednią zamkniętą sesję telewizja bezprawnie filmowała i zarejestrowała sprzeczkę między Danim Alvesem a Julio Baptistą, którą później zamieniła w aferę. Wysłani na konferencję prasową piłkarze - Maicon i Ramires - sami byli zaskoczeni decyzją selekcjonera. Wymruczeli tylko przypuszczenie, że zapewne nie chciał, by rywale wiedzieli o jego planach wszystko.

Dunga w ogóle reaguje trochę jak Jose Mourinho. Raz po raz znajduje sposób, by odciągnąć uwagę rozhisteryzowanego brazylijskiego otoczenia od piłkarzy i skupić ją na sobie. Nie tylko wierzy nade wszystko w wynik (nie on pierwszy), ale ze swoją filozofią ostentacyjnie, niemal prowokacyjnie się obnosi. Nakładanie na "Canarinhos" obowiązku pięknej gry uważa za europejski spisek, który ma im utrudnić zwyciężanie.

Rodaków nie przekonał. - Nie przyjechaliśmy po mistrzostwo świata z najlepszym trenerem. To w ogóle nie jest trener. Nie da się zrozumieć, dlaczego dostał tę posadę - diagnozuje Gerson, mistrz świata z 1970 r. Jak wielu Brazylijczyków irytuje go, że Dunga zostawił w domach wielu zawodników z fantazją (Pato, Ronaldinho, Neymar, Ganso), a zabrał prostych wyrobników w typie Gilberto Silvy czy Klebersona.

Nawet jednak ci przybyli do RPA Brazylijczycy, którzy w obecnej kadrze widzą najsłabszą od lat, wierzą w tytuł. Z oczywistych względów. Brazylia to zawsze Brazylia.

We wtorek faworyt chce przećwiczyć rywala, który przywykł do izolacji absolutnej. Koreańczycy z północy najchętniej zamknęliby wszystkie treningi, za jednym zamachem odwołując również wszystkie konferencje prasowe. Nie mogą, na FIFA atomowy straszak Kim Dzong-Ila nie zadziała. Dlatego piłkarze przed mikrofonami się stawiają, choć tylko ci wychowani za granicą. A trener bije rekordy nudnej lapidarności.

Oni i bez utajniania są trudni do rozpoznania. Świat usłyszał o Jong Tae-Se, bo ten strzelił dwa piękne gole w sparingu z Grecją, teraz obiecuje okładać przynajmniej jednym każdego rywala w grupie, a chwilę potem dodaje, że jest pewny awansu do drugiej rundy. Ale inni? Ligi koreańskiej nikt nigdy nie oglądał, więc dopiero w RPA odkryliśmy, że obrońca Pak Nam-Cho nazywa się identycznie jak trzy lata starszy defensywny pomocnik Pak Nam-Cho. Koreańczycy chyba przeczuwali, że nieźle się zamaskowali, bo zabrali na mundial dwóch bramkarzy, choć regulamin nakazuje powołać trzech. Przeliczyli się, FIFA i w tym wypadku pozostała nieugięta. Napastnikowi Kim Myong-Won wolno co najwyżej stanąć między słupkami.

Więcej o: